29 y/o
Indulge in local cuisine
161 cm
bioinżynier z żabki
Awatar użytkownika
but my head is full of poison and my heart is full of doubt; i got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Vincent Monroe wciąż potrafił ją zaskoczyć. Potrafił zadziwić ją tym, jak wiele potrafił powiedzieć, nie mówiąc tak naprawdę niczego. Potrafił zdumieć ją tym, jak szczery mógł być, nie zdradzając zasadniczo niczego.
Jego odpowiedź nie uspokoiła jej, a wręcz przeciwnie. Zdołała poznać go na tyle, że mogła śmiało założyć jego nieszczególną chęć do obarczania jej dalszymi problemami. Jeśli sięgnąć pamięcią, to zostawiał ją tylko z efektem końcowym – załatwione. Załatwiony problem z namolnym politykiem; załatwiony problem z Jessicą i jej ludźmi; załatwiony problem z porzuconym w lesie samochodem. Załatwiony problem jej własnego długu wobec Włochów.
Wszystko ciasno zawoalowane otoczką z prawdy, która nią była, ale było jej na tyle, że równie dobrze mogłaby się nie pojawić.
Westchnęła krótko, gdy zajął miejsce. Drżącymi dłońmi sięgnęła do skroni i rozmasowała je spokojnym ruchem.
— Całe szczęście, że nie zapytałam o coś naprawdę skomplikowanego. Mogłoby nam nie wystarczyć popołudnia na równie wyczerpującą odpowiedź — skwitowała kwaśno na głos, jeszcze zanim jej umysł zdołał rozpoznać rozczarowaną złośliwość, nim ta namalowała się na jej języku.
Świadomość przyszła chwilę później, ale było za późno. Za późno by wycofać się z ironicznego przytyku; za późno by spróbować zasłonić to miękkim żartem.
Jej spojrzenie spadło na zawartość w szklance, której niezbyt skomplikowany proces przygotowania była świadkiem. To nawet nie była kawa, która miała stać po stronie jego układu.
— Rozumiem też że twoja widoczna potrzeba odpoczynku również okazała ci brak szacunku — dodała znacząco, już w pełni świadomie własnych słów; w pełni świadomie też je dobierając. Nie powinna była wtrącać się w jego sprawy związane z biznesem; nie powinna też wtrącać się w sposób w jaki prowadził własne życie; zdecydowanie nie czuła się w pozycji by nagle wtargnąć w jego codzienność i próbować ją zmieniać, nawet jeśli z dobrą intencją.
Tylko że jeszcze kilka minut temu ten sam mężczyzna przekonywał ją, że chciał być za nią odpowiedzialny. Że nie przeszkadzała mu świadomość kolejnego zobowiązania, jakie nakładała na niego jej obecność; wręcz przeciwnie, przyjmował je z własnej woli, z tą charakterystyczną dla siebie z a c h ł a n n o ś c i ą, która nie pozostawiała zbyt wiele miejsca na negocjacje.
Nie potrafiła jednak odnaleźć w tym układzie miejsca na własną troskę; nie wiedziała, czy miała jakiekolwiek prawo oczekiwać, że Vincent potraktuje ją równie poważnie, jak sam oczekiwał traktowania swoich poleceń. I przede wszystkim nie wiedziała, dlaczego właściwie miałby to robić.
Nie była przecież jego żoną, która często miała być synonimem umoralniania. Nie była nawet pewna czym w ogóle miała nazwać tę relację; to, co zaledwie kilkanaście minut wcześniej zaczęło odzyskiwać znajome kształty, nadal pozostawało czymś pozbawionym wyraźnych granic i nazw, których nie odważyłaby się wypowiedzieć bez jego wcześniejszego przyzwolenia.
Dziwny paradoks osoby, której zdanie nigdy zbyt wiele nie znaczyło; która była do tego przyzwyczajona, a która nagle miała głupie marzenie o czymś zgoła przeciwnym.
Istniało prawdopodobieństwo, że robił jej na złość. Potraktował jej pusty talerz, jako niespełnioną część jej układu – od początku i tak nierównego. Opuściła spojrzenie na zastawiony stół i przez chwilę przyglądała się jego zawartości z niechęcią, którą długo próbowała przypisać wyłącznie własnemu żołądkowi. Nie zamierzała przecież robić mu na złość; nie miała najmniejszej ochoty prowokować kolejnej wymiany zdań dotyczącej tego, czy powinna coś zjeść; wręcz przeciwnie, gdyby tylko mogła, najchętniej pozbyłaby się całego problemu kilkoma posłusznymi kęsami.
Niestety sam zapach jedzenia wystarczał, żeby jej żołądek ponownie zacisnął się w bolesnym proteście.
on the whatever path
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
can't escape the ghost of everything you said, if you want your peace back, you'll get it when i'm dead
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nagła złośliwość z jej ust przełamana szczerym niezadowoleniem była odświeżająca. Może powinna wzbudzić w nim irytację, wszak czy powinien tłumaczyć się ze swoich interesów Haze, która stała się ich częścią? Wiedział, że nie potrafiła odseparować tego, co się działo, od własnych win. Wiedział, że cokolwiek jej powie, znajdzie dla siebie jeden fragment wypowiadanych przez niego zdań by zafiksować się na jego punkcie - wszystko sprowadzi do rzekomego długu, który u niego miała, do tego, że nie zasługiwała na ochronę, na ratunek, ani tym bardziej na pomoc.
