ODPOWIEDZ
43 y/o
For good luck!
168 cm
zajmuje się domem
Awatar użytkownika
outside the window the greyness turns to black and you're still saying nothing to me. in this wasteland death lives, tell me is it just a part of my dream?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001.
thaddeus hill


– Po kilkunastu miesiącach bezskutecznych poszukiwań śledczy z Ontario informują o przełomie w sprawie zaginięcia jedenastoletniego Simona Parkera. Nowe dowody, do których dotarli funkcjonariusze, mogą pomóc w odtworzeniu okoliczności jego zniknięcia. Policja na razie nie ujawnia szczegółów, jednak zapewnia, że dochodzenie weszło w nową fazę – relacjonował spokojny, niemal pozbawiony emocji głos prezentera. – Rodzina została już poinformowana o postępach w śledztwie.
Na ekranie pojawiła się fotografia uśmiechniętego dziecka. Nieco wyblakła, zapewne wykonana jeszcze przed kilkoma laty, przedstawiała beztroską twarz, która zupełnie nie pasowała do powagi towarzyszących jej informacji. Przez kilka sekund obraz pozostawał nieruchomy, zanim ustąpił miejsca nagraniu sprzed jednego z komisariatów. Madison zerknęła w stronę telewizora, trzymając w dłoni dwie kromki chleba.
To było potworne. Sama myśl o rodzicach, którzy przez tyle lat nie wiedzieli, co stało się z ich dzieckiem, wywoływała nieprzyjemny ucisk gdzieś pod żebrami. Nie potrafiła sobie wyobrazić, jak wygląda życie z taką niewiadomą. Jak można zasypiać wieczorem i budzić się rano, nie wiedząc nawet, czy jest na kogo czekać, czy wciąż wolno mieć nadzieję, czy może trzeba już nauczyć się żyć z jej brakiem. Przez moment pomyślała o własnym synu, o jego pokoju na piętrze i o tym, że jeszcze pół godziny temu musiała poprawiać mu kołdrę, bo jak zwykle odkopał się przez sen.
Odwróciła jednak wzrok.
Nie chciała dłużej zatrzymywać się przy tej historii. Takie rzeczy zdarzały się każdego dnia, znacznie częściej, niż chciałoby się o tym myśleć, a cudze nieszczęścia potrafiły przytłoczyć nawet wtedy, gdy nie znało się ludzi, których dotyczyły. Dobrze, że ich to nie dotyczyło. Dobrze, że jej największym porannym zmartwieniem było przygotowanie śniadania, zanim reszta domowników na dobre się obudzi, i to, czy przypadkiem nie zabraknie chleba na tosty. Myśl odsunęła gdzieś na dalszy plan, do tej samej przegródki, w której odkładała wszystkie sprawy, na które nie miała wpływu.
Wsunęła kromki do tostera. Charakterystyczny klik przełącznika na moment przebił się przez głos prezentera, który zdążył już przejść do kolejnych informacji. Na ekranie pojawiła się mapa Ontario, a potem zapowiedź prognozy pogody. Maddie przesunęła urządzenie nieco bliżej ściany, robiąc sobie więcej miejsca na blacie, i sięgnęła po talerzyki.
Poranek w domu Hillów miał w sobie tę szczególną spokojność, która przychodziła dopiero wtedy, gdy wszyscy zdążyli już się wyspać, ale nikt nie poczuwał się jeszcze do obowiązku rozpoczynania dnia. Za oknami Toronto budziło się niespiesznie, skąpane w chłodnym świetle wczesnych godzin, a niewielka kuchnia wypełniała się ciepłem płynącym nie tylko z grzejnika, ale przede wszystkim z tych wszystkich drobiazgów, które przez lata zdążyły znaleźć w niej swoje miejsce. Drewniane fronty szafek, nieco wytarty blat, znajome naczynia ustawione na półkach i mały stolik z czterema krzesłami, przy którym jadało się większość posiłków. Nie było tu nic szczególnie wyszukanego. Kuchnia była niewielka, przytulna i urządzona tak, by dobrze się w niej żyło, a niekoniecznie by robiła na kimkolwiek wrażenie.
