ODPOWIEDZ
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Kariera ponad wszystko.


Rób swoje, zwycięstwo masz w kieszeni.

Mamy tempo, mamy strategię, jedź rozważnie, a wszystko się ułoży.
Pamiętaj, że pierwszy zakręt nie decyduje o całym wyścigu. Zachowaj spokój.


Skup się na wykonaniu dobrego performance'u. Pilnuj opon, nie podejmuj niepotrzebnego ryzyka, daj nam czysty wyścig, a my zajmiemy się resztą.
Stoi za tobą cały garaż. Każdy chce cię zobaczyć na podium. Ten tytuł jest twój. Bierz ich.


Ostatnie klepnięcie pokrzepiające po plecach i posłany w podziękowaniu uśmiech, po czym Lucien zamknął za sobą drzwi. Z ciężkim westchnieniem podparł się rękami o biodra i odwrócił się twarzą do wąskiego, niewielkiego pomieszczenia, omiatając je wzrokiem. Tymczasowy pokój z kanapą i biurkiem stanowił dla niego chwilę wytchnienia i samotności, której potrzebował, żeby zebrać się w sobie przed długo oczekiwanym finałem.
Zarówno piątkowe treningi, jak i wczorajsze kwalifikacje nie przebiegły według jego planów. Problemy z autem i zużyciem opon wpłynęły na jego piątą pozycję startową. I choć podczas pierwszego wyścigu miał dobre tempo i wspiął się o dwie pozycje do góry, został wypchnięty z zakrętu i stracił cenny czas. Ostatecznie uzyskał dopiero czwarte miejsce, podczas gdy jego rywal, Holz, nadrobił straty punktowe w klasyfikacji, prawie całkowicie wyrównując różnicę między nimi. Niedzielny wyścig miał rozstrzygnąć wszystko.
Rozpiął swój kombinezon do połowy i ściągnął go ze swoich ramion, pozostawiając luzem na biodrach, a następnie sięgnął po plecak, który położył na blacie biurka i zaczął szukać miętówek. Wtem w jednej z kieszeni opuszkami palców natknął się na niewielką, śliską powierzchnię. Ze ściągniętymi brwiami złapał ją delikatnie między dwa palce i wyciągnął przed siebie.
Znajoma fotografia z polaroida sprawiła, że stanął w bezruchu i z przyspieszonym z nagła tętnem przypatrzył się jej uważnie. Aparat uwiecznił jedno z popołudniowych wygłupów z Zoyą, a ten konkretny kadr należał do bardziej intymnych i enigmatycznych chwil, które przywołały w nim ciepłe wspomnienia. Mimowolnie jego usta rozszerzyły się pod wpływem nikłego uśmiechu.
To prawdopodobnie ostatnia z zachowanych po tamtym dniu pamiątek, jeszcze zanim ich relacja przyjęła tak tragiczny obrót. Jego talizman, który miał mu przynieść szczęście. Spakował ją do plecaka, kiedy żył w przekonaniu, że więź z Zoyą była czymś właściwym. Dopiero później dotarło do niego, że karmił się zwykłą fantazją.
Obrócił fotografię w palcach i rzucił ją na blat. Nie chciał czuć tego, co znów się w nim rozbudziło. Nie mógł pozwolić sobie na ból i ten beznadziejny stan, który miał nadzieję pozostawić w Toronto.
Żeby zająć czymś myśli, sięgnął po telefon i usiadł na kanapie, na której się rozparł, by zacząć bezmyślnie przeglądać rolki na tiktoku. Po chwili wyskoczyło mu powiadomienie wiadomości. Na widok znajomej twarzy w mały okienku aż poderwał się do przodu i oparł łokcie o kolana, pochylając się nad komórką.
Zoyka
Mam nadzieję, że dziś spełni się twoje marzenie. Trzymam za ciebie kciuki, Lucien! Stań na podium
Wiadomość...
Jedna krótka wiadomość wystarczyła, żeby oblało go przyjemne ciepło, a na jego twarzy znów zawitał trochę lżejszy, acz nadal smutny uśmiech. Przez dłuższą chwilę tak po prostu wpatrywał się w jej zdjęcie z myślą, że po wszystkim było to m i ł e mieć świadomość, że przynajmniej to jedno nie uległo zmianie — wierzyła w niego.