Wolał złośliwość.
Pokazywała, że gdzieś tam pod jej wciąż drżącą fasadą chowała się wola do zawalczenia o odrobinę czegoś, co uważała za wartościowe.
Nabił kolejny kawałek makaronu na widelec. Dręczenie Haze i jedzenie potrawy, którą lubił najbardziej, mógłby nazwać połączeniem przyjemnego z pożytecznym. Tym bardziej, że najwyraźniej poczuwała się do nalegania, by o siebie zadbał, samej nie wykonując w tym zakresie żadnej czynności.
- Ty nie jesz - wyjaśnił, unosząc widelec w górę i celując nim oskarżycielsko w siedzącą obok kobietę. - Ja nie odpoczywam. - widelec powrócił do niego, makaron zniknął w jego ustach. - Jesteśmy kwita.
Obiektywnie patrząc ona bardziej potrzebowała jedzenia niż odpoczynku. Obiektywnie, ponieważ tylko jedno z nich nie potrafiło ustać na nogach jeszcze chwilę temu, a drugie trzymało się całkiem nieźle.
Wmuszanie go w nią jednak mijało się z celem, gdy ewidentnie nie była tym zbyt zainteresowana sądząc po jej nietkniętym talerzu i zignorowanej nawet butelce wody.
Przerwał jedzenie, odstawiając własny widelec na bok. Sięgnął po wodę i tkwiącą obok szklankę. Odkręcił butelkę, cierpliwie napełnił naczynie - które i tak pewnie planowała zignorować - i postawił przed nią, odstawiając plastik na bok. Zaraz po tym sięgnął po jej talerz i przysunął go nieco w swoją stronę, tak, by zarówno on, jak i szklanka, były na wyciągnięcie ręki.
- Chcesz, żebym odpowiadał na twoje pytania wyczerpująco - westchnął, odsuwając swoje krzesło wystarczająco, by mógł odwrócić się w siedzeniu i zwrócić w stronę siedzącej obok kobiety. - A ja chcę, żebyś coś zjadła. Lub piła wodę.
Była blisko, ale niewystarczająco.
Sięgnął za jej plecy, obejmując palcami oparcie krzesła, które odciągnął nieznacznie od stołu wraz z siedzącą na nim pasażerką. Dopiero gdy dystans zwiększył się między nią a stołem, pochylił się w jej stronę, wkraczając do naznaczonej nią przestrzeni. Jego dłoń powędrowała niżej, odnalazła drogę pomiędzy jej udami, palce musnęły schowane pod materiałem spodni kolano nim zatrzymały się na przedniej krawędź siedziska.
W jednym, zdecydowanym ruchu obrócił krzesło wraz z siedzącą na nim Violet w swoją stronę. W drugim, znacznie bardziej subtelnym, przysunął ją nieco bliżej, tak, ze jego kolano musnęło jej, zmuszając jego nogi do rozsunięcia się by zrobić miejsce na jej własne.
- Lubisz układy, bambi - rzucił, przytyk przemknął z nonszalancją przez jego niezaafektowany nim ton głosu. - Zawrzyj jeden ze mną.
Wyciągnął rękę do jej talerza - zgarnął należący do niej, czysty widelec i nabił na niego kawałek makaronu. Ciemne włosy łaskotały go w naznaczone atramentem przedramię gdy to zbliżało się do jej ciała.
- Jedno pytanie i jedna, wyczerpująca odpowiedź - zaoferował, prostując się. Widelec z żałosnym, jednym kawałkiem makaronu przesunął w swoich palcach, tak, by mogła mu go odebrać. Unosił się pomiędzy nimi - nie znaczył nic, a jednocześnie znaczył wszystko. - W zamian za jeden kawałek makaronu. Albo dwa łyki wody.
Kalkulacja w jego głowie i tak stawiała go na z góry przegranej pozycji, ale nieszczególnie się tym przejmował. Preferował to ponad jej skurczonym żołądkiem, zniszczonymi rękawami bluzy i odnajdywaniem powodów, dla których powinna tkwić w tym nieszczęsnym stanie jeszcze trochę dłużej.
- Albo nie jedz, ani nie pij - dodał, odsuwając od niej widelec by samemu sięgnąć po własną szklankę z jaskrawozieloną miksturą. Opadł na oparcie krzesła, odsuwając się od siedzącej naprzeciw kobiety. - Nikt cię do niczego nie zmusza.

up to you
29 y/o
Indulge in local cuisine
161 cm
bioinżynier z żabki
Awatar użytkownika
but my head is full of poison and my heart is full of doubt; i got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie potrafiła docenić jego sytuacyjnego żartu, choć zrozumiała analogię od razu. Zimno preszło przez jej kark, pozostawiając w nim napięcie, a spojrzenie uciekło w popłochu na bok przed nim.
