Jeju, czy Cassie zawsze musiał mieć rację i się tak mądrzyć? Owszem, pochodził z rodziny intelektualistów, ale nie musiał tak od razu... no, wiecie, wiedzieć wszystkiego. Uniósł nawet brew, gdy podczas całej drogi do gabinetu Marshall tak głośno stukał tą swoją laseczką, ale Leo uznał, że było mu po prostu ciężko iść po schodach - no, logiczne, nie? No i głupio tak niepełnosprawnemu koledze wypominać, że stuka mu laseczka, dlatego nic nie powiedział, tylko słuchał słów przyjaciela, który - swoją drogą - mógłby mówić odrobinę ciszej, skoro jeszcze byli na korytarzu. -
W Simsach od razu wiadomo, kołysanka jest grana taka - zauważył trafnie. Jego młodsza siostra ciągle grała w tę grę, to wiedział to i owo. Dzieci robiło się pod kołdrą, klikając WooHoo. No i Leo miał zajebiste WooHoo z Luną - tak zajebiste, że zrobiła mu papkę z mózgu i ciągle wspominał jej nagie ciało. W. Każdej. Minucie. Swojego. Życia.
Ślub z laską po pijaku, bo powiedziała ci, że mogłaby się z tobą kochać do końca życia? Stary. To nie jest romantyczne. To jest objaw uszkodzenia płata czołowego. Nachmurzył się na moment, gdy tylko usłyszał kolejne słowa przyjaciela, ale zaraz przed oczami stanęła mu Luna bez ubrań. Serio, ta kobieta powinna lepiej pilnować ubrań. Odwrócił się do Marshalla. -
Była bardzo przekonująca, Cassie -
zaprotestował, po czym zatrzymał się na moment i zaczął kreślić naprawdę ponętne,
kobiece kształty w powietrzu.
Gdy siedzieli już w gabinecie, jeden naprzeciwko drugiego, obaj ze szklankami
whisky w dłoniach - albo przy czole, jak Marshall wolał - to Leo odchylił się na swoim fotelu do tyłu i tak się zapatrzył w sufit jak uciemiężony mężczyzna, zanim upił łyk whisky. Ciężkie było to życie. Tu żona, tam przyjaciele i bracia mówiący mu, że był idiotą... A w Biblii było napisane - słuchaj żony swojej. No i komu miał ufać bardziej? Żonie czy przyjaciołom? Oto jest pytanie, cholera. Oparł łokcie na blat i splótł palce pod brodą, po czym utkwił wzrok w Caspianie, który najwyraźniej był już gotowy na wykład. -
No dobra, ale powoli, dobra? Dobra, dobra - odezwał się, po czym zamienił się w słuch. No i słuchał - o edukacji seksualnej, testach ciążowych, coś o
congratulations, you are about to become a daddy (tu trochę zgubił koncentrację i przestał procesować na chwilę słowa Caspiana, bo bardzo długo już mówił, no i Leo wtrącił krótkie "DZIĘKUJĘ!" w jego wykład). Potem było coś o jebaniu w kontekście smrodu i zmarszczył na chwilę nos, ale zaraz Marshall przyrównał Leonidasa do rycerza na białym koniu. No i zrobił minę zbitego pieska, bo całe życie ludzie mówili mu, że zbyt szybko zaczynał ufać ludziom i że miał zbyt dobre serce na ten świat. Not fair, musiał się teraz tłumaczyć. -
No... nie do końca tak było, coś tam ją popytałem... Ale ona naprawdę jest przekonująca, Cassie - odparł, po czym zmrużył oczy i znowu zaczął kreślić klepsydrę w powietrzu. -
Poza tym to Meksykanka - dodał chwilę później. -
Widziałeś kiedyś wkurwiającą się Meksykankę? Mommy material, really - zakończył swój krótki wywód, po czym znowu napił się whisky ze szklanki. No i tak to jest z tymi kobietami. Albo się słuchasz, albo się nie słuchasz. Leo Coelho.
No i zaraz Leo spoważniał, bo jednak potrafił zachować powagę w życiu, dobra? Słuchał Caspiana, gdy zaczął zwierzać się o swoim wypadku, no i zrobiło mu się chłopa kurewsko szkoda. Wolontariat. Wybuchy. Czerwień nawiedzająca oczami. Shiet. Wiedział, co czuł Caspian. Po wypadku, Leo nieraz budził się w środku nocy zlany zimnym potem, bo we śnie usłyszał pisk opon i gnącą się blachę. A potem była tylko ciemność. -
Uch, ja jebie - skomentował krótko, kręcąc głową. -
Pij - rozkazał, po czym uniósł szklankę w niemym toaście i wypił trzy porządne łyki, zanim skrzywił się tak, że musiał odsunąć szkło od ust. -
Współczuję ci, Cassie -
wyrzucił z siebie zduszonym głosem, bo alkohol zapiekł go w gardło.
