ODPOWIEDZ
42 y/o
Welkom in Canada
185 cm
Zastępca komendanta Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Hard-boiled detective, cop and policeman
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiKe/bab
typ narracjiTypiczny
czas narracjiKażdy
postać
autor

Komisariat o tej porze dnia żył własnym, nerwowym rytmem - napieprzanie w klawiatury, urywane rozmowy przez radio, ktoś gdzieś trzaskał szafką. Scott nie zwracał na to większej uwagi, bo choć pojawił się na miejscu pierwszy raz od kilku tygodni, w dalszym ciągu był do tego przyzwyczajony. Szedł korytarzem pewnym krokiem, aż w pewnym momencie coś przykuło jego uwagę - podniesione głosy zza uchylonych drzwi jednego z pomieszczeń.
Nie wszedł od razu. Zamiast tego zatrzymał się tuż przy framudze, opierając się o nią ramieniem. Skrzyżował ręce na klatce piersiowej, przyjmując pozornie swobodną, niemal znudzoną postawę i słuchał. Głos June rozpoznał od razu: ostry, ale kontrolowany na tyle, na ile pozwalała sytuacja. Drugi należał do jednego z tych typów, którzy zbyt długo uchodzili za sprytnych,. Scott nie poruszył się ani o centymetr, gdy rozmowa zaczęła przybierać coraz bardziej osobisty ton.
Gdy padła sugestia, rzucona z tą charakterystyczną, obrzydliwą pewnością siebie, że June załatwiła sobie awans łóżkiem, do któremu wskoczyła Scottowi, brunetowi przez ułamek sekundy drgnęła powieka. Szybko pomyślał o tym, że mógłby go teraz zniszczyć. Wystarczyło jedno zdanie, jeden podpisany papier i gościa nie uratowałby nawet sam Frank Drebin. Trzeba było przywołać chujka do porządku i przypomnieć mu, że nawet jeśli ma plecy, to Letexier ma plecy większe.
Nic jednak nie zrobił. Nie dlatego, że nie chciał. Wręcz przeciwnie. Zacisnął lekko szczękę, jednak jego postura pozostała niewzruszona. Eskalacja niczego by tu nie poprawiła. Mogłaby jedynie dolać oliwy do ognia, stworzyć dokładnie taki bałagan, jakiego ktoś taki tylko by sobie życzył. Zastępca komendanta postanowił więc poczekać. Cierpliwie i bez słowa, aż tamten skończy swój nie mający żadnych postaw wysryw.
Dopiero wtedy, gdy mężczyzna odwrócił się, zapewne zadowolony z siebie, natknął się wzrokiem na Letexiera. Scott nawet się nie wyprostował. Wystarczyło, że uniósł lekko kącik ust w krótkim, niemal uprzejmym uśmiechu. W jego oczach nie było jednak ani grama rozbawienia, a tylko chłodna pewność siebie, którą wręcz bił po oczach.
Nagle cały impet tamtego gdzieś wyparował.
- Kontynuuj - rzucił spokojnie Scott, głosem cichym, ale na tyle stanowczym, że zabrzmiał jak rozkaz. - Masz na pewno coś jeszcze do powiedzenia - cisza, która zapadła po tych słowach była dość wymowna.
Brunet kątem oka zerknął w kierunku June, rzucając jej porozumiewawcze spojrzenie. Kto jak kto, ale Scott wiedział najlepiej, kim Harrison jest i że sama zapracowała na swój sukces. Jej statystyki oraz raporty Eviny mówiły same za siebie: June to dobra policjantka i żaden gonzo z plecami tego nie zmieni. A jak będzie chciał zmienić, to na drodze stoi jeszcze Scott, gotów zrobić z nim to, co Stachursky zrobił z Doskozzzą - rozjebać system.

June Harrison
30 y/o
For good luck!
175 cm
śledcza Toronto Police Service HQ
Awatar użytkownika
you don't own me, i'm not just one of your many toys.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W ciągu kilku ostatnich miesięcy, w życiu June zaszło wiele zmian - w tym zawodowym, rzecz jasna, bo jakiekolwiek życie prywatne praktycznie przestało dla niej istnieć. W pełni skupiła się na pracy i póki co taki stan rzeczy jej nie przeszkadzał, a wręcz ją cieszył. Dzięki mianowaniu przez Letexiera na śledczą i przydzieleniu do wydziału zabójstw pod skrzydła Eviny, złapała na nowo wiatr w żagle. Miała ręce pełne roboty, co jednak sprawiało jej radość i niemałą satysfakcję. Nie brakowało jej ambicji i werwy, bo przecież pragnęła nie tylko być wystarczajaco dobrą by zajmować to stanowisko, ale chciała być doskonała we wszystkim co robiła. Każdy kolejny dzień traktowała jak cenną lekcję, z której naprawdę wiele mogła wynieść. Każdą sprawę i nowe zadania podejmowała z równym oddaniem. Scott nie tylko sprawił, że jej awans był w ogóle możliwy, ale dopilnował także tego, by pracowała wśród najlepszych. Nie chciała, by mężczyzna kiedykolwiek pożałował tej decyzji, więc nie było miejsca na wpadki.
Pewne rzeczy pozostawały jednak niezmienne. Paul Baker nadal był wrzodem na tyłku - nie tylko dla Harrison, ale zdawało się, że też dla wszystkich wokół, bo nawet jego partner, a zarazem najlepszy kumpel, miał go już po dziurki w nosie.
