ODPOWIEDZ
35 y/o
For good luck!
193 cm
prywatny detektyw tam gdzie jesteś Ty jest i on
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Wpatrywał się tępym wzrokiem w wejście do muzeum sztuki nowocześniej i myślał tylko o jednym – o tym jak bardzo nie chciał tu być. Odwlekał wejście jak mógł, paląc już drugiego papierosa, lecz wiedział, że jeżeli ma otrzymać wypłatę za ostatnie zlecenie, to będzie musiał stawić czoło swojej napastliwej klientce.
Znał ten typ kobiety, nieco znudzonej śmietanką towarzyską i blichtrem, który ją otaczał; spragnionej sensacji, lecz skazanej wyłącznie na rolę obserwatorki. Gdy przyszła do jego biura po raz pierwszy, poznał całą masę historii z czasów jej świetlności, a także cienie dawnych decyzji, które wciąż kładły się na teraźniejszość. Wiedział do jakiego świata należała, bo przez lata był jego bierną częścią. Przyjął pierwsze zlecenie z niechęcią, lecz brak klientów i zaległości w zapłatach za inne zadania sprawiały, że był zdesperowany. Na drugie i trzecie zgodził się z tych samych pobudek. W końcu musiał przyznać sam przed sobą, że nie może dłużej tego ciągnąć, bo pani Poirier była gotowa zlecić mu nawet szukanie zagubionego kota sąsiadki, byle tylko móc zostać wysłuchaną. Znalazła więc inny sposób na to, aby zaskarbić sobie jego czas, zaprosiła go na imprezę charytatywną, którą organizowała obiecując, że będzie zachwycony jej przyjęciem. Nie chciał się zgodzić, lecz kategorycznie obstawiała na swoim powtarzając, że koniecznie musi go przedstawić swojemu przyjacielowi w potrzebie, który szuka kogoś, kto rozwiązałby jego problem, a Wolfgang nadawał się do tego idealnie. Uległ. Dla świętego spokoju i pieniędzy, których mu brakowało.
Zgasił papierosa i wszedł do środka. Wnętrze było surowcowe, urządzone w industrialny sposób z punktowym oświetleniem padającym na eksponaty, których zamysłu nie rozumiał. Elegancko ubrani kelnerzy kręcili się wokół wystrojonych ludzi, pogrążonych w dywagacjach i śmiejących się w ten charakterystyczny sposób dla osób z wyższych sfer. Poczuł się jakby cofnął się w czasie o jakieś dwadzieścia lat, gdy zdarzało mu się uczestniczyć w takich wydarzeniach zorganizowanych przez pana Morina, na których jego syn zwykle pełnił rolę chluby i odgrywał na skrzypcach skomplikowane kompozycje.
– Wolfgang – znajomy głos przywrócił go do rzeczywistości. Poczuł ciężkie, słodkie perfumy i dłoń zaciskającą się na jego ramieniu. – Mój drogi, naprawdę potrafisz wyglądać dobrze, jeżeli tylko chcesz – zachichotała pani Poirier, a jej francuski akcent zabrzmiał w każdej sylabie. Wiedział, że pochodziła z Quebecu, lecz przeprowadziła się do Toronto dla swojego drugiego męża, którego poznała sześć lat temu. Drugi mąż miał okazać się niebawem byłym mężem, lecz o tym wiedział na razie tylko on i sama zainteresowana.
– Chodź, oprowadzę Cię i przedstawię, poznasz kilku naprawdę interesujących ludzi… – pociągnęła go za ramię, a on posłusznie ruszył za nią.
