— Słucham? — dopytuje oto gwałcenie ludzi. Tego jeszcze nie słyszała, ale wielką fanką waleni w ogóle nie była — z wybrzeża można zobaczyć wieloryby i organizują rejsy, żeby można było zobaczyć delfiny — dodaje zaraz i tak. Obie aktywności miała zaplanowane. Rejs małym jachtem na jego dziobie wydawał się być porywający. Co do skolopendr pokiwała głowa, nie wyglądały na najfajniejszych przyjemniaczków. Zresztą Kovalski nie przepadała za jakimkolwiek bezkręgowcami. Z jakiegoś powodu były zmiennocieplne, takim istotom się nie ufa. Gadom też.
— Do Afryki wyleciał, a do niej mamy blisko — zaczęła Charlotte, marszcząc przy tym delikatnie swoje brwi — może pomylił lądy i go tu spotkamy? — spytała, parskając śmiechem. To dopiero by było. Człowiek-gołąb z nimi na wakacjach. Brakowałoby jeszcze świnie zaczęły latać. Chociaż tu na szczycie nie było żadnych dzieci, wyglądających na fanów Świnki Peppy.
Strzeliła mu standardowego kuksańca pod żebra. W żadnej chwili się nie hamowała, musiała dać upust temu uczuciu. Wiedźma? To Patel był ogrem.
— To trzeba zejść ze szlaku, a nie lać na samym jego środku — wycedziła Charlote, a chwilę później już chowała się w jego ramionach — PATEL! — krzyknęła i walnęła go pięścią w tors. Na takie słowa nie było odpowiedniego momentu. Chociaż może był? Znowu William udaje wielkiego kozaka, buja się na prawo i lewo, a ona jest wręcz tym rozbawiona i przestraszona na raz. Obronił ją, rzucając tym policjantem. Taki był odważny. Była pod wrażeniem, jak typ zbiegał ze szlaku z opuszczonymi spodniami. Niestety, zdołała zobaczyć jego gacie z logo lidla. Lidl też był marketem na kanarach.
— Biedronka — przeczytała, przechylając głowę — to chyba polski — kurna, wszystkie znaki rozpoznawalność były odhaczone. Siatka, JP II, polskie piwo i sandały ze skarpetami — cała siata leszków — mruknęła pod nosem, bo jej babka zabierała ją kiedyś do Polski. Pamiętała, jak jebała piwo. Pojechały razem na wycieczkę rowerową. Babcia kupiła jej loda, a samej sobie piwo.
— Dobra, chodź wracamy do auta — zarządziła finalnie Charlotte, klaszcząc w dłonie. Sam powrót wydawał się być szybki. W samochodzie nałożyła mu kolejną warstwę aloesu. Działanie profilaktyczne może coś faktycznie da. Szybciej Patel okaże się żmiją, a skóra zacznie stopniowo z niego schodzić. Potem już jechali, kolejne trzydzieści minut.
— Tu nasz hotel — a raczej przytulny dom z kilkoma pokojami, wszystko się zgadzało. No, może poza kłótnią z gospodarzem, bo nie było już pokoju z pojedynczymi łóżkami — tu pokój, tu śpimy — duże łóżko, łazienka, szafa, stoliczek z czajnikiem herbatą, kawą i butelkami wody — tu kolacja, tu jemy — tak chodziła po tym w hotelu. Przed wyjściem zostali uroczeni przysmakami od gospodarzy, a później trzeba było ruszyć dalej — Dobra, idziemy z powrotem na górę — klasnęła w swoje dłonie, po czym poczłapała wprost na zdobycie szczytu. Przepakowała trochę plecak, nawet czołówkę (sic!) wzięła ze sobą.
— I jak podoba Ci się? — zagadnęła, uśmiechając się szeroko. Na przeciwko zachodzącego słońca rozłożyła kocyk, rozsiadając się na nim. Jeszcze chwila i zajdzie słońce, a wtedy będą mogli podziwiać gwiazdy na niebie — gdyby nie fakt, że tutaj jesteś, to powiedziałabym, że jest tu romantycznie — stwierdziła, rozsiadając się wygodnie na kocyku. Wyspa delikatnie schowana za obłoczkami z chmur i przebijające się za nią promienie słońca. Idealnie, może nawet zbyt idealnie. Brakowało jedynie taniego wina — a tak to muszę siedzieć z ogrem — cebula ma warstwy, ogry mają warstwy i William tez miał warstwy. Pytanie czym był? Cebulą? Ogrem? A może tortem?