Awans nie pomógł June w pozbyciu się problemu, jakim był wyjątkowo upierdliwy policjant, bo o ile razem nie pracowali, tak komisariat nie był na tyle duży, by mogła go całymi dniami skutecznie unikać.
Tego dnia chodził za nią jak cień. Robił wszystko, by ją sprowokować. Harrison, niosąc stertę dokumentów, które wygrzebała z archiwum, zauważyła że Baker idzie tuż za nią. Rzucał jakieś niesmaczne żarciki, których nawet nie chciało jej się komentować, bo przecież właśnie o to mu chodziło - o wyprowadzenie jej z równowagi i wywołanie reakcji, przez którą kobieta mogłaby wpakować się w kłopoty.
Biggs, błagam. Weź go ode mnie i znajdź mu jakieś zajęcie, bo przysięgam, że jeszcze chwila i mu przypierdolę. — rzuciła do partnera Bakera, przechodząc przez open space, przy jego biurku. Uniósł tylko ręce z miną mówiącą „nic mi do tego”. — Świetnie. — mruknęła tylko, oddalając się już korytarzem w stronę wolnego pokoju, w którym mogłaby w końcu w ciszy przejrzeć dokumenty. Policjant jednak nie dawał za wygraną. Bez większego skrępowania, wszedł za nią do pomieszczenia, przymykając lekko drzwi.
Chcesz mnie uderzyć? Śmiało. Swoją drogą to słodkie jak bardzo na ciebie działam — powiedział, gdy usiadła przy stole i rozkładała przed sobą papiery, próbując nie zwracać na niego uwagi.
Działasz na mnie wyłącznie negatywnie — prychnął, gdy to powiedziała. — Daj mi już spokój, Paul. Nie wiem jaki dalej masz problem i co te zagrywki mają na celu.
Nadal nie łapiesz, co? Chodzi mi o to, że niektórzy muszą się bardzo starać, żeby coś tutaj osiągnąć, na przykład ja. A inni… — spojrzała na niego spode łba ostrzegawczo — …wystarczy, że obciągną komu trzeba i załatwione. — zareagowała śmiechem. Nie pierwszy raz słyszała z jego ust takie oskarżenia. Baker, zadowolony z siebie, skrzyżował ręce na piersiach z bezczelnym uśmiechem.
Po pierwsze, włażenia w dupę wysoko postawionym koleżkom nie nazwałabym „staraniem się” — zaczęła, próbując jeszcze kontrolować swoje emocje. Natychmiast wszedł jej w słowo.
Wolę być wdupowłazem, niż kurwić się, tak jak ty. — zareagował już trochę ostrzej, a June, słysząc to, wstała z krzesła. Zacisnęła mocno pięści, wbijając przy tym boleśnie paznokcie we wnętrze dłoni. Ostatnia deska ratunku, która nie pozwalała jej wybuchnąć.
Wynoś się.
No przyznaj. Wciskałaś mi kit, że nie chcesz umawiać się z nikim z pracy, ale potem nie widziałaś już nic złego w tym, by dać się wyruchać Letexierowi dla awansu. Pewnie głównemu też dawałaś, nie? Stary oblech, nisko upadłaś. — przegiął i to mocno. June czuła się tak, jakby krew w jej ciele wrzała. Baker już dawno powinien dostać w zęby - na szczęście jednak wciąż dzielił ich stół. — Przyznaj. I tak cały komisariat już o tym wie.
Co wie? Że opowiadasz brednie na mój temat? Wiedz, że tego tak nie zostawię. — może w końcu czas, by poniósł konsekwencje za to jak bardzo uprzykrzał jej życie. Zbyt długo mu pobłażała.
To ciekawe. Co mi zrobisz, June? Komu się na mnie poskarżysz? Pewnie Mayfieldowi, bo teraz chyba on cię posuwa, prawda? — nie miała pojęcia skąd taki wniosek, ale nie zdążyła już tego skomentować, bo otworzyła tylko usta i zaniemówiła. Nie patrzyła już na Bakera, ale na Scotta, który stał w drzwiach pokoju i ze spokojem przysłuchiwał się tej wymianie zdań. Miała ochotę zapaść się pod ziemię.
Paul, zdziwiony tym, że Harrison wyglądała tak jakby zobaczyła ducha. Odwrócił się i najpewniej sam obsrał zbroję na widok zastępcy komendanta, bo od razu spuścił z tonu.
Nie no… ja… my już wszystko sobie wyjaśniliśmy. Już sobie idę. — powiedział pod nosem, spuszczając głowę jak skarcone szczenię. June skrzywiła się lekko, obserwując żałosny taniec Bakera, który próbował wyminąć Scotta w progu i jak najszybciej się stamtąd wymknąć.


Scott Letexier
ave
jakoś się dogadamy, tylko nie uciekaj
42 y/o
Welkom in Canada
185 cm
Zastępca komendanta Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Hard-boiled detective, cop and policeman
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiKe/bab
typ narracjiTypiczny
czas narracjiKażdy
postać
autor

Scott pamiętał dokładnie moment, w którym nazwisko Bakera po raz pierwszy pojawiło się w kontekście June - anonimowy donos, który śmierdział desperacją i małostkowością na kilometr. Późniejsza rozmowa z Harrison tylko utwierdziła go w przekonaniu, że ktoś bardzo usilnie próbuje rzucać jej kłody pod nogi. A im dalej to szło, tym bardziej wszystko wokół niej zaczynało się komplikować.