Napotkani ludzie nie wydawali mu się wcale interesujący, lecz będąc szczerym, on sam musiał wydawać się kompletnie nieatrakcyjny. Na ogół nie miał problemu z dostosowaniem się do towarzystwa, potrafił znaleźć się wśród wron i krakać jak one, lecz tego wieczoru czuł się zmęczony i zniechęcony. Z jego ust nie spływały komplementy, jego język nie owijał się wokół wysublimowanych porównań, a twarz pozostawała nieprzeniknioną maską, na której próżno było szukać aprobaty czy oznak szacunku. Miał dość gwaru, który go otaczał, rozmów, w które próbowano go wciągnąć, zapachu alkoholu mieszającego się z drogimi wodami kolońskimi, swojego garnituru obejmujący jego ciało niczym macki.
Garnituru, który miał ubrany na własnym ślubie i który miał ochotę z siebie zerwać tu i teraz, były odpędzić się od myśli o Adamie i przysiędze, którą złożył mu w dniu ślubu

W zdrowiu i chorobie…


– Wybacz mi na chwilę – szepnął w końcu w ucho klientki i oderwał się od małego grona, by móc choć na chwilę pobyć sam i wziąć się w garść.
Skierował się w stronę schodów, które prowadziły na balkon z widokiem na galerię, po drodze zgarniając szklankę z bursztynową zawartością. Whisky przyjemnie paliło jego gardło i przełyk, choć nienawidził jego posmaku. Nie zamierzał jednak wybrzydzać, bo pomogło mu pozbyć się odrętwienia, które czuł od momentu opuszczenia taksówki i pozwoliło mu zakotwiczyć się we własnym ciele.
Przebiegł wzrokiem po nielicznych ludziach, którzy również znajdywali się na górze. Wszyscy wydawali się pogrążeni we własnych myślach, szukając odpoczynku od panującego na dole zgiełku. Oparł się o barierkę przyglądając się towarzystwu, aż w końcu jego spojrzenie potknęło się o jedną osobę.
Poczuł, jak zasycha mu w ustach. W jednej chwili jego mięśnie zalała gorąca ulga wymieszana z szczęściem i tęsknotą oraz lodowaty lęk ścinający krew w żyłach.
Wymężniał, choć jego twarz wciąż miała ujmująco chłopięcy wyraz, naznaczony bladymi piegami, które podkreślało ciepłe światło sączące się z małych lampek porozstawianych w kątach tarasu. Ubranie leżało na nim jakby było skrojone na miarę, podkreślając jego ton skóry; zaznaczając linię ramion i smukłą sylwetkę. Gdyby nie obezwładniający lęk, Wolfgang wyrwałby się do przodu, aby zamknąć go w uścisku. Chciał znów poczuć w nozdrzach zapach jego skóry i włosów, miękką fakturę skóry pod palcami, ciepło pełnych warg na swoich ustach. Montgomery wyglądał jakby ktoś utkał go z marzeń i fantazji Wolfganga.
I stał tuż przed nim, nieświadomy jego obecności.
Powinien wycofać się zanim zostanie zauważony. Wrócić do Poirier, wziąć kopertę i wyjść. Lecz to nie był jego najlepszy dzień.
– Monty? – zapytał miękkim głosem, zanim racjonalna część jego umysłu zdążyła go powstrzymać.

montgomery morin
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
For good luck!
188 cm
skrzypek solista what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

I think I've seen this film before
And I didn't like the ending
You're not my homeland anymore
So what am I defending now?


Ból Montgomery'ego Morina miał prawdziwie kalejdoskopiczną naturę. Zupełnie tak, jak ta cylindryczna w kształcie, dziecięca zabawka, potrafił - czasem jakby za sprawą pojedynczego uderzenia serca - nagle zupełnie zmienić swój kształt, kolor i układ. W jednej chwili był niewyraźny i tępy, jak niegroźne, łagodne echo cierpienia. W następnej lubił rozpanoszyć się spontanicznie w ramionach i dłoniach mężczyzny, ostry i zimny niczym brzeszczot wżynający się brutalnie między tkanki ciała. Czasami w jednej, konkretnej formie towarzyszył skrzypkowi przez wiele dni bez przerwy. Ale czasem transformował się w zakamarkach jego ciała w takim tempie, że nawet sam Morin nie potrafił ani za nim nadążyć, ani też przewidzieć jego następnego wydania.