Długo zastanawiał się, czy powinien odpisać, a jeśli tak, to c o właściwie, bo nic, co przychodziło mu do głowy, nie wydawało się odpowiednie. Ostatecznie stwierdził, że nie miało to sensu. Powinien zostawić ją w spokoju.
Wtedy też z zamyślenia wyrwało go ciche pukanie do drzwi. Gdy ustąpiły, w progu zobaczył Isobel. Przyjechała na ten weekend razem z tatą, który pewnie kręcił się gdzieś po padoku i rozmawiał z ludźmi z branży. A ona była jego matką, która nie omijała tych najważniejszych wydarzeń z życia swojego syna. Musiał się z nią pogodzić. Wyłączył więc telefon i wstał.
— Jak się czujesz, skarbie? Zobacz, kto postanowił ci dziś kibicować.
Kiedy zza mamy wychynęła wysoka blondynka w kusej białej sukience, nie krył zaskoczenia. Nie widywał się z nią w tym sezonie zbyt często, ale pamiętał, jak świetnie im się ze sobą w zeszłym roku współpracowało.
— Agatha — powitał dziewczynę buziakiem w policzek i krótkim przytuleniem, by zaraz, na zachętę Isobel, oprowadzić ją po motorhome i w międzyczasie nadrobić zaległości, co u niej.
A gdy nadeszła pora, przeszli razem przez padok do jego garażu, w którym chętnie postanowiła towarzyszyć jego rodzicom.

Nadal nie mógł w to uwierzyć.
Na wyścigu startował jako drugi. Mimo zblokowania koła i problemów z podsterownością, zachował opanowanie i pod koniec wyścigu wykorzystał okazję, by wyjść na prowadzenie. Po przekroczeniu mety aż łzy szczęścia cisnęły mu się do oczu.
Emocje buzowały w nim nawet, kiedy przystanął przy znaku mistrza DTM. Po wyjściu z auta zdjął kask i uśmiechnięty od ucha do ucha wzbił pięść do góry w triumfalnym geście, po czym podbiegł do swojego teamu, żeby nacieszyć się ich wspólnym sukcesem. Był tak oszołomiony tym, co działo się wokół niego, że organizatorzy zwrócili mu uwagę, by przed rozpoczęciem celebracji poszedł się zważyć.
A potem przyszli do niego rodzice i Agatha. Uściskał mocno najpierw mamę, potem tatę, na koniec dziękując za kibicowanie również blondynce. Zanim jednak zdążył się na dobre od niej odsunąć, ta raptownie go pocałowała. Skonsternowany oderwał się od niej, ale już prosili go na podium. Momentalnie przybrał więc na twarzy uśmiech spełnienia i skierował swoje kroki tam, gdzie zasłużył, by się znaleźć.
Tryskał tym wyjątkowym uczuciem szczęścia w trakcie odbierania upragnionego pucharu, najpierw za pierwsze miejsce w wyścigu, a później za tytuł całej serii. W całym tym amoku sycił się chwilą i celebrował ją na oczach tysięcy oglądających go przed ekranami.
Wtedy jeszcze nie docierało do niego, co się wydarzyło. Wtedy myślał wyłącznie o tym, że spełnił swoje marzenie, więc wszystkie dotychczasowe problemy stały się mniejsze. Dostał skrzydeł, nie było nic, czego nie dało się naprawić.
Dlatego na pytania od dziennikarzy, kim była owa dama, która go pocałowała, wzruszył beztrosko ramionami.
Była tylko przyjaciółką.

Ostatni jego powrót nosił jedno imię: Zoya, Zoya, Zoya!
Tym razem wracał do Toronto, w którym nie czekał na niego nikt, a pustkę w jego sercu po ciemnowłosej wypełniła wyłącznie satysfakcja ze spełnienia wymarzonego celu. Nie wracał sam. Wracał z dwoma pucharami i poczuciem zwycięstwa. Oraz trawiącym go żalem, że nie mógł się tym podzielić z osobą, na której zależało mu najbardziej.
W tym czasie miasto wróciło do normalności, choć życie Luciena nadal pozostawało od tego dalekie. Oprócz zaproszeń do współpracy i kolejnych wywiadów do studia musiał zająć się jedną ważną sprawą - bankietem.