Sam awans nie był przecież spacerkiem. Musiał przepchnąć tę decyzję przez kilka niechętnych głów, wysłuchać więcej „ostrożnych sugestii” niż miał ochotę i wziąć na siebie odpowiedzialność za kogoś, kto - według części góry = „nie był jeszcze gotowy”. A jednak zrobił to i nie żałował ani przez sekundę.
Raporty od Eviny tylko go w tym utwierdzały - konkretne, rzeczowe i, co najważniejsze, pozytywne. June była dobrą śledczą i jeśli ktoś taki jak Swanson podpisywał się pod każdym raportem Harrison, to Letexier nie miał prawa w nią wątpić. Evina była bowiem osobą, której Scott ufał najbardziej. Do tego stopnia, że gdyby miał komuś powierzyć własne życie, powierzyłby właśnie jej.
Niestety, dokładnie to było wodą na młyn dla takich ludzi jak Baker. Scott zdawał sobie sprawę, że tamten nie gra czysto, że próbuje uruchamiać znajomości, podkopywać nie tylko ją, ale i każdego, kto przyłożył rękę do jej sukcesu. Jego akurat ominęło to bezpośrednio przez ostatnią nieobecność, ale widok, który zastał teraz… wcale go nie zaskoczył. Tak się właśnie zachowywały kanalie, które karierę robiły przez znajomości i największą ironią w tym wszystkim było to, że to prędzej jego można byłoby posądzić o robienie kariery przez łóżko, wszak na koncie nie miał zbyt wielu sukcesów, był raczej przeciętnym gliniarzem, a na tle June wręcz nijakim.
Scott stał niewzruszony, oparty o framugę, kiedy Baker nagle zmienił ton. Ta zmiana była niemal komiczna, przez co Letexier mało co nie parsknął śmiechem. Jeszcze przed chwilą pewny siebie, opluwający wszystkich wokół, a teraz? Skulony, unikający spojrzenia, próbujący wycofać się rakiem z sytuacji, której kompletnie nie kontrolował.
Zastępca komendanta nawet się nie poruszył, gdy tamten ruszył w jego stronę. Przez to Baker, chcąc go wyminąć, musiał wykonać dość żałosny, pokraczny manewr, ocierając się niemal o framugę i unikając jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego. Przez ułamek sekundy Letexier rozważał, czy nie złapać go za fraki i nie przycisnąć do ściany, ale koniec końców zbastował. Regulamin tego zabraniał, a on jak mało kto musiał go przestrzegać. Odprowadził go więc jedynie krótkim spojrzeniem kątem oka, po czym przeniósł swoją uwagę na June. Dostrzegł wszystko: napięcie w jej postawie, pewien dyskomfort, może nawet zawstydzenia. Westchnął w myślach, po czym wsunął ręce do kieszeni i wyprostował się, przybierając bardziej neutralny wyraz twarzy, jakby nic przed chwilą nie miało miejsca.
- Evina nie może się ciebie nachwalić - odezwał się spokojnie. - A uwierz mi, w życiu słyszałem może ze 3 razy, jak kogoś chwali... i dwa razy był to kucharz ze stołówki na dole - rzucił żartem, choć nie zaśmiał się.
Zrobił krok do środka i sięgnął do drzwi, domykając je za sobą.
- W życiu podjąłem kilka naprawdę dobrych decyzji - dodał po chwili, ruszając powoli w głąb pomieszczenia. - Ale zrobienie z ciebie śledczej… spokojnie łapie się do top 5 decyzji vice-komendanta Letexiera - rzekł pewnie, zatrzymując się obok niej i oparł plecami o ścianę, znów krzyżując ręce na klatce piersiowej. Przez moment nic nie mówił, tylko zerknął w stronę drzwi, upewniając się, że rzeczywiście są zamknięte i nikt nie zamierza im przeszkadzać. Dopiero wtedy spojrzał na nią ponownie.
- Dochodzą mnie słuchy, że nawet ludzie, którzy do tej pory go bronili, zaczynają mieć go serdecznie dość - rzucił spokojnie, już bardziej zwyczajnym, a na pewno mniej służbowym tonem. - Więc, prędzej czy później, sam się załatwi - zrobił krotką pauzę. - Twoja robota mówi sama za siebie, więc nie odpuszczaj - poradził jej, choć tak naprawdę nie musiał. Harrison wiedziała, co ma robić i nie potrzebowała do tego rady od niego.
Ton jego głosu złagodniał nieco przy kolejnych słowach.
- Poza Bakerem - dodał, zerkając na nią uważniej. - Wszystko u ciebie gra? - spytał.
Od jej awansu, a jego wyjazdu, nie mieli okazji ze sobą rozmawiać, przynajmniej nie na żywo. Wymienili się kilkoma służbowymi e-mailami, był jeden telefon, ale poza tym, nie widzieli się dobre kilka tygodni. I choć nie łączyły ich żadne prywatne stosunki, tak Letexier pałał do niej sympatią, ponieważ od samego początku wydawała mu się być dobrą policjantką, a on do takich miał po prostu nosa. To powodowało, że przychylniej na nią patrzył, choć tak naprawdę nie musiał. Nic więc dziwnego, że po tak długim czasie i po tym, co usłyszał od tego pajaca, postanowił porozmawiać z June bardziej prywatnie.