Przy jednym z krzeseł wisiała ściereczka, na parapecie stała niewielka doniczka, a na blacie, w pobliżu ekspresu, leżało kilka drobiazgów, które zapewne powinny znaleźć się gdzie indziej. Nie przeszkadzało jej to. Dom nie musiał wyglądać tak, jakby za chwilę miała odwiedzić go ekipa z magazynu wnętrzarskiego. Wolała, kiedy było widać, że ktoś w nim mieszka. Że ktoś rano parzy kawę, wieczorem zostawia książkę na stole, a czasem zapomina schować coś do szafki. Było w tym coś przyjemnie swojskiego, coś, co sprawiało, że nawet po latach nie miała poczucia, że mieszka w miejscu, które dopiero próbuje oswoić.
Kuchnia otwierała się na salon szerokim łukiem, którego jedna strona kończyła się na wysokości krótkiej półścianki. Dzięki temu oba pomieszczenia tworzyły wspólną przestrzeń, a dźwięki i zapachy swobodnie przenikały z jednego do drugiego. Z miejsca, w którym stała, mogła dostrzec fragment kanapy i telewizor stojący naprzeciwko niej. Na ekranie wciąż pojawiały się kolejne obrazy porannych wiadomości, choć Maddie nie poświęcała im już większej uwagi. Dalej, po prawej stronie, od salonu odchodził korytarz prowadzący w głąb domu, a nieco dalej znajdowały się schody na piętro. Cały układ był jej dobrze znany. Nie musiała nawet podnosić wzroku, by wiedzieć, co znajduje się za kolejnym załamaniem ściany i dokąd prowadzi każdy z korytarzy. Spędziła tu wystarczająco dużo poranków, by poruszać się po domu niemal instynktownie.
Wróciła do przygotowywania śniadania. Na stole czekał już niewielki zestaw dodatków: masło wyjęte odpowiednio wcześniej z lodówki, słoiczek dżemu, trochę owoców i nóż odłożony na drewnianą deseczkę. Obok stał kubek z kawą, z którego unosiła się jeszcze cienka smużka pary. Lubiła, kiedy rano wszystko było pod ręką. Nie musiało być dużo ani szczególnie wyszukanie. Wystarczyło kilka rzeczy, z których każdy mógł wybrać coś dla siebie. Czasami przygotowywała jajka, innym razem owsiankę albo naleśniki, ale w zwyczajne poranki najczęściej wygrywało coś prostego. Tosty, kawa, owoce. Śniadanie, które nie wymagało szczególnych przygotowań, a jednak sprawiało, że łatwiej było zebrać się do rozpoczęcia dnia.
Kiedy toster pracował, podeszła do zlewu. Znajdował się bezpośrednio pod niewielkim oknem, którego drewniana rama odcinała się od jaśniejszego koloru ściany. Szyba wpuszczała do środka chłodne, rozproszone światło, a widok za nią powoli nabierał wyrazistości. Niebo miało jeszcze przygaszony, szaroniebieski odcień, trawa pokryta była poranną wilgocią, a gałęzie drzew poruszały się nieznacznie na wietrze. Na podjeździe nie było jeszcze śladu większego ruchu. Gdzieś dalej przejechał samochód, ale jego odgłos szybko zniknął, pozostawiając za sobą tę charakterystyczną ciszę przed rozpoczęciem dnia.