To wydarzenie dość skutecznie odciągało jego myśli od Zoi, acz nadal niewystarczająco, by wymazać ją z pamięci. Wystarczyło, że wracał do mieszkania, by w nieoczekiwanych momentach powracały do niego wspomnienia wielu ulotnych, pełnych śmiechu, bliskości i namiętności chwil. Wciąż napotykał na rzeczy, które zostawiła po sobie, gdy pakowała się w pośpiechu, albo dostrzegał różnice w poprzestawianych tu i ówdzie przedmiotach, które jej zdaniem do tej pory nie pasowały w danych miejscach albo nie były zbyt funkcjonalne. Codziennie też z rana po przebudzeniu patrzył na niego kwiatek w doniczce, którego dostał od niej, gdy pojawiła się w jego mieszkaniu po raz pierwszy. Przeniósł go na dół i postawił na komodzie.
W miejscu, które nadal nią pachniało, uczył się na nowo żyć bez niej.
W dodatku wszyscy o nią pytali. Portier wyraził rozczarowanie związane z nieobecnością jego towarzyszki, kiedy Lucien wyznał mu, że już tu nie wróci. Po wejściu do windy w jego głowie odbijało się niczym echo westchnięcie, że była to taka m i ł a dziewczyna. Ellie, która wyciągnęła go na kawę do nowej kawiarni, również próbowała podpytać, jak miały się sprawy z Zoyą, ale sprostował krótko, że to mocno nieaktualne.
Najgorzej jednak zniósł dzień, w którym do jego progu zawitała Maria. Podczas wspólnego mieszkania kobiety nie mogły uniknąć poznania się. I najwyraźniej całkiem dobrze się ze sobą zaprzyjaźniły, bo gdy tylko służąca dowiedziała się o wyprowadzce Zoi, nie ukrywała niezadowolenia z tego powodu, raz po raz robiąc mu pod tym kątem przytyki. Drażniło go to, ale znał ją od dziecka i traktował ją niemal jak członka rodziny, nie mógł więc zrobić nic poza wysłuchaniem jej tyrady.

Gdzie ty taką drugą znajdziesz. Miłą, uczynną, zabawną. A to, że ma trochę charakterku to nawet i lepiej, bo przynajmniej przy niej byś się nie nudził.
Wiedział. Wiedział to wszystko tak dobrze, jak nikt. I cholernie za tym tęsknił, ale przecież tak miało być l e p i e j.
Finalnie Maria musiała dostrzec jego strapienie i wymowne milczenie, bo w końcu ustąpiła.
Z ich rozstania najbardziej zdawała się cieszyć jedynie jego matka, ale na każde jej niewinne wtrącenie zaraz gromił ją wzrokiem i ucinał temat, aż dla dobra swojego i fundacji, na którą tak często ostatnio się powoływała, przestała drążyć.



Kilka dni później…

Posiadłość Spencerów w Don Mills imponowała swoją wielkością i przepychem już od zewnątrz, ale to w środku, tuż po oddaniu kluczy parkingowemu, robiła największe wrażenie. Ogromne przestrzenie, marmury i kryształowe żyrandole świadczyły o majętności jej mieszkańców, nieco onieśmielając wkraczających przez próg gości.
Idąc w stronę drzwi wejściowych, Lucien uśmiechnął się do pani z obsługi sprawdzającej listę gości i wszedł poza kolejką. Ochroniarze w czarnych uniformach dyskretnie krążyli po sali, pilnując bezpieczeństwa przez wzgląd na ostatnie wydarzenia w mieście. Minął jednego z nich z nieznacznym skinieniem. Najmłodszy Spencer stanowił niemal główną atrakcję tego wieczoru, znali go wszyscy, łącznie z obsługą, która miała dopilnować, by bankiet przebiegł na odpowiednim poziomie.
Już od progu skupił na sobie spojrzenia gości, który chcieli się z nim przywitać i pogratulować mu wygranej, co chwila więc przystawał tu i ówdzie, by wymienić z nimi krótkie uprzejmości. Przy Maggie, Henrym i Ellie zatrzymał się na trochę dłuższą chwilę, żeby ostatecznie dotrzeć do swoich rodziców, którzy stali z nikim innym, jak Agathą oraz jej rodzicami.