- I bez "panie komendancie", wystarczy Scott albo Letexier, jak wolisz. Nie jesteś już szeregowym policjantką, jesteś śledczą. A ja mam taką zasadę, że ze śledczymi i detektywami jestem na "Ty". Pół życia psa spędziłem w tej roli i nie zapominam, skąd jestem - wyjaśnił, chcąc uniknąć zbędnych konwenansów oraz tym samym podkreślić raz jeszcze, że jej awans to nie tylko współpraca z Eviną, więcej raportów i trochę więcej niebezpiecznych zajęć.

June Harrison
30 y/o
For good luck!
175 cm
śledcza Toronto Police Service HQ
Awatar użytkownika
you don't own me, i'm not just one of your many toys.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

June miała nadzieję, że ten sabotaż, a raczej jego nieudana próba, pod postacią skargi, która miała narobić wokół niej dużo smrodu, będzie końcem jej niemiłych doświadczeń z Bakerem. Jakże się myliła! Mężczyzna nie poddawał się i nadal, na różne sposoby próbował podcinać jej skrzydła. Na początku pomagali mu w tym kumple, ale najwidoczniej, na całe szczęście, również im się to już sprzykrzyło.
Każde spotkanie z nim było testem dla anielskiej cierpliwości Harrison. Poza tym nigdy nie mogła mieć pewności na jaki humorek policjanta akurat trafi, ponieważ Paul Baker był zmienny niczym kwietniowa pogoda. Jednego dnia potrafił znowu usilnie próbować ją poderwać (jak zgadywała, bo używał do tego naprawdę obleśnych tekstów), a następnego już nie szczędził jej mało wyszukanych epitetów, sugerując że przespała się z całą męską częścią policji w Toronto.
A wszystko to przez urażoną dumę.
Bo śmiała powiedzieć mu „nie”. Bo dostała awans, na który sama zapracowała.
Czuła jak jej twarz płonie. Głównie ze złości, chociaż w tamtym momencie, na widok Scotta, także z zawstydzenia. Sama pewnie nie umiałaby wyjaśnić dlaczego tak się czuła. Nie zrobiła przecież nic złego - wiedziała to, bo w końcu to nie ona rozsiewała te plotki, ale mimo tego było jej głupio chyba dlatego, że Letexier musiał tego wszystkiego słuchać.
Z drugiej strony pojawiła się też drobna ulga. Po wpłynięciu donosu, w rozmowie z zastępcą komendanta, Harrison rzucała oskarżeniami w Bakera, nie mając na nie żadnych dowodów, prócz własnych słów. Scott wprawdzie nigdy nie dał jej do zrozumienia jakoby wątpił w ich prawdziwość, ale teraz, w końcu sam usłyszał jak było naprawdę i mógł mieć pewność, że kobieta sobie tego nie wymyśliła ani nie wyolbrzymiała - Baker rzeczywiście był namolnym kutasem, który robił absolutnie wszystko żeby utrudnić jej pracę.
June nadal stała spięta, nawet gdy już główny powód jej zdenerwowania opuścił pomieszczenie. Kompletnie wytrącona z równowagi, szukała sposobu na opanowanie emocji. Nie wiedziała co powiedzieć, chociaż nawet gdyby, to w tamtej chwili pewnie i tak nie potrafiłaby wydusić z siebie słowa. Zaciskając jeszcze mocniej pięści i szczęki, starała się wyrównać oddech. Obecność Letexiera zamknęła Bakerowi usta w odpowiednim momencie. Wiedziała, że gdyby wypowiedział jeszcze choćby jedno zdanie, zaczęłaby wrzeszczeć albo, co gorsza, zalałaby się łzami. Obie reakcje wyglądałyby pewnie równie żałośnie. Swoją drogą, Scott zaimponował jej swoim opanowaniem - nie podniósł głosu, nie okazał zdenerwowania i nawet nie drgnął, gdy Paul przechodził tuż obok.
W końcu to on odezwał się do niej jako pierwszy, podchodząc bliżej. Zdziwiona tym, że od razu podjął zupełnie inny temat, ignorując to co chwilę wcześniej miało miejsce, zaczęła powoli się rozluźniać. Letexier zawsze wiedział co zrobić i co powiedzieć, by ani na moment nie zwątpiła w to, że była odpowiednią osobą na odpowiednim stanowisku. Nigdy oczywiście nie oczekiwała pochwał, jednak miło było poczuć się docenioną i najwyraźniej tego właśnie potrzebowała. Uspokoił ją.
Nie uśmiechnęła się, ale jej twarz nagle złagodniała. Wzięła głębszy oddech i obeszła stół, by usiąść na jego skraju, dzięki czemu znalazła się mniej więcej na wysokości jego wzroku.
To prawda, ale wątpię, że ma to jakieś znaczenie. Nawet jak mają go dość, to nie reagują — powiedziała zdecydowanie ze wzruszeniem ramion i spuściła wzrok na swoje dłonie, na których zostały wyraźne, purpurowe ślady po paznokciach. Westchnęła, znów kierując spojrzenie na mężczyznę — Takim typom zawsze się wszystko udaje. — zaśmiała się krótko, gorzko. Doceniała jednak to, że Scott próbował podnieść ją na duchu. Nie chciała dać po sobie poznać, że słowa Bakera jakkolwiek ją dotknęły, ale czasami trudno było udawać, że nic jej nie rusza. Kąciki jej ust znów lekko drgnęły na zapewnienia komendanta. Nie odpuszczaj. Z pewnością, będzie odtwarzać te słowa w swojej głowie jeszcze wiele razy.