Po tych słowach zapadła cisza, bo obaj potrzebowali czasu na przełknięcie tej bolesnej szczerości. Pojebane. Jak to się stało, że w ciągu dwóch lat ze szczytu obaj spadli na samo dno? No dobra, nie spadli na samo dno, bo dalej należeli do uprzywilejowanej grupy społecznej posiadającej grube miliony na kontach, ale chodziło o sam fakt, że pieniądze nie były w stanie kupić im nowego ciała. Mogli zapomnieć o wielu aktywnościach, które przedtem kochali. Wypił jeszcze łyczek whisky - wypił już prawie pół szklanki - kiedy Caspian przetarł twarz dłońmi i w końcu się uśmiechnął. Czas miał to do siebie, że leczył rany, prawda? Upływający czas jednak nie pozwolił Leonidasowi zapoznać się z wiedzą tajemną, którą chciał przekazać mu Marshall, a przynajmniej nie w stu procentach, bo przez whisky już zaczynało mu szumieć w głowie. W głowie słyszał w kółko trzy słowa. Adrenalina. Seks. Miłość. Jak na pętli. A później coś o pierdoleniu kabli. Westchnął ciężko. -
Z ciebie to zawsze był taki jebany poeta, stary. Piękne - skwitował, bo słowa o seksie i miłości trudno było spierdolić. Po chwili nawet otarł nieistniejącą łzę spod oka, tak się wzruszył. Zaraz jednak spoważniał, bo dziś Marshall był poważnym dorosłym i zaczął zadawać mu pytania.
Czy ty ją, kurwa, kochasz? Leo westchnął ciężko i nalał sobie więcej whisky. -
Nie wiem, czy ją kocham... No, zauroczony na pewno jestem, ale serio, też byś był, no zobacz - rzucił, po czym wyciągnął telefon, odblokował ekran i podsunął Caspianowi pod nos zdjęcie seksownej Luny. Kurde, cholera jasna, tylko na nią spojrzał i już zapragnął do niej napisać, gdzie była i co robiła, bo w hotelu to jej nie było, psia krew, ale nie chciał, żeby Marshallowi zrobiło się niezręcznie.
No i dzięki temu Cassie mógł zacząć zadawać mu więcej pytań.
Kim była, skąd się wzięła? Leo był gotowy na tę opowieść, już nawet wiedział, co chciał powiedzieć! -
No to... to było tak, że wypiłem kilka szklaneczek whisky z Conradem, znasz go, nie? Ten wariat, co żyje z giełdy... No i zaprosił mnie do Vegas, bo miał tam jakieś biznesy, które potem okazały się blond modelką, ale mniejsza o to. Zostawił mnie samego w barze i już miałem iść do spania, kiedy Luna do mnie podeszła i nawet nie chciała, żeby postawić jej drinka, wiesz? No i zaczęła mówić takie rzeczy... różne... o przeznaczeniu, nie? No i ją zbywałem trochę, ale potem... no, wiesz, jak to jest z kobietami... - urwał, spojrzał na Cassa, posłał mu spojrzenie pt.
"WOMEN", wypił łyczka whisky i wrócił do opowieści. -
Zaczęliśmy flirtować i poszliśmy do mnie... Dalej piliśmy jakieś alko, co znalazłem u siebie... No i potem było - Leo urwał i energicznie, głośno zaklaskał w dłonie kilka razy, szczerząc się przy tym jak idiota. -
A potem był ślub, a potem... no, już niewiele pamiętam, urwał mi się film. No w każdym razie w tym tygodniu przyleciała do Toronto - zakończył swoją opowieść, kiwając głową. Ciężki był żywot owoca twojego mężczyzny. Niestety. No i chwilowo zapadła cisza, przerywana tylko
dramatycznymi westchnięciami Leo - przynajmniej dopóki Caspian nie spytał o Flavię. -
Pewnie, że mam kontakt z Flavią, wpada tu czasem na pogaduchy - uśmiechnął się. -
Ej, śmiesznie by było, jakby dziś wpadła, nie? Trio znowu razem. A masz trawę w ogóle? Czy tylko faje? W ogóle to napisałem Flavor wczoraj, że mam żonę i nie powiedziałem jej nic więcej, więc w sumie powinna do mnie wpaść w tym tygodniu. Nie zdziwiłbym się, jakby przyszła z egzorcystą - wybuchnął śmiechem, po czym znowu zaczął polewać im alkohol. Zapowiadała się świetna zabawa, yay!
𝖼𝖺𝗌𝗌𝗂𝖾 