Spodziewał się ich dziś zobaczyć. Andrew Thompson był najważniejszym sponsorem fundacji, a tym samym głównym gościem całego tego wydarzenia. Do jednego z zadań Luciena należało towarzyszenie im oraz zapewnienie, czego tylko sobie życzyli.
Przystanął więc przy blondynce ubranej w imponującą kreację koloru butelkowej zieleni, która opinała jej filigranowe ciało. Jeszcze będąc w Niemczech zdążyli wyjaśnić sobie incydent z pocałunkiem, jaki zdarzył się tuż po jego wygranej. Dziewczyna przeprosiła za ten spontaniczny gest, więc teraz powrócili do swobodnego tonu rozmowy, nie stroniąc od żartów, tak, jakby nic takiego się nie wydarzyło.
A potem fotograf poprosił ich do zdjęcia przy ściance z logo fundacji. Pogrążony w rozmowie z Agathą, podszedł z nią bliżej, najpierw ustępując miejsca rodzicom. Później przystanął pomiędzy nimi, prezentując swój szczery uśmiech. Wkrótce Isobel zaprosiła również do siebie państwa Thompsonów. Gdy po kilku błyskach fleszy już zaczęli się rozchodzić, mama zwróciła uwagę, że teraz kolej na samą młodzież. Przystanął więc w miejscu i z lekkim uśmiechem gestem dłoni zaprosił Agathę bliżej siebie, po czym objął delikatnie w talii i zapozował. Akurat wtedy blondynka rzuciła mu do ucha jakąś żartobliwą uwagę, na co najpierw spojrzał na nią z niedowierzaniem, a potem oboje się zaśmiali.
Cała ta sesja wyglądała bardzo niewinnie, a przez cały czas fotograf robił im coraz to ładniejsze, naturalne pamiątki. Nadal rozbawiony żartem finalnie podziękował i, nadal trzymając dłoń na plecach dziewczyny, skierował ją ponownie w stronę rodziców.
Wtedy też postanowił zaopatrzyć ich w drinki. Akurat zobaczył podchodzącą do nich kelnerkę, więc odwrócił się w jej stronę i wyciągnął ręce po szkło. Odruchowo podniósł spojrzenie na obsługującą go kobietę, by podziękować i nagle zamarł.
Zoya.
Momentalnie zrobiło mu się gorąco, a przez jego głowę przemknęło wiele rozgorączkowanych myśli.
Co ona tu robiła?
Czemu go obsługiwała?
Czy to był jakiś żart?

— Hej — wydusił z siebie cicho, starając się za wszelką cenę zachować opanowanie.
W tej samej chwili jego trybiki podjęły pracę na przyspieszonych obrotach, bo kompletnie nie wiedział, jak powinien się zachować. Udawanie, że jej nie znał, wydawało mu się okrutne, podobnie jak upokarzające było usługiwanie mu, ale jednocześnie nie mógł na nią zwrócić większej uwagi towarzystwa, bo… przed tym właśnie próbował ją chronić.
Dłoń na jego ramieniu i własne imię okraszone niepokojem, które dotarło do jego uszu, wyostrzyło jego spojrzenie. Głos Agathy uprzytomnił mu, że musiał zareagować. Pospiesznie odebrał więc szklanki.
— Dziękuję — mruknął i trochę stropiony wrócił spojrzeniem po twarzach rodziców i Thompsonów, aż zatrzymał się na Isobel, która przypatrywała mu się z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Zdusił w sobie złowróżbny pomruk i przyjął na twarz uprzejmy, wyuczony uśmiech, którym zapewnił gości, że wszystko było w porządku.
Następnie jeszcze raz ukradkiem spojrzał na matkę. Miał nadzieję, że za tym nie stała.

Zoya Weasley
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To był ciężki czas...
...szczególnie że pierwsze dni musiała spędzić na walizkach, w wynajętym pokoju jednego z pensjonatów nieopodal Toronto. Dopiero później poprosiła Rowana, aby pomógł jej przenieść się do nowo wynajętej, niespełna trzydziestometrowej kawalerki w Rexdale.
To był n a d a l ciężki czas...