Wczorajszego wieczora, w drodze z prób do pustego, choć było już przecież dobrze po zmroku, domu, Monty zauważył zaczątek bólu tam, gdzie jego pierwsze zwiastuny lubiły się zwyczajowo pojawiać: pulsując w centralnym punkcie obydwu dłoni, między linią serca i linią losu, jak stygmat. Bezskutecznie, i w zasadzie bez większej nadziei na poprawę, starał się ten dyskomfort rozmasować, ale ironicznie wydawało się, że każdym posuwistym ruchem kciuka tylko rozprowadzał go po pozostałych częściach dłoni. W chwili, w której wsuwał klucz w zamek drzwi wejściowych, reumatyczne katusze, które jego organizm ewidentnie lubił czasem zadać samemu sobie, zdążyły rozpełznąć się już wzdłuż jego przegubów, aż do łokci, i próbowały wspiąć się dalej, ku barkom i szyi. Monty wiedział, jak potoczy się to dalej, i że żadna ilość naproksenu, olejku lawendowego i soli angielskiej nie wywabi go z objęć nadchodzącej męki.
Dlatego też zwyczajnie się upił. Smutno, choć nadal ładnie - rozciągnięty w półleżącej pozycji godnej greckiej rzeźby w Luwrze, albo podchmielonego beatnika parę przecznic dalej, w Quartier Latin, z szerokim golfem gołębio-szarego swetra pieszczącym napięte ścięgna szyi, w fotelu przy oknie, z widokiem na ogród niemogący jakoś dobudzić się do życia po długiej, beznadziejnej zimie. Monty czuł się podobnie - jak pęki magnolii skatowane chłodem, jak pierwsze, zieloniutkie liście narcyzów wychłostane wiatrem. Gdy Romy wróciła do domu, jej narzeczony nadal czuwał, choć wyglądał, jakby spał, z ręką sennie muskającą krawędź opróżnionej, odstawionej na podłogę szklanki. Pozwolił Romy się nabrać, i zostawić go samego. Kiedy przyszedł do łóżka parę godzin później, był już niemal całkiem trzeźwy, a wydawał się trzeźwy zupełnie, zważywszy na ilość płynu do płukania ust, którym wywabił z języka i spomiędzy warg ostatnie pozostałości alkoholu. Nie, żeby Romy mogła go o to zapytać - odwrócona na bok, i zatopiona głęboko w objęciach samego Morfeusza.
Dziś ból Monty'ego był inny. Nie uciążliwy nieprzerwanym trwaniem, ale zwyczajnie wkurwiający nieregularną przewidywalnością. Pojawiał się i znikał, jak pierwsze promienie słońca w marcu, jak iskra to buchająca płomieniem, to kompletnie niknąca w ognisku. Jak melodia - urywająca się i zaczynająca znowu, gdy słuchać zaczynał myśleć, że to już koniec kompozycji.
Tej formy cierpienia Monty nie lubił najbardziej, ponieważ kompletnie nie potrafił ani jej przewidzieć, ani skontrolować. Przed wyjściem na bankiet - tym razem nie z jego własnej winy, ale za sprawą jakiegoś zobowiązania Romy, która od imprezy w muzeum sztuki naprawdę nie mogła się wykręcić, a dostawszy zaproszenie dla siebie i osoby towarzyszącej, naturalną drogą pomyślała o Montgomery'm - wsunął w wewnętrzną kieszeń marynarki dwa blistry tramadolu, tylko w ostatniej chwili powstrzymując się, by nie dołożyć do nich małej, płaskiej piersiówki. Jego garnitur nie tylko wydawał się być szyty na miarę, ale taki właśnie był - zrobiony dla Morina na wymiar, na zamówienie - więc jego sylwetkę osaczał podkreślał zbyt starannie, by nie dało się rozpoznać kształtu małej flaszki pod klapą marynarki. Ostatecznie szatyn zostawił więc butelkę w domu. Nie w końcu, żeby obawiał się, że nie uświadczy tutaj odpowiedniej ilości procentów serwowanych przez młodziutkich, stremowanych obecnością wielkich nazwisk kelnerów.
