ODPOWIEDZ
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
163 cm
Just remember I'm forever your girl.
Awatar użytkownika
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#1
The Glitter Bomb & The Golden Boy
Spoglądając na swoje odbicie w szybie drzwi wejściowych do biurowca „Philips and Gardner LLP” westchnęła ciężko, poprawiając na ramieniu torebkę, z której wystawał fragment kolorowego rysunku - to chyba miał być piesek, ale według niej to bardziej przypominało ponuraka. Oby to nie była tylko jakaś zła przepowiednia! Na jej nosie iskrzyła się resztka resztka? dobre sobie! miała go też na włosach, a nawet ubraniu, ale nie zdawała sobie z tego sprawy brokatu, której nie zdołała zmyć po zajęciach kreatywnych z maluchami, a jej ubranie przesiąkło zapachem kleju biurowego i soku jabłkowego. Wchodząc do środka budynku czuła się bardziej jak barwny ptak pośród cesarskich pingwinów. Kiedy recepcjonistka ją zobaczyła, zrobiła taką minę, jakby Winnie wparowała tam w ramach jakiegoś protestu i tylko kątem oka dostrzegła, jak dłoń kobiety przesuwa się delikatnie w stronę telefonu. Wendy uśmiechnęła się promiennie i nim kobieta zdążyła zwrócić się do niej, podeszła do drzwi i pchnęła je bez pukania.
— Alarm, mecenasie! Porzucaj te paragrafy, bo inaczej Twoja siostra padnie trupem z głodu na tej luksusowej posadzce — rzuciła od progu, teatralnie opierając się o framugę. Nie zaskoczył ją widok brata, który sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał się zrosnąć z fotelem. Zrobiła kilka kroków w jego stronę i ignorując papiery na biurku położyła mu przed nosem ulotkę kręgielni z fast foodem.
— Idziemy do National at The Well — odparła nie dając mu nawet sekundy na odpowiedź, a dało się wyczuć, że coś ma do powiedzenia — A, a, a! — pokiwała palcem — Nie, żadnych dyskusji. Muszę ubić parę cyfrowych potworów na automatach i zjeść coś obrzydliwie niezdrowego. I nie, nie będę tego robiła sama — a raczej płaciła sama, ale nie odkrywajmy wszystkich kart za jednym zamachem oznajmiła marszcząc czoło i zakładając ręce w oczekiwaniu, aż szanowny brat ruszy swoje zacne cztery litery. potrzebowała hałasu kul rozwalających kręgle, pikania maszyn i ciężkiego, ale i błogiego zapachu smażonych burgerów. Po siedmiu godzinach użerania się z “Krabikami” należała się jej odrobina rozrywki, prawda?
— Ostrzegam, że jeśli zaraz stąd nie wyjdziemy, by zjeść coś niezdrowego i przesiąkniętego tłuszczem, to zacznę śpiewać tutaj piosenkę o małym głodnym misiu, której uczyłam dzisiaj w grupie Krabików — i mógł to potraktować jako groźbę, bo jej wokalne umiejętności cóż…nie istniały. — Wierz mi… nie chcesz tego słyszeć na żywo — w sumie nie musiał polegać na wierze, bo wychowywał się z nią i mógł pamiętać moment, w którym uznała, że uda się do muzycznego show. Dobrze, że bliscy wybili jej to z głowy, poniekąd dlatego, że sami mieli dość jej prób wokalnych.
— Idziemy Perci, raz dwa. Wyglądasz, jakbyś zapomniał, jak oddycha się poza pracą — a, żeby nie było, że trafiła się mu jedynie zgryźliwa siostra trzeba dodać jak bardzo doceniała fakt, że ciężką pracą tak wiele osiągnął. Stał się poniekąd inspiracją dla reszty rodzeństwa i pokazał im, że można uciec z tego bagna, ale miała wrażenie, że sam po drodze zagubił równowagę i nie widział świata poza pracą.