... bo nie potrafiła przywyknąć do spania w nowym miejscu, które wręcz cuchnęło obcością. Nocami bała się kreatur czających się w kątach. Te nawiedzały ją od czasu feralnego włamania, ale wcześniej, w towarzystwie Luciena strach zdawał się być słabszy. Natomiast za dnia snuła się po mieszkaniu bez celu albo, przeciwnie, z niezdrową nerwowością rozpakowywała kolejne kartony. Nie potrafiła znaleźć sobie zajęcia, a częste telefony brata i jego nieustanne pytania o samopoczucie jedynie potęgowały przygnębienie.
W dniu wyścigu Luciena wciąż nie potrafiła się otrząsnąć. Obraz mężczyzny nieustannie powracał do Zoi w najmniej oczekiwanych momentach. Tęskniła, chociaż już nie pozwoliła sobie uronić ani jednej łzy. Chyba zdążyły wyschnąć i podobnie jak jej uczucia pogrążyły się w głębokiej żałobie po znajomości, która tak okrutnie spłonęła.
Zoya obiecała sobie, że gdy tylko całe wydarzenie dobiegnie końca, wyprze się wszystkich targających nią skrajnych emocji i skupi na pracy. Tej, którą dostała zaledwie wczoraj i tej do której miała stawić się już w poniedziałek.
Wiadomość SMS, którą zdecydowała się wysłać, miała stanowić już ostatek wiary i empatii Zoyki wobec Luciena. Chciała, aby wiedział, że bez względu na to, jak potoczyły się ich drogi, życzyła mu wygranej.
Nic więc dziwnego, że kiedy po emocjonującym wyścigu Lucien przekroczył linię mety, Zoya aż podskoczyła z kanapy. Nawet omyłkowo strąciła ze stolika puste puszki po smakowych piwach, ale naprawdę nie potrafiła powstrzymać nagłego przypływu radości oraz charakterystycznego pieczenia pod powiekami.
Zaraz na ekranie telewizora pojawiło się zbliżenie twarzy Luciena. Błyszczał, jak cholernie piękne gwiazdy; zupełnie tak samo, kiedy zachwycał ją swoim zachowaniem. Jendak niespodziewanie ten blask nagle przygasł, bo na kolejnym ujęciu Zoya dostrzegła całkiem ładną blondynkę, która z impetem wbiła się w jego usta.
Usta, które tak ochoczo sama całowała.
Wtedy znieruchomiała, a uśmiech, jaki jeszcze przed chwilą majaczył na jej twarzy nagle zniknął. Momentalnie opadła na kanapę i wyłączyła urządzenie w momencie, w którym Spencer szedł w stronę podium.


Nowa praca, choć daleka od wymarzonej, okazała się całkiem przyjemną odskocznią. Przede wszystkim nie pozostawiała Zoi zbyt wiele czasu na m y ś l e n i e, a tego właśnie potrzebowała.
Z czystego rozsądku blokowała kolejne strony, na których algorytm uparcie podsuwał jej Luciena Spencera. Nie zawsze jednak zdążyła zareagować zanim jej wzrok zatrzymał się na nagłówkach. Jedne rozbrzmiewały o minionym sukcesie, inne zaś rozpływały się nad olśniewającą przyjaciółką. Zoya jednak starała się nie poświęcać temu uwagi. Przynajmniej tak sobie wmawiała i podobnie jak Lucien, również musiała ruszyć dalej.
Firma zajmująca się obsługą uroczystości zaoferowała Zoi całkiem przyzwoite wynagrodzenie, a przy tym zapewniała ogrom zajęć. Minęło zaledwie kilka dni, a już zdążyła obsłużyć cztery imprezy. Piąta miała odbyć się w sobotę. Szef od początku zapowiadał, że będzie to wyjątkowo duże przedsięwzięcie i wielokrotnie wspominał o obecności vipów. Zoya jednak słuchała go jednym uchem, a drugim wypuszczała. Nie robiło to na niej większego wrażenia i to chyba w dużym przeciwieństwie do reszty personelu, który plotkował na tamet domniemanych osobistości. Nikt jednak nie znał szczegółów.