Nie warto zaprzątać sobie nim głowy — odparła, bardziej próbując przekonać chyba siebie samą niż jego. — Poza tym wszystko gra. Praca z Eviną jest przyjemna i cieszę się, że mogę się od niej uczyć. Nie mogę narzekać na brak zajęć i nudę, więc… — zamilkła na chwilę. — Jest dokładnie tak, jak to sobie wymarzyłam. — wyznała, spoglądając na niego i w końcu uśmiechnęła się delikatnie, ale szczerze.
Zwykle zachowywała należyty dystans i nie pozwalała sobie na zbytnie spoufalanie się z innymi w pracy - szczególnie, jeśli byli to jej przełożeni (wyjątkiem był chyba tylko Nathaniel, ale na ten brak szacunku to akurat sam sobie zapracował). Dlatego wiedziała, że może zająć jej trochę czasu przyzwyczajenie się do zwracania się po imieniu do zastępcy komendanta. Skinęła jednak głową na znak, że przyjęła jego nakaz do wiadomości.
W porządku… a więc Scott — zaczęła, wciąż trochę nieśmiało — Powiedz co u ciebie i gdzie się ostatnio podziewałeś? O ile oczywiście nie jest to zbyt osobiste pytanie. — przechyliła lekko głowę, zaciekawiona powodem jego zniknięcia. Krążyło na ten temat kilka teorii, ale w sumie żadna nie była oficjalna i potwierdzona.
Wiesz, ja… — nie chciała powracać do tematu Paula i tego wszystkiego co Letexier dziś usłyszał, ale gdy w końcu się uspokoiła i udało jej się zebrać myśli, czuła że musi coś dodać. — Chcę żebyś wiedział, że nie zrobiłam nic, przez co mógłby pomyśleć, że ty i ja-… — znów zrobiła krótką pauzę, nie spuszczając z niego wzroku — Przepraszam za niego. Za to, że cię w to wciągnął. Nie mam pojęcia co strzeliło mu do głowy.


Scott Letexier
ave
jakoś się dogadamy, tylko nie uciekaj
42 y/o
Welkom in Canada
185 cm
Zastępca komendanta Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Hard-boiled detective, cop and policeman
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiKe/bab
typ narracjiTypiczny
czas narracjiKażdy
postać
autor

Scott wysłuchał jej w milczeniu, nie chcąc jej przerywać i poprawiać, jak miało to miejsce u większości przełożonych, przynajmniej w środowisku policyjnym.
Kiedy przeprosiła, uniósł lekko brew, a w jego spojrzeniu pojawiło się coś na kształt zdziwienia. Nie było to jednak związane z irytacją czy dezaprobatą, a raczej niedowierzaniem, że w ogóle poczuła potrzebę, by brać na siebie odpowiedzialność za cudze zachowanie.
- Nie - uciął spokojnie. - Nawet nie próbuj tego na siebie brać.
Oderwał się na moment od ściany, tylko po to, by zmienić nieco pozycję - mniej zamkniętą, bardziej swobodną. Jedna ręka wylądowała w kieszeni, druga opadła luźno wzdłuż ciała.
- To nie ty mnie w to „wciągnęłaś” - dodał ciszej. - To on nie potrafi zachować się jak policjant. A to zasadnicza różnica - w jego głosie nie było gniewu, a jedynie zwykłe zauważenie pewnego faktu.
Przez chwilę mierzył ją spojrzeniem, jakby upewniał się, że te słowa faktycznie do niej docierają.
- I na przyszłość... jeśli ktoś zaczyna opowiadać takie bzdury, to naprawdę nie jest moment, w którym powinnaś się zastanawiać, czy przypadkiem mnie to nie stawia w niezręcznej sytuacji - kącik jego ust drgnął ledwo zauważalnie. - Poradzę sobie - rzucił, chcąc dać jej wyraźnie do zrozumienia, że ona bierze odpowiedzialność za swoje słowa i czyny i to jest najważniejsze.
Dopiero po tym wrócił do jej wcześniejszego pytania. Na moment odwrócił wzrok, jakby zbierając myśli, albo decydując, ile właściwie chce powiedzieć.
- Zniknąłem, bo… trochę się tego nazbierało - powiedział cicho i westchnął przez nos. - Potrzebowałem odetchnąć od tego miejsca. I od paru spraw poza nim - dodał już spokojniej, bez wdawania się w szczegóły, którymi nie chciał się z nikim dzielić. Odkąd jego żona umarła, jego życie uczuciowe było beznadziejne, alkohol lał się strumieniami i tak na dobrą sprawę spanikował w momencie, gdy mogło się to jakkolwiek zmienić. Było przecież blisko romansu z Cynthią, nie mówiąc już o bliżej nieokreślonej relacji z Clementine naznaczonej niedopowiedzeniami i seksualnością. Mimo iż cenił June, to jednak nie chciał dzielić się z nią swoim życiem prywatnym. Zresztą... z nikim nie chciał.
Wzruszył lekko ramionami.
- Nic spektakularnego. Po prostu czasem trzeba się wycofać na chwilę, żeby nie narobić większego bałaganu - rzucił już z charakterystycznym dla siebie spokojem, a jego uwaga znów wróciła do niej.
