42 y/o
Welkom in Canada
185 cm
Zastępca komendanta Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Hard-boiled detective, cop and policeman
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiKe/bab
typ narracjiTypiczny
czas narracjiKażdy
postać
autor

Letexier słuchał jej uważnie, z lekkim przechyleniem głowy, które zdradzało, że faktycznie analizuje to, co June mówi, a nie czeka tylko na swoją kolej. Parsknął nawet lekkim śmiechem, gdy Harrison przywołała mityczną rasę reptilian.
- Oj tak - przyznał. - Albo, że Hitler działał w porozumieniu z kosmitami - przytaknął, bo teorii było mnóstwo.
Kiedy opisała swój "las z polem siłowym", kącik jego ust uniósł się nieco wyżej, ale nie było w tym ani krzty rozbawienia kosztem jej. Raczej coś na kształt zrozumienia.
- Jeśli działa, to nie jest głupie - stwierdził spokojnie, jakby była to oczywista oczywistość. - W tej robocie skuteczność liczy się bardziej niż forma. Nieważne, czy ktoś biega po lesie, siedzi w wannie czy ogląda reptilian po północy - zrobił krótką pauzę. - Byle faktycznie odcinało i pozwalało zresetować łeb - rzekł i oparł się wygodniej, ale jego spojrzenie nadal było skupione na niej.
- Brzmi to tak, jakbyś dokładnie wiedziała, po co tam jedziesz - dodał ciszej. - To już więcej niż u większości ludzi - zauważył.
Na jej propozycję wymiany miejscówek uniósł lekko brew, a w jego oczach pojawił się cień czegoś bardziej prywatnego, jakby faktycznie rozważał przez moment, czy zaprosić ją w swoje tajemne miejsca i uchylić rąbka tajemnicy pt. kim jest Scott Letexier?
- Umowa stoi - rzucił po chwili i przez moment nic nie mówił, jakby coś rozważał, po czym dodał już z wyraźnie lżejszym tonem. - Zabiorę cię kiedyś na wysokości - nie zabrzmiało to jak rzucone od niechcenia hasło. Raczej jak coś, co już w głowie zostało odhaczone jako "do zrobienia".
- Nigdy nie zastanawiało cię, dlaczego w portierni są tylko dwa komplety kluczy na dach… a nie trzy, jak wszędzie indziej? - zapytał nagle, z tym swoim ledwo zauważalnym półuśmiechem. Nie musiał nic więcej dodawać.
- Lubię takie miejsca, bo wszystko wygląda tam… prościej - powiedział. - Mniej chaosu - wzruszył lekko ramionami. - Poza tym, ruch zawsze działał na mnie lepiej niż siedzenie w miejscu. Kiedyś trenowałem częściej, teraz bywa różnie, ale ciało szybko przypomina, kiedy za długo się je ignoruje - kącik ust znów drgnął. - Gry to bardziej relikt dawnych czasów. Czasem odpalę coś na chwilę, żeby wyłączyć myślenie, ale zwykle kończy się na tym, że po dziesięciu minutach wymiękam - odparł, choć prawdziwym powodem było raczej to, że teraz zamiast gier wybierał po prostu chlanie.
Spojrzał na nią uważniej.
- Twoja ucieczka do lasu brzmi na bardziej dopracowaną metodę niż moje - zauważył.
Dopiero potem odniósł się do jej pytania o pracę.
- Jak zawsze - odparł spokojnie. - Wszystko jest na wczoraj - oparł łokieć o stół, lekko pochylając się w jej stronę. - Większym problemem jest ogarnięcie burdelu wewnątrz. Nie ma cię kilka tygodni i już niektórzy... - spojrzał w kierunku drzwi, w których niedawno zniknął Baker. - Obrastają w piórka - przeniósł wzrok z powrotem na June. - Dlatego dobrze wiedzieć, że przynajmniej część ludzi robi swoją robotę tak, jak powinna - kącik ust drgnął mu w uśmiechu. - I że można z nimi pogadać o czymś innym niż raporty. To rzadkość - dokończył z odrobinę weselszym uśmiechem i spojrzał na swój zegarek na nadgarstku.
- Jeszcze kilka minut przerwy - rzucił niby w eter, a jednak by zachęcić jeszcze June do tego, by podjęli jakiś temat na te kilka chwil. Zaskakująco dobrze mu się z nią rozmawiało i musiał przyznać, że... czuł się przy niej bardzo swobodnie. Aż za swobodnie, jak na stopień ich zażyłości.