Posiadłość w Don Mills imponowała swoją wielkością i przepychem już od zewnątrz, ale to środek robił największe wrażenie. Ogromne przestrzenie, marmury i kryształowe żyrandole świadczyły o majętności jej mieszkańców, nieco onieśmielając wkraczających przez próg gości.
Czuła się odrobinę przytłoczona, kiedy jeszcze przed rozpoczęciem bankietu kilkukrotnie przemierzała obszerne korytarze z paterami pełnymi przekąsek. Personel dopinał ostatnie szczegóły, a dekoratorzy poprawiali kompozycje z ciemnoczerwonych róż. Zoya nie miała jednak pojęcia, jak wyjątkowa miała być to uroczystość. Dopiero na chwilę przed rozpoczęciem dowiedziała się, że obsługiwany przez nich bankiet organizowała fundacja Isobeli Spencer.
Uderzył w nią gorąc. Gorąc tak potężny, że ledwo wystała na własnych nogach i tylko dzięki ramieniu kolegi nie osunęła się na marmurową podłogę.
Ostatecznie Zoya wspólnie z resztą personelu stanęła przed menadżerką, która rozdzielała obsługę do poszczególnych stolików. Oczywiście kaprysem losu okazało się wylosowanie numeru jeden. Wtedy kobieta wręczyła jej i towarzyszącemu obok tyczkowatemu chłopakowi imieniem Oleh bordowe kokardy, po czym pogratulowała przydziału.
Lucien Spencer.
Znów poczuła narastającą żałość, a duszność dopadła ją z pełną mocą, gdy zacisnęła palce na materiale wstążki. Miała ponownie stanąć przed Lucienem i to w dodatku w tak upokarzających okolicznościach, że na samą myśl żółć podeszła jej do gardła. Mimo wszystko, po kilku naprawdę głębokich wdechach, z policzkami zaróżowionymi od nerwów, przekroczyła próg tej pieprzonej sali. Jednocześnie... na twarzy Zoi zagościł najpiękniejszy uśmiech na jaki w tamtej chwili potrafiła się zdobyć.
Początkowo zgodnie z zaleceniami kelnerzy i kelnerki mieli pozostać na uboczu w pobliżu niebotycznych filarów i czuwać nad tym, aby na stołach nie zabrakło przekąsek. Zoya zajęła więc miejsce w lekkim ukryciu, skąd nerwowo obserwowała otoczenie.
O c z y w i ś c i e Luciena dostrzeła natychmiast i przez pierwszych kilka sekund nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Serce zabiło jej z niesamowitą intensywnością, a oddech ponownie stał się płytki. Nie czuła się swobodnie, obserwując go z tej perspektywy, a tym bardziej że nawet nie był świadomy jej obecności.
Nie chciała być wścibska. Oczywiście, że nie! Ba, naprawdę próbowała skupić się na swoich obowiązkach, jednak kiedy mężczyzna odłączył się od Maggie, Henrego i Ellie, a następnie oddalił wraz z cholerną blondynką, ciekawość okazała się silniejsza. Wychyliła się więc ze swojego miejsca i ukradkiem próbowała prześledzić jego poczynania.
Niestety widok ich roześmianych twarzy sprawił, że żołądek Zoi zawiązał się w bolesny supeł. W dodatku, kiedy para zatrzymała się przy ściance fotograficznej i zaczęli pozować do zdjęć, ich wszystkie (w mniemaniu Zoi) czułe gesty uderzyły w nią kolejną falą sprzecznych emocji.
W końcu Zoya naprawdę głośno westchnęła, czym najwyraźniej zainteresowała stojącego obok Oleha. Chłopak posłał jej pytające spojrzenie, ale w odpowiedzi jedynie pokręciła głową i ostatecznie skupiła się wyłącznie na stołach.
Kilka minut później menadżerka dała obsłudze sygnał do rozpoczęcia roznoszenia wina. Zoya wyprostowała się więc dumnie i zz przyklejonym do twarzy uśmiechem, ruszyła przez salę ze złotą tacą, która po brzegi była wypełniona kieliszkami. Z każdym krokiem zbliżającym ją do Luciena coraz mocniej liczyła jednak na to, że ten zrezygnuje z poczęstunku. Niestety, sięgnął po lampki, a kiedy ich spojrzenia się spotkały, mimowolnie uroczo zmarszczyła nos.