— Poza tym mój traktorek stoi na zakazie i mamy… — szybko spojrzała na swój zegarek — jakieś pięć minut zanim go odholują — i nie, nie przyjechała do brata traktorem, tylko swoją Hondą Element, której silnik może i chodzi jak stary mikser, ale odpali nawet na największych mrozach.


<3 Percival Gardner, my golden boy!
winniethepooh91
46 y/o
NARRATORSKI PIESEK
182 cm
adwokat/partner w kancelarii Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
i'm six feet under, like i'm buried alive
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

#12
Skupiony nad stertą papierków nawet nie słyszał, żeby za drzwiami jego biura cokolwiek się działo. Sekretarka na dwunastym piętrze nie zdążyła natomiast dobrze Wendy zasugerować, że „tam się nie wchodziło bez pozwolenia”, kiedy zorientował się dopiero po fakcie, że wparowała do środka jego własna siostra, wyglądając jakby przed chwilą uciekła z przedszkola. Albo z cyrku.
Spojrzał na nią oceniająco z miną typu „co ty wyprawiasz?”, ale zanim cokolwiek powiedział, ona zaczynała się już rozkręcać.
„Idziemy do National at The Well”.
Otworzył usta, żeby zaprotestować. Siostra nie dawała za wygraną i najwyraźniej wcale nie chciała pozwolić mu się odezwać, dopóki nie skończy mówić. Niech będzie. Oparł się plecami o fotel, krzyżując ręce na piersi.
Nawet nie spojrzał na tą ulotkę, wystarczyło dać jej mówić. Wizja lunchu w kręgielni z fast foodem, do której w swoim garniturze pasował jak pięść do nosa, to jedno. Dwa, nie zamierzał też zgodzić się na to, żeby urządziła w jego biurze wokalny pokaz godny trzylatki, a wiedział, że jeżeli zaraz stamtąd nie wyjdą – lub jej zwyczajnie nie wyrzuci – tak się właśnie stanie. Winnie była nieobliczalna, wszystkiego mógł się po niej spodziewać.
Patrzył na nią coraz bardziej zniesmaczony, ale gdy wspomniała o traktorku stojącym na zakazie, jakby kompletnie się załamał. Przesunął dłonią po twarzy z głośnym westchnięciem i rzucił okiem na zegarek oplatający jego nadgarstek. Wstał od biurka, podchodząc w jej stronę. Strzepnął z czarnego blatu różowy brokat.
Trzeba było myśleć zanim stanęłaś na zakazie. — Popukał ją w czoło. Delikatnie, ale zawsze. — I nie mogłaś wyciągnąć Zelli? Założę się, że ma o wiele mniej do roboty… — mruknął, składając stertę dokumentów do teczki. — Za trzy godziny muszę być w sądzie. Jedziemy do tej twojej kręgielni, jemy i wychodzimy. — Narzucił własne zasady, choć w głębi doskonale wiedział, że pojadą tam i oczywiście da się namówić na granie na maszynach. — Idź przestaw ten traktor, pojedziemy moim samochodem — dodał, łapiąc za słuchawkę od stacjonarnego telefonu. Kliknął przycisk, który łączył go z sekretarką. — Nie będzie mnie przez trochę, wszystkie palące sprawy przekazuj O’Donnellowi — rzucił, patrząc na siostrę z ponagleniem w oczach. — No, idź, zaraz zejdę. — Wcale nie chciał, ale mus to mus, nim ten promyczek rozniesie mu kancelarię. — Nie do ciebie… Tak, wszystko do O’Donnella.

Wendy Gardner
she
nie lubię postów tworzonych przez AI; jednostronnej inicjatywy; brania wszystkiego zbyt personalnie i nieodróżniania postaci od gracza
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
163 cm
Just remember I'm forever your girl.