June Harrison
30 y/o
Welkom in Canada
175 cm
śledcza Toronto Police Service HQ
Awatar użytkownika
you don't own me, i'm not just one of your many toys.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ani przez moment nie poczuła, że zaproponowała cokolwiek niestosownego, choć mina Letexiera i ta chwila ciszy mogłaby zasugerować coś innego. Nad swoją odpowiedzią zastanawiał się zdecydowanie dłużej niż powinien, ale to o dziwo nie zmartwiło June, która cały ten czas przyglądała się mu uważnie.
Cieszyło ją to, że mogli porozmawiać ze sobą jak kumple oraz to, że Scott, w przeciwieństwie do wielu innych, niekoniecznie wyżej postawionych od niej osób, traktował ją normalnie i tak, jakby byli sobie równi. Tak jednak nie zapominała kim był. Może dlatego nie potraktowała tej „umowy” i jego obietnicy jako czegoś wiążącego, mimo że przytaknęła z uśmiechem na jego słowa.
Proszę, proszę… a więc to tak korzystasz z przywilejów bycia zastępcą komendanta? — odparła żartobliwie, unosząc brwi i po chwili dodała — Przynajmniej teraz wiem gdzie można cię znaleźć, gdy znów nam znikniesz — znów nachylając się nad stołem, ściszyła głos prawie do szeptu — Ale nie martw się, nikomu nie zdradzę twoich tajemnic.
Zassała lekko dolną wargę między zębami, chcąc powstrzymać śmiech i wyprostowała się zaraz na krześle. Dalej słuchała go z zaciekawieniem i starała się nie wchodzić mu w słowo. Jednak to że nie komentowała w żaden sposób jego wypowiedzi (może poza minami które stroiła, bo zmarszczyła śmiesznie czoło na wieść o tym, że „wymiękał” po dziesięciu minutach grania) nie znaczy wcale, że nie robiła w swojej głowie dokładnych notatek.
Dziwaczne? Może odrobinę.
Uśmiechnęła się do niego pocieszająco. Domyślała się jak trudny jest dla niego powrót do pracy na pełnych obrotach po tak długich wakacjach. Już miała coś wtrącić, ale zamiast tego ścisnęła usta w wąską linię i także przeniosła wzrok do stronę drzwi, gdy Scott znów wspomniał o tym czego przed chwilą był świadkiem.
Nie chciała się powtarzać, kolejny raz przepraszać i kolejny raz brać winy na siebie, bo chyba wystarczająco już wyraziła swoją skruchę. Letexier właściwie wcale jej za to nie winił, ale i tak było jej głupio, że musiał tego słuchać.
Wiesz, jeśli potrzebujesz pomocy z czymkolwiek, to jestem do dyspozycji — zaproponowała nagle, znów na niego spoglądając i kładąc równocześnie dłoń na jednej z wielu teczek dokumentów, które miała przed sobą na stole — Akurat to mogę odłożyć na później, nie ucieknie. — zapewniła.
Podczas jego urlopu, nie mieli wielu okazji, by porozmawiać, a jeśli już, to były to bardzo krótkie, służbowe wiadomości. Co prawda dopiero co zaczynali dowiadywać się o sobie nawzajem czegoś więcej poza tym jak operowali w pracy, jednak mimo to June zawsze czuła się w jego towarzystwie dokładnie tak, jak czuła się w tym momencie - swobodnie. Nie wiedziała do końca co to jest, ale dodatkowo miał w sobie coś, co ją uspokajało, a to rzadkie, bo jak sam już mógł się przekonać, ludzie w pracy częściej wyprowadzali ją z równowagi niż uspokajali.
Kilka minut mówisz… — mruknęła i sama zerknęła w stronę zegara na ścianie. — To może masz ochotę zaczerpnąć świeżego powietrza? Na… dachu? Skoro tak się przechwalasz, że podwędziłeś klucz.


Scott Letexier
ave
jakoś się dogadamy, tylko nie uciekaj
42 y/o
Welkom in Canada
185 cm
Zastępca komendanta Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Hard-boiled detective, cop and policeman
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiKe/bab
typ narracjiTypiczny
czas narracjiKażdy
postać
autor