- A jeśli chodzi o „takim typom zawsze się udaje”… - nawiązał do jej wcześniejszych słów. - To do czasu - zawiesił na niej spojrzenie. - Różni was to, że ty robisz swoją robotę dobrze, on z kolei za dużo hałasuje - przerwał na moment i uśmiechnął się lekko. - I ty zyskujesz cały czas sympatię vice-komendanta policji w Toronto... on jeszcze bardziej sobie przepierdala - powiedział to tak dosadnie, że gdyby był nagrywany, w żaden sposób nie mógłby się wycofać z tych słów, ponieważ było to niemal najwyraźniejsze zdanie, które dziś wypowiedział.
Znów skrzyżował ręce na klatce piersiowej.
- Swoją drogą... zamknięcie sprawy Lance Landtcorta - zmienił szybko temat. - Dobra robota - przytaknął. - Są szanse na premię - zachichotał lekko, bo oboje doskonale wiedzieli, że policja nie praktykuje tego typu wynagradzania swoich pracowników za zaangażowanie i efekty (oni w ogóle mało wynagradzali kogokolwiek za cokolwiek), nie zaszkodziło jednak troszkę poluzować tej rozmowy. - Nie tylko szybka, ale też czysta. Bez skrótów i bez tego proceduralnego szajsu. Liczy się skuteczność i wyczucie, ty to masz. Evina może się podpisywać pod raportem, ale ja wiem, ile twojej roboty tam było - przechylił lekko głowę. - I to jest dokładnie powód, dla którego jesteś śledczą June. Masz głowę na miejscu - wskazał palcem na swoją czaszkę. - Oraz serce dla tego miasta, chcesz, by było tu bezpiecznie - tym razem jego palec zawędrował na mostek.
- Swoją drogą, to niesamowite, jak bardzo przypominasz Evinę w pewnych kwestiach - uśmiechnął się niemal niezauważalnie, przypominając sobie początki swoje i Swanson w wydziale zabójstw, gdy oboje robili jeszcze jako śledczy, a później detektywi. - I to jest ogromny komplement - przyznał.
Jego zdaniem Evina była świetną kandydatką na kogoś znacznie wyżej postawionego niż zwykły detektyw. Jedynie jej cięty język oraz chęć działania w terenie powstrzymywały ją od tego, by wspinać się dalej. Niemniej jednak dla całej rzeszy niedoświadczonych śledczych była nieoceniona, a i sam Scott miał dzięki niej więcej pewności: chociaż jedna przyłoży się do roboty tak, że będą efekty. Odkąd dołączyła do niej June, teraz już były dwie.
Znów powrócił do poprzedniej pozycji: rąk skrzyżowanych na klatce piersiowej i spojrzał na Harrison z kamienną twarzą godną posągów moai.
- Więc pytanie brzmi - dodał w końcu, spokojnie, ale już wyraźnie kierując rozmowę w jej stronę. - Jak bardzo ci to wchodzi do głowy? - nie musiał precyzować "to", bo to było aż nadto oczywiste.

June Harrison
30 y/o
For good luck!
175 cm
śledcza Toronto Police Service HQ
Awatar użytkownika
you don't own me, i'm not just one of your many toys.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Domyślała się reakcji Letexiera na jej słowa. Wiedziała, że nie musi go przepraszać ani brać na siebie winy za coś, czego nie zrobiła. Plotki nie wyszły z jej ust. Nie powiedziała również niczego co mogłoby być powodem do ich narodzin. Były wyłącznie wytworem wyobraźni Bakera i amunicją do pogrążenia June. Pozostawało jej tylko mieć nadzieję, że nikt tych bajek nie łyknie, a on sam dostanie nauczkę.
Nie odpowiedziała mu od razu. Wpatrywała się w niego tylko, trochę bezradnie, potwierdzając każde jego zdanie skinieniem głowy. Nie wiedziała czy to po prostu jej natura, czy może to Baker zdołał już namącić w jej umyśle, ale coś wciąż podpowiadało jej, że ona także, w jakimś stopniu, powinna ponosić odpowiedzialność za to, co zastępca komendanta usłyszał - nie tylko o niej, ale i na swój temat.
Wiem… ja to wszystko wiem — odezwała się ciszej, dostosowując się do głośności jego wypowiedzi, po czym westchnęła tak, jakby właśnie zrzuciła ze swoich barków ogromny ciężar. Była tym zmęczona. Zmęczona całą negatywną uwagą, jaką zapewniał jej Baker i tymi bezsensownymi przepychankami z nim.
Dlaczego? To źle, że obchodzi mnie to co sobie pomyślisz? — spytała, już nieco pewniej. Scott przeżył wiele w tej pracy, więc kilka kłamstw rozpowiadanych przez tego jednego, wyjątkowo upierdliwego funkcjonariusza naprawdę nie robiło różnicy. June nie miała wątpliwości co do tego, że z taką pierdołą by sobie poradził.
Po prostu nie chcę żebyś miał jakiekolwiek nieprzyjemności przez to. Gdyby ktoś wziął te jego głupie teksty na poważnie, to nie tylko ja miałabym kłopoty, ale pan- to znaczy- ty również. — zauważyła, choć właściwie żadne z nich nie miało nic do ukrycia. Nie potrzebowali jednak do szczęścia prześwietlania ich znajomości poza pracą. Ta przecież i tak nie istniała. Owszem, lubili się i współpraca do tej pory dobrze im się układała. Harrison widziała w nim mentora, dużo mu zawdzięczała i wiedziała, że był tam jednym z niewielu facetów (może nawet jedynym, poza jej własnym bratem), któremu mogła w pełni ufać. Ale to wszystko - nie było między nimi żadnej głębszej zażyłości.