Oparła dłoń o krawędź zlewu i opłukiwała pod strumieniem wody kilka owoców. Pojedyncze krople odbijały się od metalowego dna i spływały w kierunku odpływu. Przez chwilę przyglądała się ogrodowi, nie myśląc o niczym konkretnym. Lubiła to okno. Było niewielkie, nie oferowało szczególnie imponującego widoku, a jednak często zatrzymywała się przy nim, kiedy miała chwilę dla siebie. Mogła wyglądać przez nie podczas zmywania naczyń, przygotowywania obiadu czy porannego krzątania się po kuchni. Obserwować zmieniające się pory roku, sąsiadów wyprowadzających psy i samochody pojawiające się na ulicy. Z czasem nawet tak zwyczajny fragment świata stawał się czymś własnym. Czymś, czego brak prawdopodobnie zauważyłaby dopiero wtedy, gdyby przyszło jej zamieszkać gdzie indziej.
Nie usłyszała, kiedy ktoś wszedł do kuchni. Być może kroki zostały zagłuszone przez szum wody z kranu, a może po prostu była zbyt pochłonięta widokiem za oknem, by zwrócić na nie uwagę.
Najpierw poczuła delikatny dotyk na biodrach. Ciepłe dłonie objęły ją od tyłu, nieśpiesznie i bez szczególnego pośpiechu, jakby osoba, do której należały, wcale nie miała zamiaru od razu jej wypuszczać. Chwilę później poczuła bliskość drugiego ciała i ciepły oddech muskający jej szyję. Rozpoznała go, zanim zdążyła się odwrócić. Znała ten sposób obejmowania, ciężar dłoni, ich ułożenie i tę naturalną swobodę, z jaką ktoś zbliżał się do niej, nie potrzebując żadnego szczególnego powodu. Jej ramiona rozluźniły się niemal odruchowo, a kąciki ust uniosły w łagodnym uśmiechu.
Nie musiała się spieszyć z odpowiedzią na to powitanie. Przez moment pozostała tak, zwrócona w stronę okna, ze świeżo umytymi owocami w dłoniach, z ciepłem drugiej osoby za plecami i zapachem tostów unoszącym się w kuchni. Za jej plecami telewizor zdążył już przejść do kolejnego materiału, na stole czekało śniadanie, a dom powoli budził się do życia.
Madison lekko przechyliła głowę, pozwalając, by oddech na jej szyi nieco ją połaskotał. Zerknęła kątem oka na przygotowany talerz, a potem odezwała się z tą samą codzienną swobodą, z jaką witała go co rano z tą przyjemną od jakiegoś czasu regularnością.
– Robię tosty, chcesz?
45 y/o
For good luck!
186 cm
wojskowy emerytowany
Awatar użytkownika
walking in a deep sleep dream feet i felt lucid. what of these paths? all the grooves in the sand. i hope it all works out. fire is the spirit and the soul don′t hold, let's move it. all of these hands can reach out beyond the body of the host.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Robię tosty, chcesz?
Nie od razu odpowiedział. Przez kilka sekund pozostał za jej plecami, z dłońmi opartymi na jej biodrach, jakby pytanie, które właśnie padło, wymagało od niego namysłu większego, niż w istocie wymagało. W rzeczywistości nie chodziło przecież o tosty. Nie chodziło nawet o śniadanie, choć zapach pieczywa zdążył już dotrzeć do niego z taką wyrazistością, że żołądek przypomniał mu o swoim istnieniu. Chodziło o tę krótką, niepozorną chwilę. Nie musiał odpowiadać na telefony, pamiętać o spotkaniach, podejmować decyzji ani zastanawiać się nad sprawami, które od lat miały nieprzyjemną właściwość podążania za nim nawet wtedy, gdy zamykał za sobą drzwi domu. Mógł po prostu stać w kuchni, obejmować żonę i pozwolić sobie na luksus nieprzywiązywania wagi do niczego, co znajdowało się poza zasięgiem jej ramion.