Awatar użytkownika
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przedszkole to istny cyrk, więc zwał jak zwał. Poniekąd zeszła ze sceny na której każdego dnia albo jest klaunem żonglującym dziecięcymi humorami, albo akrobatką stąpającą po rozchwianej linie, gdzie jeden fałszywy krok oznacza chaos nad którym nie da się już zapanować. Mógł więc spoglądać na nią z góry, ale powinien też wiedzieć, że jego wzrok nie ma porównania z badą sześciolatków, która potrafi wytknąć najmniejszy błąd z brutalną szczerością. Zdawała sobie też sprawę z tego, że bywała nieznośnie uparta głównie w jego towarzystwie, ale coś, co określić można nieznośnym uporem, w rzeczywistości było wypracowaną przez lata niezłomnością, którą potrafiła wykorzystać w życiu tylko w dwóch przypadkach: na Krabikach i sporadycznie na Percivaldzie.
Stopniowo zauważała kapitulację po jego stronie, a kącik ust niepewnie podrywał się ku górze w zwycięskim uśmiechu - wygrana pachniała frytkami. Kiedy wstał klasnęła w dłonie tak głośno, jakby wygrała los na loterii, a dostrzegając jak Perci strzepuje brokat, roześmiała się. Robił to z taką starannością jakby co najmniej usuwał skażenie biologiczne.
— Błagam! Nie miałam czasu szukać miejsca parkingowego. W tej dzielnicy o tej godzinie to jakieś nieporozumienie — powiedziała marszcząc przy tym czoło zadziwiona, bo prędzej siebie powinien popukać w głowę, a nie ją.
Słysząc imię siostry posłała mu szeroki, niemal współczujący uśmiech. — Głuptasie, właśnie dlatego nie napisałam do niej — wyznała, obserwując jak upycha dokumenty w teczce. — Potraktuj to jako siostrzaną interwencję, wiesz? Zella ma życie, a ty zmagasz się z teczkami przepełnionymi problemami innych. Kiedy twój zegarek odlicza tylko czas od pracy do pracy, kolejne dni mijają, lata lecą. Dziś jesteśmy, jutro nas nie ma — stwierdziła i ucichła, na krótką chwilę. Jakby zapragnęła, by to wybrzmiało dosadnie. Winnie rozumiała, że to dzięki jego determinacji i pracy udało się mu uciec od biedy, ale czy ucieczka nie miała służyć życiu, a nie tylko zarabianiu?
Uśmiechnęła się jednak zaraz cmokając z satysfakcją i rozładowując tym samym chwile powagi,, bo jakby nie było namówiła brata na wyjście. — Trzy godzinki mi wystarczą mecenasie — odparła radośnie dygając przy tym lekko i obracając się w stronę drzwi, by po chwili przenieść swój wzrok jeszcze raz na niego. — I nie bój żaby, zaraz przestawię swój traktorek, ale chodź szybko do mnie i się nie ociągaj, bo zacznę trąbić — czy była to groźba? Jak najbardziej! — Zdajesz sobie sprawę, że mój klakson brzmi jak zrozpaczony słoń? Niezbyt to szykowne — i puszczając mu oczko skierowała się do wyjścia, a kiedy ponownie mijała sekretarkę podeszła do jej biurka i położyła przed nią obrazek psa, który wystawał jej z torebki.
— Proszę, to dla Pani — I radośnie odwróciła się w stronę wyjścia zostawiając dwa ponuraki za sobą. Zjechała na dół, podbiegła w stronę samochodu z ulga dostrzegając, że jest na swoim miejscu i po chwili już manewrowała po okolicy szukając odpowiedniego miejsca. Gdy już udało się jej zaparkować wysiadła, co idealnie zbiegło się, czasem, bo właśnie dostrzegła brata wychodzącego z budynku.
— Może jednak się przejdziemy? To chyba nie daleko i raczej nam nie zaszkodzi — zaproponowała, kiedy dystans między nimi zminimalizował się. — Przy okazji opowiesz mi co u Ciebie.

Percival Gardner
winniethepooh91
46 y/o
NARRATORSKI PIESEK
182 cm
adwokat/partner w kancelarii Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
i'm six feet under, like i'm buried alive
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Nie widział w tym nic dziwnego, tym bardziej złego – w wiecznym zajmowaniu się pracą, wiecznych rozjazdach, braku prywatnego życia. Z każdym miesiącem piękny dom w York Mills stawał się dla niego coraz bardziej obcy. Łapał się na tym, że za wygodniejsze uważał łóżko w pięciogwiazdkowym hotelu niż te własne, które dzielił z żoną. Zresztą, ona też powoli zmieniała się w nieznajomą. A mimo to… nie potrzebował ratunku. Zawzięcie trzymał się tej wersji. Żadnych siostrzanych interwencji i uświadamiania, jak bardzo n i e miał życia.