Scott nigdy nie zapomniał o tym, skąd pochodzi. I chociaż był teraz vicekomendantem, to w dalszym ciągu starał się być "jednym z nich". Jednym z gliniarzy, którzy codziennie narażali swoje zdrowie i życie, by w tym mieście było chociaż trochę bezpieczniej. Nic dziwnego więc, że przy Harrison zachowywał się jak kolega, nie jak przełożony - Letexier już tak po prostu miał.
Uśmiechnął się lekko rozbawiony.
- Tak - potwierdził. - I jeszcze z miejsca parkingowego blisko wejścia. To dwa największe profity - rzucił z rozbawieniem. Skinieniem głowy podziękował też, że blondynka zachowa tajemnicę i nie zdradzi, gdzie też Scott czasami przebywa, gdy nie ma go w gabinecie, sali treningowej lub na spotkaniu w sali konferencyjnej.
Zaskoczyło go trochę to, że policjantka zaoferowała mu swoją pomoc, ale ostatecznie było mu miło z tego powodu. Rzadko kiedy miał okazję zasmakować empatii i choć nie miał zamiaru korzystać z jej propozycji, tak doceniał, że wyraziła chęć pomocy. Dziwne było natomiast to, że gdy chwilę o tym pomyślał, to naprawdę byłby gotów jej zaufać i zdradzić nieco więcej szczegółów ze swojego życia.
Nie odpowiedział od razu na kolejną sugestię śledczej. Przez ułamek sekundy tylko przyglądał jej się uważnie, jakby ważył w głowie tę propozycję - nie pod kątem zasad czy hierarchii, tylko… zwyczajnie, po ludzku. Kącik jego ust drgnął lekko.
- No proszę - rzucił cicho. - Myślałem, że będę musiał cię do tego namawiać - rzekł spokojnie, a jednocześnie z pewną prowokacją w głosie, jakby poddawał w wątpliwość jej działania poza protokołem. Nikt przecież nie powiedział, że ich rozmowa musi być sterylna, pozbawiona małych szpileczek czy dwuznaczności.
Podniósł się z krzesła bez pośpiechu, sięgając do kieszeni marynarki. Metaliczny dźwięk kluczy był krótkim, ale bardzo konkretnym potwierdzeniem jego wcześniejszych słów.
- Chodź - dodał tylko i wyszedł z pokoju.
Nie oglądał się, czy idzie za nim. Było w tym coś naturalnego, jakby to nie było zaproszenie, tylko oczywista kontynuacja rozmowy. Dach przywitał ich chłodniejszym powietrzem i charakterystycznym miejskim szumem. Scott podszedł od razu do krawędzi, zatrzymując się kilka kroków od niej. Wsadził ręce do kieszeni i spojrzał w dół. Samochody przesuwały się niczym resoraki, a ludzie byli tylko malutkimi punktami.
Przez chwilę nic nie mówił, ale ta cisza nie była niezręczna. Wręcz przeciwnie. Czuł się zaskakująco swobodnie. Zbyt swobodnie, jak na kogoś, z kim znał się raptem kilka miesięcy. Nie było w tym napięcia, nie było tej typowej, zawodowej sztywności. Bardziej… jakby stał tu z osobą, którą znał całe lata, której ufał, którą szanował i przy której czuł się bezpiecznie.
Kątem oka zerknął na June akurat w momencie, gdy zawiał mocniejszy wiatr. Nie zazdrościł jej twarzy, która teraz musiała poradzić sobie z kosmykami przesłaniającymi jej widok. Niemniej przeszedł go dziwny dreszcz, a w myślach pojawiło się coś dziwnego: nie dziwił się Bakerowi. Harrison była piękną kobietą. Łączyła urok z seksapilem, pragmatyzm z empatią i służbistość z naginaniem zasad, ale nie w krzykliwy sposób. Była twarda, a jednocześnie gdzieś pod tym wszystkim miękka. Była autentyczna.
Oderwał wzrok niemal od razu, karcąc się w myślach za spoglądanie na nią inaczej, niż na koleżankę z pracy. Wrócił spojrzeniem do miasta.
- I jak? - rzucił spokojnie, jakby nic przed chwilą nie przemknęło mu przez głowę. - Porównywalne do pola siłowego w lesie? - kącik jego ust uniósł się lekko. - Tu przynajmniej masz pewność, że nic cię nie dopadnie… chyba że ktoś zapomni zamknąć drzwi na dach - wzruszył lekko ramionami z rozbawieniem.
Przez chwilę jeszcze patrzył przed siebie, po czym znów odezwał się ciszej.
- Mówiłaś, że uciekasz, żeby się odciąć - lekko przechylił głowę, nadal nie patrząc na nią bezpośrednio. - Ja przychodzę tu, żeby zobaczyć, że to wszystko jednak da się ogarnąć - wskazał lekko brodą na miasto. - Nawet jeśli na dole wygląda jak totalny burdel - dopiero wtedy zerknął na nią wprost. - Czasami to działa. Przynajmniej na chwilę - dodał i w pierwszym odruchu chciał schować z powrotem rękę do kieszeni. Jednak zamiast tego, wyciągnął ją w kierunku June.
- Chodź - zaproponował, by znalazła się tuż przy nim, a nie w pewnej odległości od krawędzi jak miało to miejsce teraz. Nie posądzał jej o lęk wysokości, ale uznał, że może jego asekuracja wystarczy, by spojrzała na to wszystko z jego perspektywy.

June Harrison
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”