— Dobry wieczór — odpowiedziała uprzejmie i spuściła głowę, aby dłużej nie patrzeć mu w oczy. Po tym, co przeszli, było to niewyobrażalnie trudne doświadczenie. Zwłaszcza że najwyraźniej zdążył już spoufalić się z blondynką, bo kiedy ta dostrzegła jego osobliwe zawahanie, bez skrępowania dotknęła jego ramienia. Wówczas Zoya ciężko przełknęła ślinę, podkurczyła ramiona i mocniej zacisnęła palce na tacy. — Na zdrowie — odparła na dziękuję, po czym po prostu ruszyła dalej, aby częstować kolejnych gości.
Ostatni kieliszek zgarnął Henry, który wydawał się zadowolony z jej obecności. Być może Zoya nie powinna była wdawać się w dłuższe pogawędki, ale charakterystyczna dla mężczyzny natarczywość sprawiła, że ostatecznie uległa i zamieniła z nim pare słów. Henry nawet nie odstąpił jej na krok, kiedy z nową tacą alkoholu znowu spacerowała pomiędzy gośćmi.
W skrócie opowiedziała mu, że nie pracowała już w klinice weterynaryjnej i obecnie zajmowała się obsługą uroczystości. Henry potaknął na to z dziwnym uznaniem. Nawet pochwalił jej uniform i, co śmieszniejsze, związzane w koński ogon włosy. Później uraczył ją kilkoma anegdotami dotyczącymi sztywnego towarzystwa - chyba tylko dlatego, że zauważył jak mocno była spięta. Zoya uznała to za naprawdę miłe. Tuż przed odejściem mężczyzna złapał ją za łokieć i pospiesznie szepnął, że gdyby potrzebowała podwózki, to chętnie służył pomocą. Podobno i tak miał odwieźć Maggie i Ellie do domu.
Z Lucienem natomiast celowo unikała kontaktu wzrokowego, choć jeszcze kilkukrotnie zdarzyło jej się minąć go na sali. Nie mogła jednak dłużej trzymać dystansu, kiedy poproszono gości o zajęcie miejsc przy stołach i rozpoczęto serwowanie kolacji. Oleh podał kaczkę w sosie kobietom, więc Zoya kolejno postawiła talerze przed Lucienem, Henrym i dwoma młodymi mężczyznami, których nie znała. Przy okazji delikatnym skinieniem i serdecznym uśmiechem przywitała się z Maggie oraz Ellie. Ta druga natychmiast ułożyła usta w charakterystyczne „o”. Henry jednak trącił ją w ramię i pobieżnie wyjaśnił obecność Zoi wsród obsługi.
Podczas odbierania talerzy Agatha poprosiła ją o dolanie wody, co wydało się Zoi dość dziwną prośbą. Dzbanek stał tuż obok blondynki i w tamtej chwili najchętniej wylałaby całą jego zawartość na jej głowę. Odruchowo zerknęła jednak na Luciena, po czym, o zgrozo, uśmiechnęła się w ten swój słodko-gorzki sposób i z tacą z brudnymi naczyniami opartą na jednym ramieniu zdecydowała się sięgnąć po wodę.
I cholera, Zoya naprawdę nie miała pojęcia, jak właściwie do tego doszło. Wystarczył jeden niefortunny ruch, aby straciła równowagę, a taca niemal wyślizgnęła jej się z dłoni. W pośpiechu odstawiła dzbanek, ale ten niebezpiecznie się zachwiał i zanim zdążyła zareagować, jego zawartość wylała się wprost na kreację Agathy. Ta natychmiast poderwała się z miejsca.
— Przepraszam najmocniej — Naprawdę nie chciała. Pospiesznie sięgnęła wolną dłonią po bawełnianą chusteczkę leżącą na stoliku i podała ją kobiecie. Policzki Zoi momentalnie zapłonęły rumieńcem, a kiedy zdała sobie sprawę, jak wiele par oczu zwróciło się w jej stronę, poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. W akcie czystej desperacji kopnęła w kostkę Luciena i posłała mu b ł a g a l n e spojrzenie, aby jakoś udobruchał swoją partnerkę i postanowiła się wycofać.
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Dzielnica Mieszkalna”