Dlatego na swoje kolejne pytanie nie spodziewała się usłyszeć żadnych intymnych detali z jego życia. Nie oczekiwała zwierzeń. Po prostu była ciekawa czy to praca nad jakąś sprawą zmusiła go do wyjazdu, czy może w końcu udał się na zasłużony urlop. Przyjmując jego odpowiedź do wiadomości, uśmiechnęła się tylko ze zrozumieniem w oczach. Postanowiła nie dopytywać o nic więcej, a i Scott szybko skierował rozmowę w inną stronę.
Nie tylko u ciebie sobie przepierdala. Widać wyraźnie, że Biggs ma go dość. Paul strzela sobie w kolano, bo niedługo nikt już nie będzie chciał z nim pracować, co wcale nie dziwi, bo mentalnie to on jest w liceum. — mówiąc to, zeszła ze stołu i usiadła na krześle - w końcu, tak jak należy. Wskazała od razu na resztę pustych miejsc wokół stołu, spoglądając porozumiewawczo na Scotta. Luźna propozycja, by nie sterczał tak pod ścianą. Choć z drugiej strony pewnie nie miał czasu na dłuższe pogaduszki i przesiadywanie z Harrison.
Dziękuję… choć w dużej mierze, to naprawdę nie moja zasługa — stwierdziła szczerze, bez żadnej fałszywej skromności. Gdy wspomniał o premii, wywróciła oczami i od razu zawtórowała mu cichym śmiechem. Można było wyraźnie zauważyć to jak ta rozmowa pozytywnie wpływa na June. Nerwy gdzieś powoli ulatywały, napięcie malało. Słowa przełożonego były budujące, potrafiły rozwiać wątpliwości jakie pojawiły się w jej głowie.
Hmm… W sumie to ciekawe… — mruknęła, marszcząc lekko czoło przez chwilę, gdy zastanawiała się nad tym co powiedział. Zaraz jednak znów uniosła wzrok na jego tęczówki i uśmiechnęła się lekko. — W tym co inni wymieniają jako moje minusy, ty widzisz coś pozytywnego i godnego wyróżnienia. — przyznała, pamiętając aż za dobrze jej ostatnie spięcie z inspektorem. Z całej rozmowy z Letexierem, to z pewnością właśnie ta pochwała zostanie z nią na długo. Słuchając go, powiodła spojrzeniem za jego palcem wskazującym - najpierw do skroni, a potem na jego mostek. Przygryzła lekko wnętrze ust, chyba zbyt onieśmielona tymi słowami, by cokolwiek odpowiedzieć.
Na porównanie do Swanson zareagowała śmiechem, ale kiwnęła przy tym głową twierdząco, bo zdecydowanie podzielała jego zdanie.
O tak, zdążyłam się o tym przekonać, działamy bardzo podobnie. Evina lubi pracować sama i nie wysługuje się innymi. Czasem jednak daje mi się wykazać, co mnie cieszy. — westchnęła z uśmiechem, pozwalając plecom oprzeć się wygodnie na krześle. — Z drugiej strony, w pełni rozumiem jej podejście i chyba obie teraz próbujemy przywyknąć do pracy zespołowej. Ja także, bardzo często mam tak, że wolałabym zrobić coś samodzielnie, bo tylko wtedy mogę mieć stuprocentową pewność, że zadanie będzie wykonane bez zarzutu. — wzruszyła ramionami, świadoma tego jak to mogło zabrzmieć. — I jakby co, to nie jest to narcyzm. Po prostu ciemna strona bycia perfekcjonistą i pracoholikiem. — wyjaśniła zaraz.
Zdziwiła ją nagła powaga vice komendanta. Przyglądała się mu uważnie, zanim się odezwał. W reakcji na jego pytanie, między jej brwiami pojawiła się niewielka zmarszczka. Wygląda na to, że “to” nie było aż tak oczywiste, jak mogło mu się wydawać.
Co masz na myśli? — spytała, nim jej głowa opadła do tyłu, a wzrok utkwił gdzieś w suficie, jakby tam miała znaleźć odpowiedź. — Czy powracamy znów do tematu Bakera? Bo jeśli tak, to… — zastanowiła się przez moment w ciszy, pozostając wciąż w tej samej pozycji. — Bez obaw, nie dam mu się złamać. To tylko durne gadanie, nic wielkiego. — stwierdziła w końcu, zupełnie tak, jakby jeszcze chwilę temu wcale go nie przepraszała za rozmowę, której był świadkiem. Było jednak łatwo robić dobrą minę do złej gry, gdy nie patrzyła mu w oczy.


Scott Letexier
ave
jakoś się dogadamy, tylko nie uciekaj
42 y/o
Welkom in Canada
185 cm
Zastępca komendanta Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Hard-boiled detective, cop and policeman
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiKe/bab
typ narracjiTypiczny
czas narracjiKażdy
postać
autor

June była w jego oczach naprawdę wartościową osobą nie tylko pod względem etyki pracy. Kobieta miała w sobie pewien pazur, a jednocześnie ogładę, profesjonalizm i empatię, które pozwalały jej brać wszystko w nieco szerszym kontekście. Potrafiła przyjąć perspektywę każdego.
Scott westchnął cicho i przechylił lekko głowę.