Był cholernie uparty. Na jego nieszczęście, Wendy ta rodzinna upartość również weszła w krew.
Mój zegarek odlicza dokładnie taki czas, jaki sobie ustawiłem, filozofie. — Uśmiechnął się delikatnie spod uniesionych brwi.
Na jej kolejne słowa mruknął tylko znowu, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że jeżeli nie wyjdzie stamtąd w ciągu najbliższych kilkunastu minut, jego młodsza siostra postara się o to, by wyraz wielkiego zniecierpliwienia usłyszeli nie tylko w całym budynku Philips and Gardner LLP, ale i w całej okolicy. Znał dźwięk klaksonu traktorka Wendy, poznałby go w środku zatłoczonego, głośnego miasta. Faktycznie przypominał odgłos zrozpaczonego słonia. Zresztą, w mniemaniu Percy’ego, samym brokatowym wtargnięciem zrobiła już wystarczającą szopkę.
Odprowadził ją wzrokiem do drzwi, mając nadzieję, że wychodząc z firmy nie zdecyduje się przypadkiem kogoś zaczepić. Była do tego zdolna. Uwielbiała wpuszczać do eleganckiego życia Percivala odrobinę chaosu i pewnie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, że siostra odwiedziła brata w pracy, ale… prawie nikt z pracujących dla niego ludzi nie wiedział, że w ogóle miał jakiekolwiek rodzeństwo. Nie wstydził się ich, po prostu niewiele o sobie mówił. Im mniej o nim wiedzieli, tym lepiej. Mogli więc spekulować i rozmyślać do woli, kim naprawdę był ten kolorowy promyczek, który bezceremonialnie wprosił się do gabinetu szefa. Nikt inny (o zdrowych zmysłach) nie odważyłby się tego zrobić.

Wyszedł na zewnątrz, zakładając na siebie płaszcz; teczkę z dokumentami zostawił. Skrywała zbyt ważne papiery jak na wypad do kręgielni, w której równie dobrze mogłaby się zgubić. Przy Wendy musiał mieć oczy dookoła głowy, skupiać się wyłącznie na niej – inaczej w minutę zgubiłby i ją.
„Może jednak się przejdziemy?”.
Rozejrzał się, zawieszając spojrzenie na swoim czarnym BMW. Zaparkował idealnie pod samym budynkiem i założyłby się o stówę, że wyjechaliby, a ktoś momentalnie zająłby mu miejsce. Dlatego przytaknął, gestem dłoni pokazując siostrze, aby prowadziła. Nie miał pojęcia gdzie konkretnie znajdowało się National at The Well. Kojarzył tylko, że gdzieś w pobliżu.
„Przy okazji opowiesz mi co u ciebie”.
Skrzywił się nieznacznie, idąc obok niej. Schował dłonie do kieszeni płaszcza i odchrząknął. To… kiedy ostatnio się widzieli?
U mnie nic nowego, po staremu. Robota, sporo wyjazdów, konferencje, bankiety, imprezy dla snobów… — Kącik jego ust mimowolnie powędrował w górę. — Nic ciekawego, młoda. — Wzruszył ramionami.
Nie o to go pytała. Zdawkowa odpowiedź była wymijająca, a powód oczywisty: nie chciał rozwodzić się nad tym, co się u niego działo. Co miał jej powiedzieć? Że za dużo pracuje, za dużo pije, a małżeństwo z Gigi jest jedną wielką niewiadomą? Życie Gardnera wcale nie było aż tak poukładane, na jakie je kreował.