Pochylił głowę, składając krótki pocałunek w miejscu, w którym szyja przechodziła w linię ramienia, a następnie przesunął dłonie nieco wyżej, obejmując ją ciaśniej. Był jeszcze zaspany, choć nie na tyle, by nie dostrzegać szczegółów. Zwykle budził się wcześniej, niż zamierzał, z przyzwyczajenia, którego nie potrafił się pozbyć nawet poza służbą. Organizm człowieka miał własną pamięć, znacznie bardziej upartą od tej, którą można było przywołać świadomym wysiłkiem. Wciąż zdarzało mu się otwierać oczy przed świtem, orientować w przestrzeni, zanim jeszcze zdążył w pełni oprzytomnieć, i przez kilka pierwszych sekund po przebudzeniu nie wiedzieć, dlaczego nie słyszy niczego poza szumem instalacji grzewczej i odległym odgłosem samochodów. Potem przychodziło rozpoznanie. Sufit, znajome ściany, łóżko, Madison. Dom. Nie było już potrzeby zrywania się na równe nogi ani sprawdzania, czy wszyscy są na swoich miejscach. A jednak niektóre odruchy pozostawały, jakby ciało nie przyjmowało do wiadomości, że niebezpieczeństwo nie musiało być stałym elementem codzienności.
- Zdecydowanie - odparł w końcu, zniżając głos do tego porannego, nieco zachrypniętego tonu. - Chociaż, jeśli mam być szczery, przyszedłem tutaj z nadzieją, że znajdę coś więcej niż tylko tosty.
Nie czekając na odpowiedź, odsunął się nieznacznie, na tyle, by móc sięgnąć po jeden z owoców pozostawionych na blacie. Obrócił go w palcach, przyglądając mu się przez moment z pozorną powagą, po czym uniósł wzrok na żonę. Uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, był ledwie dostrzegalny, ale w jego przypadku nie należało oczekiwać niczego bardziej demonstracyjnego. Nie należał do ludzi, którzy potrzebowali nieustannie zapewniać otoczenie o swoim dobrym samopoczuciu. Zresztą Madison znała go wystarczająco długo, by wiedzieć, że czasami najwięcej mówił właśnie wtedy, kiedy nie mówił niczego. Odkładając owoc na talerz, sięgnął po kubek z kawą, który stał nieopodal ekspresu. Była już nieco chłodniejsza; dokładnie taka, jaką lubił. Upił pierwszy łyk, po czym odstawił naczynie na blat i dopiero wtedy zwrócił uwagę na telewizor.
Nie musiał szczególnie się wsłuchiwać, by wychwycić sens wypowiadanych przez prezentera słów. Właściwie wystarczyło kilka ostatnich zdań, wypowiedzianych tym samym spokojnym głosem, którym jeszcze przed chwilą zapowiadano pogodę. Przełom w sprawie zaginięcia. Nowe dowody. Rodzina poinformowana o postępach. Thaddeus spojrzał na ekran, na którym pojawiła się ponownie fotografia chłopca. Jedenastoletnie dziecko. Uśmiechnięte, beztroskie, uchwycone w chwili, która dla niego i jego rodziny musiała należeć do innego życia. Nie znał Simona Parkera, nie miał pojęcia, kim byli jego rodzice ani jakie okoliczności doprowadziły do zaginięcia. Wiedział jedynie tyle, ile przekazywały poranne wiadomości, a to było niewiele. Wystarczająco jednak, by przez moment poczuł znajomy ucisk gdzieś w okolicy mostka.
Nie lubił takich spraw. Nie dlatego, że nie potrafił patrzeć na ludzkie nieszczęście, ani dlatego, że pozostawał na nie obojętny. Przeciwnie. Widział wystarczająco dużo, by nie potrzebować dodatkowych obrazów przedstawiających cierpienie, i wystarczająco dużo, by wiedzieć, że rzeczywistość rzadko przypominała uporządkowaną opowieść, w której każdy dowód prowadził do właściwego człowieka, a każde pytanie znajdowało odpowiedź. Zniknięcie dziecka było jednym z tych zdarzeń, których nie dało się zamknąć w granicach policyjnego raportu. Nie kończyło się wraz z upływem zmiany ani z chwilą, kiedy funkcjonariusze wracali do domów. Przenikało do codzienności ludzi, którzy zostali po drugiej stronie, i odbierało jej naturalny porządek. Każdy telefon mógł przynieść wiadomość, każdy samochód zatrzymujący się przed domem mógł zwiastować coś, na co czekano od miesięcy. Nawet zwyczajna cisza musiała z czasem nabierać innego znaczenia.