Romy błyszczała dziś wyjątkowo żywo, z kaskadą włosów przerzuconych przez szczupłe ramię i perfekcyjną linią warg podkreśloną dodatkowo wyrazistą barwą pomadki, i Monty nie mógł zaprzeczyć, że schlebiało mu to, w jaki sposób na nich patrzono gdy przekroczyli próg galerii - z podziwem i z zazdrością, z zainteresowaniem i z jakąś dozą niechęci biorącej się tylko i wyłącznie z czystego onieśmielenia. Gdyby nie musiał przejmować się bólem, pewnie całkiem dobrze by się tutaj bawił. Ilekroć jednak próbował skupić się na płytkich, choć przyjemnych konwersacjach, które zwyczajnie wypadało mu prowadzić z przedstawianymi mu przez narzeczoną artystami, krytykami i studentami, znanymi przez nią jeszcze z czasów sprzed doktoratu, tylekroć zawsze okazywało się, że utrata czujności jest pierwszym krokiem do piekła. Gdy się pojawiał, ból był jak kopnięcie prądem - to biegnąc linią jego goleni, to rykoszetując łukiem jego lędźwi, to, wreszcie, strzelając jak bicz od koniuszka serdecznego palca, aż do kostki jego łokcia. Monty'emu chciało się płakać krzyczeć, ale zamiast tego kiwał głową, potakiwał, i zadawał rozmówcom bezpieczne, uprzejme pytania o ulubione dzieło na dzisiejszej wystawie, o ich własne, artystyczne plany na najbliższe miesiące, o to, skąd znali Romy, i czy nie uważali, że miała przed sobą naprawdę wspaniałą przyszłość?
Na jakimś etapie niemal zgubił ją w tłumie - otoczoną wianuszkiem znajomych, roześmianą w pół czyjegoś żartu, rozpromienioną towarzystwem, w którym czuła się swobodnie jak przysłowiowe ryby w wodzie. Monty nigdy nie był w stanie stwierdzić, czy naprawdę tak było, czy Romy była wyłącznie bardzo dobrą aktorką. Zawsze chciał ją o to spytać, ale jednocześnie jakąś częścią siebie chyba nie chciał nigdy poznać prawdziwej odpowiedzi.
Jeśli Romy grała, czy oznaczało to, że całe ich wspólne życie również było kłamstwem, na które nabrał się tak naiwnie jak dziecko?
Korzystając z chwili samotności, skierował się ku szerokim, bocznym schodom, zakrzywioną nieco linią balustrady prowadzącym na spowite przyjemnym półmrokiem pięterko. Tutaj było o wiele ciszej, spokojniej - inne sylwetki poruszały się w tej nowej przestrzeni jak cienie. Jak duchy. Jakby nie obowiązywał ich czas, ani konwenanse narzucone tym, którzy w żywe konwersacje wdawali się chętnie jedno piętro niżej.
Montgomery schwycił kieliszek szampana ze srebrnej tacy niesionej przez mijającego go kelnera, i objąwszy chudą szyjkę palcami - źle dla reumatyzmu, ale dobrze dla duszy - znalazł sobie miejsce nieco na uboczu, oparłszy się o balustradę balkonu w lekkim przychyleniu. Przymknął oczy, nawykowo starając się wychwycić z przyjemnego, przytłumionego nieco zgiełku nuty, które mógłby ukraść światu i wykorzystać w jakiejś autorskiej muzycznej kompozycji. Zamiast melodycznych tonów i półtonów, usłyszał jednak -
usłyszał własne imię.