Ale mam coś, co ci się spodoba. — Zerknął w jej kierunku, trzymając ją chwilę w niepewności. — Przygarnęliśmy psa. — Tego nawet on się nie spodziewał, wracając kilka dni temu z delegacji, ze zwierzakiem siedzącym na miejscu pasażera obitym najdroższą skórą. — To suczka, kundelek. Znalazłem ją przy stacji benzynowej. — I oczywiście nie mógł tam zostawić. — Mów lepiej co u ciebie… i twoich Krewetek. — Patrzył na nią pytająco.
Tak się nazywała grupa tych bachorków, miał rację? Nigdy nie pamiętał.

Wendy Gardner
she
nie lubię postów tworzonych przez AI; jednostronnej inicjatywy; brania wszystkiego zbyt personalnie i nieodróżniania postaci od gracza
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
163 cm
Just remember I'm forever your girl.
Awatar użytkownika
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spoiler
Perci & Wendy vibe - totalnie tak widzę energię tej dwójki.
Obrazek
Percival z gracją stawiał kolejne kroki i to z dłońmi w kieszeni — co za n i e b y w a ł a odwaga to była! — przynajmniej zdaniem Wendy, która walczyła chyba z innymi siłami grawitacji niż reszta ludzi na tym świecie. Powierzchnie płaskie przyciągały ją częściej niż statystycznego człowieka stąpającego po ziemi, kiedy ze swoją tendencją do potkyania się o krawężniki lądowała niejednokrotnie jak długa na ziemi. Nie dzisiaj, ale wszystko jeszcze przed nią! Pomimo tego szalonego przyciągania nie lękała się i była niczym wolny duch, hasając sobie między kolejnymi latarniami i znakami jak jakaś rusałka na polanie, bez strachu w oczach. Trochę komicznie wyglądała w zestawieniu ze swoim bratem, który wyglądał tak nienagannie, że aż bolały ją od tego zęby. Tak naprawdę bolały ją od zimna, bo cierpiała na nadwrażliwość, ale łatwiej było obarczyć winą idealnego Percivala niż chłodne powietrze. Zresztą poniekąd to była jego wina, bo przez niego teraz tak otwierała usta, jakby chciała rzucić jakąś celną uwagę o tym, że jego życie towarzyskie ma temperaturę zamrażarki. Serio, on tego nie słyszał? Bankiety, konferencje, robota, wyjazdy, imprezy dla snobów… przecież to wiało straszną nudą! Przekręciła wymownie oczami i już miała coś powiedzieć, kiedy to nagle zatrzymała się tak gwałtownie, że prawie spowodowała karambol z idącym za nimi biznesmenem.
Pies? — pisnęła, a jej oczy zaświeciły się bardziej niż ten jej brokat na twarzy. — No nie gadaj! — uśmiechnęła się szeroko, z odrobiną podziwu spoglądając na brata, jakby właśnie odkryła, że jeszcze jest szansa, że będą z niego ludzie! — Mecenas Gardner, postrach sal sądowych, przygarnął kundelka ze stacji benzynowej? — zaśmiała się wesoło i ruszyła nagle przed siebie z jeszcze większym entuzjazmem niż na początku ich spaceru. Przecież wizja psa na tapicerce jego BMW była tak abstrakcyjna, że aż piękna! Oczami wyobraźni widziała już jak psina powoli przejmuje władzę nad ich sterylnym domem. Cudownie!!! — Koniecznie muszę ją poznać. I założyć się z Gigi, po ilu dniach pies zacznie spać w waszej sypialni na waszych prześcieradłach — zaśmiała się, po czym szturchnęła go łokciem nie kryjąc swojego rozbawienia z całej tej sytuacji, choć w głębi siebie była nieco rozczulona.
Szybko jednak zmarszczyła nos i fuknęła niezadowolona, choć trochę się zgrywała w tym całym teatralnym zagraniu. Typowy brat, pewnie potajemnie recytował paragrafy kodeksu karnego bez zająknięcia, ale jak przyszło wspomnieć nazwę grupy przedszkolnej Wendy to odpalała się mu mgła mózgowa. — Krabików, jak już coś! — zaczęła poprawiając go na wstępie. — Po czasie spędzonym z nimi stwierdzam, że mają wyjątkowe parcie na destrukcję i niebywałą zdolność do manipulacji. Myślę, że już na tym etapie rozwoju jestem w stanie zauważyć, które osobniki nadawałyby się do ciebie w przyszłości na staż — wyznała z całkowitą powagą, bo teraz nie żartowała. Miała kilka ewenementów w grupie i czasami zbierała szczękę z podłogi, gdy coś odwalili lub powiedzieli.