Odstawił kubek i przez chwilę przyglądał się fotografii. Zastanowiło go, ile razy rodzice chłopca widzieli ją w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Ile razy wracali do tych samych zdjęć, próbując odnaleźć w nich coś, czego wcześniej nie dostrzegli. Szczegół, gest, wyraz twarzy, cokolwiek, co mogłoby pomóc im zrozumieć, co właściwie się wydarzyło. Człowiek miał osobliwą skłonność do szukania sensu nawet tam, gdzie go nie było, szczególnie kiedy alternatywą pozostawała bezradność. Theo znał tę potrzebę. Wiedział, że czasami łatwiej było trzymać się najbardziej nieprawdopodobnej hipotezy, niż zaakceptować fakt, że niektórych rzeczy nie dało się kontrolować, a jeszcze innych nie dało się już naprawić.
Przesunął dłonią po twarzy, przecierając jeszcze nieco zaspane oczy, po czym zerknął w stronę schodów prowadzących na piętro. Ich syn wciąż spał, przynajmniej tak zakładał. Mieli jeszcze trochę czasu, zanim dom wypełni się zwyczajnym porannym hałasem, pytaniami, szukaniem zagubionych rzeczy i nieodłącznym zamieszaniem, które potrafiło rozpocząć się od najdrobniejszego powodu. Lubił ten moment przed wszystkim. Nie dlatego, że nie cenił obecności rodziny, lecz dlatego, że cisza pozwalała mu czasem uświadomić sobie, jak wiele rzeczy, które niegdyś traktował jako oczywistość, w rzeczywistości było przywilejem.
Wrócił wzrokiem do blondynki. Nie zamierzał przenosić na nią ciężaru własnych myśli, tym bardziej że nie było w nich nic, co wymagałoby natychmiastowego omówienia. Przez lata nauczył się rozpoznawać granicę między tym, co należało powiedzieć, a tym, co można było pozostawić dla siebie, choć nie zawsze oznaczało to, że dokonywał właściwego wyboru. Małżeństwo nie było przecież nieustannym wyznawaniem sobie wszystkiego. Było również umiejętnością współistnienia z cudzym milczeniem, z przyzwyczajeniami, słabościami i tymi częściami drugiego człowieka, do których nawet największa bliskość nie dawała automatycznego dostępu. Madison miała własny sposób radzenia sobie ze światem. Nie musiał go poprawiać ani poddawać analizie. Czasami wystarczyło, że był obok.
- Mam nadzieję, że rzeczywiście coś znaleźli, a nie tylko kolejny powód, żeby przez następne tygodnie trzymać tych ludzi w niepewności - rzucił jedynie. Nie zamierzał rozwijać tematu. Nie znał tej rodziny i nie miał prawa wyobrażać sobie, czego potrzebowali ani jakiego rodzaju odpowiedź byłaby dla nich wystarczająca. Mimo to trudno było nie pomyśleć o rodzicach, którzy musieli każdego dnia mierzyć się z brakiem czegoś tak fundamentalnego, jak pewność, że ich dziecko jest bezpieczne. Sam fakt posiadania syna sprawiał, że nie potrafił patrzeć na podobne historie z całkowicie obojętnej perspektywy. Nie chciał nawet próbować. Była to jedna z niewielu rzeczy, wobec których nie zamierzał wypracowywać w sobie dystansu.