- Cenię w tobie wiele cech, June - zaczął. - W tym empatię, dzięki której myślisz też o innych - kontynuował. - Dlatego raz jeszcze powtarzam: mam o tobie bardzo dobre zdanie i nawet jeśli przez insynuacje Bakera możemy mieć kłopoty, nie wpłynie to w żaden sposób na moje postrzeganie ciebie - wyjaśnił. - Zasługujesz na to, żeby być śledczą, a w przyszłości także detektywem - przerwał na moment i zerknął na zamknięte za nimi drzwi. - Więc żaden skurwiel nie będzie podkopywać pierwszej od lat osoby, co do której nie mam żadnych wątpliwości - zakończył z przytupem, głośno i wyraźnie, jakby było to oświadczenie, a nie tylko rozmowa z podwładną.
Uśmiechnął się lekko, przypominając sobie stare, dobre czasy, gdy pracował w terenie i alkoholem świętował triumfy, a nie opijal smutki. Przez moment Letexier naprawdę wyglądał dość zwyczajnie, a nie jak spokojny, niemal robotyczny vicekomendant, który wszystko musi przyjmować bez żadnych emocji.
- Evina też na początku próbowała robić wszystko sama. Wszystko kontrolować. Wszystko mieć dopięte na ostatni guzik, bo inaczej nie uznawała tego za wystarczająco dobre - zaczął.
- Różnica polega na tym, że ona dość szybko zrozumiała jedną rzecz - kontynuował. - W tej robocie nie chodzi o to, żebyś była bezbłędna. Tylko skuteczna - lekko stuknął palcem w blat stołu, podkreślając słowo. - Więc daruj sobie tę przesadną skromność - dodał wprost, może nawet z pewną dozą ostrości w głosie. - Śmierdzi od ciebie skutecznym psem - rzucił z małym, pewnym siebie uśmiechem. - Na miejscu półświatka już waliłbym pod siebie ze strachu - zakończył krótki wywód kolejnym komplementem dotyczącym jej pracy i podejścia. I ani słowa o obciąganiu, więc chyba to nie za to dostała awans.
Oparł się wygodniej i skrzyżował ręce na klatce piersiowej.
- Zamykasz sprawy szybciej niż niejeden detektyw, który zęby zjadł na tej robocie - zauważył. - Masz "to coś" w sobie, June - dodał spokojnie. - To co ma Evina, co miałem i może dalej mam również ja - zrobił krótką pauzę. - Zobacz, do czego doprowadziło nas takie podejście - zakończył z prostą konkluzją: on został vicekomendantem, Evina zaś jednym z najbardziej szanowanych detektywów w całej policji. I gdyby nie jej ostry język, być może to właśnie ona siedziałaby teraz na jego stołku.
Scott od razu zauważył ten moment, w którym spojrzenie uciekło w sufit. Ten lekki unik, przykryty słowami, których prawdziwość można było poddać w wątpliwość. Nie skomentował tego jednak wprost. Zamiast tego odsunął się od ściany i korzystając z jej niemego zaproszenia, podszedł do stołu. Zajął jedno z krzeseł, opierając się wygodnie, ale nadal zachowując tę swoją charakterystyczną, postawę.
- Między innymi - odpowiedział spokojnie na jej pytanie, czy chodzi o Bakera. - Ale nie tylko - dodał, przyglądając się jej przez chwilę uważnie.
- To "nic wielkiego" - powtórzył za nią, lekko unosząc brew. - Brzmi dobrze. Profesjonalnie. Dokładnie tak, jak powinno - zrobił krótką pauzę. - Tylko, że widziałem cię pięć minut temu - dodał już ciszej, bez nacisku. Nie ciągnął jednak tego dalej, bo to nie było przesłuchanie. Zamiast tego oparł łokieć o blat stołu, lekko pochylając się do przodu.
- I nie chodzi o to, żebyś się "dała złamać" albo nie - zaczął spokojnie. - Tylko o to, ile energii tracisz na udawanie, że cię to nie rusza - spoglądał cały czas na nią z uwagą. - Bo różnica między tobą a Bakerem jest taka, że on żyje tym, co inni o nim mówią… - urwał na moment. - A ty próbujesz udawać, że to nie ma żadnego znaczenia - kącik jego ust drgnął lekko, niemal niezauważalnie. - I prawda, jak zwykle, leży gdzieś pośrodku - przyznał, prostując się nieznacznie na krześle.
- Nie chodzi mi o to, żebyś nagle zaczęła się tym przejmować bardziej, niż trzeba. Chodzi mi o to, żebyś nie musiała grać twardej za wszelką cenę - doprecyzował i dalej patrzył na Harrison, chcąc wyłapać możliwie jak najwięcej jej reakcji.
- Podsumowując... jesteś świetną policjantką i masz wsparcie dwóch osób, które mają coś do powiedzenia w tym syfie - rzekł bez ogródek. - Reszta to szum. A z szumem jest tak, że albo uczysz się go ignorować… albo zaczynasz go zagłuszać wynikami - kącik ust drgnął mu znów, gdyż stanowisko June było jasne, wybrała opcję numer dwa.
- Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby Baker dostał za swoje - odezwał się po chwili. - Toronto nie może sobie pozwolić na stratę takiej policjantki. Nie, póki mam na coś wpływ - kolejny raz podkreślił, jak bardzo zależy mu na pracy June.
Odetchnął głęboko i uśmiechnął się do niej lekko, tym razem nie jak przełożony, a jak dobry znajomy, może nawet kumpel.
- Mam nadzieję, że w tym pracoholizmie masz czas na jakieś hobby - zaczął zupełnie nowy temat, licząc na to, że śledcza podejmie go i zechce powiedzieć coś więcej o sobie.

June Harrison
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”