No ale co tam Krabiki, kiedy po chwili stali już przed wejściem do lokalu. Oczywiście Wendy, jak to ona, nie potrafiła normalnie wejść do środka, ona na wstępie już musiała zahaczyć trampkiem o wycieraczkę i wykonać lot cudem nie lądując na twarzy, ale za tp zatrzymując się na jakimś przypadkowym człowieku, którego od razu grzecznie przeprosiła. — Wszystko pod kontrolą, nie patrz tak na mnie — rzuciła do brata radośnie, rozkoszując się jednocześnie hukiem kul uderzających o pariet na kręgielni, dźwięków automatów do gier oraz zapachem frytury i taniego piwa.
Cudnie! Chodź, zjemy coś — oznajmiła ciągnąc go do strefy, w której mogli sobie coś zamówić i zajęła miejsce przy pierwszym wolnym stoliku z brzegu.

Percival Gardner :doggo:
winniethepooh91
46 y/o
NARRATORSKI PIESEK
182 cm
adwokat/partner w kancelarii Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
i'm six feet under, like i'm buried alive
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Pasowali do siebie jak kwiatek do kożucha. On z tym swoim perfekcjonizmem, elegancki, w idealnie wyprasowanej koszuli, pachnący luksusem; ona umazana brokatem, z energią spuszczonego ze smyczy golden retrievera albo dziecka, które właśnie starszy brat odebrał ze szkoły. I zabierał na lody.
Powiódł wzrokiem za siostrą wykonującą obrót między latarnią a idącym z naprzeciwka chłopakiem, ewidentnie się za nią oglądającym. Nieznajomy patrzył z zachwytem, natomiast Percy… Percy patrzył tak, jakby Wendy wepchnęła mu do buzi różowego cukierka, którego przez przypadek połknął w całości. Przechodzący obok mężczyzna wreszcie natrafił na Gardnera – po jego uradowanej minie zbyt wiele nie zostało, gdy Percival obrzucił go spojrzeniem numer „lepiej przestań się gapić”. Z rękoma schowanymi w kieszeniach czarnego płaszcza i ściągniętymi brwiami wyglądał jakby maszerował komuś wpierdolić. W istocie wszedł jednak w tryb czuwania nad Wendy lub, jak kto wolał, pilnowania, by na płaskiej powierzchni nie skręciła sobie kostki. To było wymagające zadanie.
Spodziewał się piskliwej reakcji, wręcz się na nią mentalnie przygotował, zasłaniając palcami lewe ucho, niby drapiąc się tuż przy włosach. Najchętniej przewróciłby oczami, ale starcie młodej z idącym za nimi biznesmenem skutecznie go od tego odwiodło. Wymamrotał w jego stronę krótkie „przepraszam” (bo oczywiście, że ona faceta nawet nie zauważyła) i powiedział:
Nie ekscytuj się tak, jeszcze nie wiemy czy zostanie. — Ależ oczywiście, że wiedzieli, a przynajmniej wiedział on – z o s t a n i e. — Wczoraj zawiozłem ją do weterynarza, na pierwszy rzut oka nic jej nie dolega, ale poczekamy na wyniki badań. Jest tylko wygłodzona, musi przybrać na wadze. I straszny z niej miziak. — Nie musiał dodawać tego, co oczywiste: że była po prostu zaniedbana. Niekochana. — Zresztą, sama zobaczysz.
Zupełnie pominął też fakt, że Leyla zadomowiła się na kanapie w salonie, a Percy nie miał serca, żeby ją stamtąd ściągać. Robiła to za niego Maria, która przychodziła sprzątać; jej nowym dramatem stała się wszechobecna sierść. Nie zdawał sobie sprawy, że Gigi po kryjomu zadecydowała o podniesieniu kobiecie stawki.