Toster wydał charakterystyczny dźwięk, wypluwając dwie przyrumienione kromki. Hill spojrzał na urządzenie, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, po co właściwie znalazł się w kuchni. Sięgnął po talerzyk i przesunął go bliżej, pozostawiając Madison przestrzeń do dokończenia przygotowywania śniadania. Następnie podszedł do szafki, z której wyjął drugi kubek, i ponownie uruchomił ekspres. Kawa była jedną z tych rzeczy, których nie potrafił sobie odmówić, nawet jeżeli w ciągu dnia wypijał jej zdecydowanie więcej, niż powinien. Zresztą, podobnie jak większość ludzi, miał swoje drobne słabości, których nie zamierzał traktować jako problemów wymagających rozwiązania.
- A skoro już mowa o odpowiedziach - zaczął, opierając biodro o krawędź blatu - przypomnij mi, czy dzisiaj mieliśmy coś zaplanowane, czy możemy przez kilka godzin udawać, że jesteśmy ludźmi bez żadnych zobowiązań?
Spojrzał na nią z rozbawieniem, zanim sięgnął po nóż i zaczął smarować jedną z kromek masłem. Była to propozycja, której sam nie traktował szczególnie poważnie. Doskonale wiedział, że nawet jeżeli kalendarz pozostawał pusty, prędzej czy później pojawi się coś, co będzie wymagało jego uwagi. Telefon, wiadomość, sprawa, którą należało załatwić, albo zwyczajna konieczność przypomnienia sobie o obowiązkach, jakie człowiek zbyt chętnie odkładał na później. Nie oznaczało to jednak, że nie mogli spróbować. Przynajmniej przez chwilę.
Zerknął jeszcze raz w stronę telewizora, gdzie fotografia Simona ustąpiła miejsca kolejnemu materiałowi, tym razem poświęconemu sytuacji na drogach. Prezenter mówił coś o utrudnieniach, ale Thaddeus nie próbował już wychwycić szczegółów. Chwycił pilot i wyłączył telewizor. Nie było sensu dalej wysłuchiwać z rana cudzych dramatów. Dlatego przez chwilę obserwował Madison, pozwalając, by zwyczajność tego poranka powoli przywróciła mu właściwy rytm. Było coś niemal absurdalnego w tym, że świat potrafił jednocześnie przynosić wiadomości o zaginionych dzieciach, ludzkich tragediach i sprawach, których rozwiązania nie można było przewidzieć, a w niewielkiej kuchni ktoś w tym samym czasie zastanawiał się, czy wystarczy chleba na śniadanie.
Może właśnie na tym polegało życie. Nie na nieustannym poszukiwaniu wielkich znaczeń, lecz na zdolności powracania do małych rzeczy, nawet kiedy świadomość ich kruchości nie pozwalała już traktować ich jako czegoś oczywistego. Na tym, że można było martwić się o obcych ludzi, a jednocześnie cieszyć się z ciepłej kawy, obecności żony i odgłosu kroków syna, który za chwilę zapewne pojawi się na schodach. Thaddeus nie był człowiekiem szczególnie skłonnym do filozofowania nad własnym szczęściem, ale czasami, w takich właśnie porankach, przychodziło mu do głowy, że nie potrzebował wiele więcej.
- I nie oszukujmy się, Maddie - odezwał się, unosząc kubek do ust. - Jeżeli nasz syn obudzi się przed nami jutro, cały plan spokojnego poranka i tak możemy uznać za nieaktualny.
Uśmiechnął się nad krawędzią naczynia. Za oknem dzień nabierał już wyraźniejszych barw, a dom, dotąd pogrążony w porannej ciszy, powoli przestawał być miejscem przeznaczonym wyłącznie dla dwojga. Na piętrze coś cicho skrzypnęło. Theo uniósł wzrok w kierunku korytarza, nasłuchując przez moment znajomych szmerów.

Madison Hill
dirty little diesel.
ODPOWIEDZ

Wróć do „#38”