Znał ten typ kobiety, nieco znudzonej śmietanką towarzyską i blichtrem, który ją otaczał; spragnionej sensacji, lecz skazanej wyłącznie na rolę obserwatorki. Gdy przyszła do jego biura po raz pierwszy, poznał całą masę historii z czasów jej świetlności, a także cienie dawnych decyzji, które wciąż kładły się na teraźniejszość. Wiedział do jakiego świata należała, bo przez lata był jego bierną częścią. Przyjął pierwsze zlecenie z niechęcią, lecz brak klientów i zaległości w zapłatach za inne zadania sprawiały, że był zdesperowany. Na drugie i trzecie zgodził się z tych samych pobudek. W końcu musiał przyznać sam przed sobą, że nie może dłużej tego ciągnąć, bo pani Poirier była gotowa zlecić mu nawet szukanie zagubionego kota sąsiadki, byle tylko móc zostać wysłuchaną. Znalazła więc inny sposób na to, aby zaskarbić sobie jego czas, zaprosiła go na imprezę charytatywną, którą organizowała obiecując, że będzie zachwycony jej przyjęciem. Nie chciał się zgodzić, lecz kategorycznie obstawiała na swoim powtarzając, że koniecznie musi go przedstawić swojemu przyjacielowi w potrzebie, który szuka kogoś, kto rozwiązałby jego problem, a Wolfgang nadawał się do tego idealnie. Uległ. Dla świętego spokoju i pieniędzy, których mu brakowało.
Zgasił papierosa i wszedł do środka. Wnętrze było surowcowe, urządzone w industrialny sposób z punktowym oświetleniem padającym na eksponaty, których zamysłu nie rozumiał. Elegancko ubrani kelnerzy kręcili się wokół wystrojonych ludzi, pogrążonych w dywagacjach i śmiejących się w ten charakterystyczny sposób dla osób z wyższych sfer. Poczuł się jakby cofnął się w czasie o jakieś dwadzieścia lat, gdy zdarzało mu się uczestniczyć w takich wydarzeniach zorganizowanych przez pana Morina, na których jego syn zwykle pełnił rolę chluby i odgrywał na skrzypcach skomplikowane kompozycje.
– Wolfgang – znajomy głos przywrócił go do rzeczywistości. Poczuł ciężkie, słodkie perfumy i dłoń zaciskającą się na jego ramieniu. – Mój drogi, naprawdę potrafisz wyglądać dobrze, jeżeli tylko chcesz – zachichotała pani Poirier, a jej francuski akcent zabrzmiał w każdej sylabie. Wiedział, że pochodziła z Quebecu, lecz przeprowadziła się do Toronto dla swojego drugiego męża, którego poznała sześć lat temu. Drugi mąż miał okazać się niebawem byłym mężem, lecz o tym wiedział na razie tylko on i sama zainteresowana.
– Chodź, oprowadzę Cię i przedstawię, poznasz kilku naprawdę interesujących ludzi… – pociągnęła go za ramię, a on posłusznie ruszył za nią.
Napotkani ludzie nie wydawali mu się wcale interesujący, lecz będąc szczerym, on sam musiał wydawać się kompletnie nieatrakcyjny. Na ogół nie miał problemu z dostosowaniem się do towarzystwa, potrafił znaleźć się wśród wron i krakać jak one, lecz tego wieczoru czuł się zmęczony i zniechęcony. Z jego ust nie spływały komplementy, jego język nie owijał się wokół wysublimowanych porównań, a twarz pozostawała nieprzeniknioną maską, na której próżno było szukać aprobaty czy oznak szacunku. Miał dość gwaru, który go otaczał, rozmów, w które próbowano go wciągnąć, zapachu alkoholu mieszającego się z drogimi wodami kolońskimi, swojego garnituru obejmujący jego ciało niczym macki.
Garnituru, który miał ubrany na własnym ślubie i który miał ochotę z siebie zerwać tu i teraz, były odpędzić się od myśli o Adamie i przysiędze, którą złożył mu w dniu ślubu
– Wybacz mi na chwilę – szepnął w końcu w ucho klientki i oderwał się od małego grona, by móc choć na chwilę pobyć sam i wziąć się w garść.
Skierował się w stronę schodów, które prowadziły na balkon z widokiem na galerię, po drodze zgarniając szklankę z bursztynową zawartością. Whisky przyjemnie paliło jego gardło i przełyk, choć nienawidził jego posmaku. Nie zamierzał jednak wybrzydzać, bo pomogło mu pozbyć się odrętwienia, które czuł od momentu opuszczenia taksówki i pozwoliło mu zakotwiczyć się we własnym ciele.
Przebiegł wzrokiem po nielicznych ludziach, którzy również znajdywali się na górze. Wszyscy wydawali się pogrążeni we własnych myślach, szukając odpoczynku od panującego na dole zgiełku. Oparł się o barierkę przyglądając się towarzystwu, aż w końcu jego spojrzenie potknęło się o jedną osobę.
Poczuł, jak zasycha mu w ustach. W jednej chwili jego mięśnie zalała gorąca ulga wymieszana z szczęściem i tęsknotą oraz lodowaty lęk ścinający krew w żyłach.
Wymężniał, choć jego twarz wciąż miała ujmująco chłopięcy wyraz, naznaczony bladymi piegami, które podkreślało ciepłe światło sączące się z małych lampek porozstawianych w kątach tarasu. Ubranie leżało na nim jakby było skrojone na miarę, podkreślając jego ton skóry; zaznaczając linię ramion i smukłą sylwetkę. Gdyby nie obezwładniający lęk, Wolfgang wyrwałby się do przodu, aby zamknąć go w uścisku. Chciał znów poczuć w nozdrzach zapach jego skóry i włosów, miękką fakturę skóry pod palcami, ciepło pełnych warg na swoich ustach. Montgomery wyglądał jakby ktoś utkał go z marzeń i fantazji Wolfganga.
I stał tuż przed nim, nieświadomy jego obecności.
Powinien wycofać się zanim zostanie zauważony. Wrócić do Poirier, wziąć kopertę i wyjść. Lecz to nie był jego najlepszy dzień.
– Monty? – zapytał miękkim głosem, zanim racjonalna część jego umysłu zdążyła go powstrzymać.
montgomery morin