Krewetki brzmią lepiej. — Nie mógł się powstrzymać. Poza tym, miał przecież rację. Zawsze.
Temat Krabików (tych perfekcyjnie nadających się na przyszły staż w kancelarii Philips and Gardner LLP) bez wątpienia zainteresowałby go bardziej niż temat nowo przygarniętego psa – choćby z przymrużeniem oka – gdyby nie doszli właśnie do kręgielni. Zatrzymał się, unosząc głowę; przez chwilę lustrował kamienicę.
Szybka ocena: przydałby się remont.
Neonowy szyld kojarzył mu się z jednym z tych miejsc, w których ostatnio bywał w czasach studiów. W czasach szczynowego wina i wąskiego towarzystwa. Metalowe, zardzewiałe drzwi nie przypominały wejścia do eleganckiego baru w lobby hotelu Mister C ani zachwycającej restauracji Akira Back. Jeśli wybór należałby do niego, zabrałby ją tam, gdzie za burgera płaciło się krocie, tylko dlatego, że pod nazwą lokalu dodano niedawno trzecią gwiazdkę. Jakże on był przewidywalny…
Starał się, naprawdę się starał, żeby wyraz jego twarzy nie zdradzał od progu, jak bardzo nieswojo się poczuł, wchodząc przez te obdarte drzwi. W akompaniamencie palpitacji serca, gdy Wendy poleciała do przodu. Miał przy niej niekontrolowane tiki: za każdym takim nagłym ruchem momentalnie wyciągał ręce, żeby ją łapać.
„Wszystko pod kontrolą, nie patrz tak na mnie”.
Mhm — burknął, dodając jeszcze swoje „przepraszam”, mijając tego nieszczęsnego człowieka, na którego wpadła. Fartem!
Pomieszczenie skąpane w fioletowo-różowym świetle, głośne jak cholera, pachnące tłuszczem z mięsa i frytek. Wisienką na torcie był zapach rozlanego gdzieniegdzie, taniego piwa. Przeważali młodzi, roześmiani i ubrani na luzie. On dla odmiany robił za buca w stylówie z najnowszej kolekcji Burberry. Spokojnie można by go sfotografować i wrzucić do jakiegoś modowego magazynu. Dlatego z pewnością wszystkie te dzieciaki patrzyły na niego, jak gdyby urwał się z choinki.
Zajął kanapę po drugiej stronie stolika, schowanego w małym boksie. Usiedli, a zza rogu pojawiła się (raczej wyskoczyła) uśmiechnięta kelnerka, podając im dwie kartki opakowane w koszulki foliowe. Nie żeby wymagał obitego skórą menu…
Nawet za tą kartkę nie złapał, od razu spoglądając na Wendy, zanim dziewczyna zdążyła zadać oczywiste pytanie.
Wybieraj, zjem co zamówisz.
— Czyli wybiera córka! Świetnie! — Kelnerka obróciła głowę ku Winnie, zupełnie nieświadoma, że mina Gardnera łudząco odzwierciedlała grumpy cata.
Siostra — rzucił bez emocji, acz nad wyraz wyraźnie. — Wybiera siostra.
— Może być i siostra! Cudnie!
Ten pokaz radości przyprawił go o dryg powieki.
— Zatem co dla was, siostro? — Rudowłosa klasnęła w dłonie.
Ja pierdolę…
Posłał Wendy ponaglające spojrzenie, zerkając na zegarek przy nadgarstku. Tak, jak dobrze ją znał, obawiał się, że to wybieranie mogło się przeciągnąć w nieskończoność, jeżeli dojdzie do deseru.
Burger, frytki, cola? — podpowiedział, delikatnie gestykulując dłonią.

Wendy Gardner :pingol:
she
nie lubię postów tworzonych przez AI; jednostronnej inicjatywy; brania wszystkiego zbyt personalnie i nieodróżniania postaci od gracza
ODPOWIEDZ

Wróć do „National at The Well”