Wypowiedziane głosem, który rozpoznałby na drugim końcu świata -
Ba, rozpoznałby go, kurwa, nawet na ostatnim kręgu piekła, nawet po śmierci, na innej planecie, po apokalipsie, po sądzie ostatecznym.
Uniósł wzrok nieco zbyt gwałtownie, porywczością tą zdradziwszy się natychmiast z brakiem obojętności, ale przecież musiał, m u s i a ł sprawdzić, czy była to prawda, czy tylko halucynacja zaprawionego alkoholem, zdesperowanego umysłu.
Wolfgang stał przed nim -
Nie.. To nie mogła być prawda.
Wolfgang stał przed nim, jego Wolfie Wolfgang Welsh z krwi i kości, starszy i chyba jeszcze wyższy niż wówczas, gdy widzieli się po raz ostatni. Ile to lat minęło? Boże...
Dwadzieścia? Nie. Mniej. Ale nie dużo.
Nie postarzał się - mężczyźni w ich wieku nie starzeli się jeszcze, zazwyczaj, lecz nadal tylko dorośleli, do czasu - ale niewątpliwie się zmienił, choć wystarczyło jedno spojrzenie by Monty zrozumiał, że niektóre części topografii jego twarzy nadal były dokładnie takie same. Barwa tęczówek, pół odcienia ciemniejsze obwódki dokoła jasnego błękitu, który - gdy Wolfgang płakał, i kiedy dochodził - niemalże wpadał jakimś cudem w turkus i morską zieleń. Łuki jego brwi, które Morin godzinami mógł śledzić opuszką palca, nigdy się tą czynnością nie nudząc. Dołeczek ponad górną wargą, z zaczątkiem w jego łuku Kupidyna, idealne miejsce do składania pocałunków.
Jego obecność tutaj, ze wszystkich okazji, podczas których mogli na siebie wpaść w ostatnich latach była tak idiotyczna, że Montgomery prawie się roześmiał.
Wyprostował się, nieludzkim wysiłkiem zmusiwszy się by spojrzeć blondynowi prosto w oczy, z dziwną, niedookreśloną emocją orientując się, że nadal był od niego odrobinę niższy, choć nie na tyle, by musiał zadzierać głowę jak rozmawiające z dorosłym dziecko. Chryste, całe szczęście.
Mógł powiedzieć wszystko i cokolwiek jednocześnie. Kopę lat!, z wykrzyknikiem dostawionym fałszywie radosnym, przyjacielskim tonem. Wolfgang! To ty!? Nie do wiary! Objąć dawnego przyjaciela ramieniem, klepnąć po plecach tak, jak robiło się to na zjazdach absolwentów i jubileuszach. Dobrze cię widzieć! Co słychać?! Nic się nie zmieniłeś!
- Nie - powiedział zamiast tego. Krótko, dobitnie. Jakby zaprzeczał - nie, to wcale nie on, tylko jakiś impostor podszywający się pod niego dla draki. Głos Wolfganga brzmiał miękko - o wiele bardziej łagodnie, niż Monty na to zasługiwał. I już sam ten fakt wywołał w nim kolejną falę bólu, choć Morin sam nie mógł stwierdzić, czy to reumatyzm, czy tylko trauma - Nikt mnie już tak nie nazywa. Wytłumaczył, i nie było to kłamstwem. Monty'ego, Wolfgang zabrał ze sobą, pozostawiając po sobie wyłącznie pełne, pompatyczne imię. Ten jeden raz, gdy Romy spróbowała pieszczotliwie zdrobnić jego imię, szatyn skarcił ją tak ostro, że do dziś miał wyrzuty sumienia za surowość własnej reakcji - Montgomery. Nie jestem już dzieckiem.

Wolfgang Welsh
ODPOWIEDZ

Wróć do „Museum of Contemporary Art”