Jej palce zacisnęły się na brzegu siedziska, chociaż krzesło już dawno znieruchomiało, a on odsunął się, zostawiając pomiędzy nimi miejsce, którego jeszcze przed chwilą tak uparcie chciał pozbawić. Powinna była skupić się na tej odległości. Na znajomej twarzy, na talerzu, na wszystkich drobnych rzeczach, które odróżniały tę propozycję od tamtych; tymczasem pamięć zatrzymała się przy jednym słowie.
Lubiła.
Jak gdyby kiedykolwiek potrafiła odnaleźć w tych układach coś, czego chciała. Pamiętała oczekiwania, cenę podawaną bez pytania i własne próby zrobienia dokładnie tyle, żeby wreszcie pozwolono jej wrócić do domu z siostrą. Później ceną stał się on; człowiek siedzący teraz dostatecznie blisko, żeby mogła dotknąć jego dłoni, gdyby tylko zdołała rozluźnić własną. To również pamiętała. Aż nazbyt dobrze, żeby odpowiedzieć mu równie niewinną zaczepką.
Opuściła spojrzenie, zatrzymując je przy szklance wody. Wiedziała przecież, że chciał ją nakarmić. Jeszcze niedawno sama przyłapywała go na zmienianiu tematu, domagała się odpowiedzi, próbowała wyciągnąć choć odrobinę czegoś, czym nie dzielił się łatwo. Teraz również chciała wiedzieć.
— Szczerość ja mogę podarować tobie za darmo, Monroe — odparła, przesuwając palcami jednej ręki po obrusie. — Chcesz? — Nie czekała na odpowiedź; zdecydowała się podarować mu ją niezależnie od tego, czy rzeczywiście był nią zainteresowany, bo nie chciała, żeby kolejne nieporozumienie dołączyło do tych, których nagromadzili pomiędzy sobą już dostatecznie dużo. — Jestem tutaj, u ciebie. Bezpieczna. — Przesunęła palec na chłodny metal jednego ze sztućców. — Wszystko, co działo się wczoraj, już się nie dzieje. Skończyło się. I teoretycznie wszystko powinno wrócić do normalności. Nikt mnie już nie trzyma; mogę się ruszyć, odsunąć. Nikt mnie nie dotyka, chociaż bardzo tego nie chcę. Jestem bezpieczna — powtórzyła, jakby samo wypowiedzenie tych słów po raz kolejny mogło nadać im większą wiarygodność. — To logiczne i wynika z tego, co widać i co się dzieje. — Brak zagrożenia powinien sprawić przecież, że jej ciało całkowicie się rozluźni, że pamięć o cudzych dłoniach przestanie być czymś niemal namacalnym, a świadomość odzyskanej swobody pozwoli jej ponownie poczuć się sobą. Tak się jednak nie działo; i może właśnie to było w całym tym doświadczeniu najbardziej upokarzające, bo nawet teraz, kiedy nikt nie odbierał jej już żadnego wyboru, nie potrafiła zmusić samej siebie do skorzystania z niego bez lęku. — Ale wyobraź sobie, że nie potrafisz wrócić na miejsce od razu. Czasami nawet nie wracasz wtedy, kiedy jest to logiczne. Nadal czujesz coś, czego tak naprawdę nie ma. Wiesz, że jesteś bezpieczny, ale jednocześnie nic w tobie nie jest o tym przekonane. I możesz sobie powtarzać, że to już koniec; możesz próbować zająć myśli czymś innym. Możesz za wszelką cenę próbować wrócić do tej normalności, skoro nic ci nie grozi. Ale jednocześnie całe twoje ciało nie chce tego przyjąć. Czujesz, że jest napięte i cały czas brudne. Żołądek masz zaciśnięty niemal do bólu.
Przesunęła spojrzenie na stojący przed nią talerz, którego zawartość nie zmieniła się nawet odrobinę, chociaż przecież nie brakowało jej świadomości, że powinna zjeść. Nie brakowało jej również chęci, przynajmniej tej wynikającej z rozsądku, ponieważ doskonale wiedziała, jak bardzo tego potrzebowała.
— Więc, Vincent, wiem że powinnam zjeść. Problem jest taki, że nie dam rady. — Nie potrafiła ocenić, czy rzeczywiście zdołała przybliżyć mu choćby część tego, co działo się wewnątrz niej; prawdopodobnie nie, skoro sama miała trudności z pojęciem sprzeczności pomiędzy własnym umysłem a ciałem, które najwyraźniej nie zamierzało już dłużej podporządkowywać się jego poleceniom. — Nie liczę, że to zrozumiesz. Nie wiem nawet, czy mógłbyś — przyznała, ponownie opuszczając spojrzenie. — Ale mam nadzieję, że nie będziesz traktował tego, że nie potrafię teraz niczego przełknąć, jako manifest mojej złośliwości wobec ciebie.
I być może powinna była na tym poprzestać; pozostawić mu możliwość przyjęcia tej informacji, nie próbując usprawiedliwiać własnej reakcji niczym więcej, skoro przecież właśnie powiedziała mu wszystko, co uważała za istotne. Tylko że pozostawała jeszcze jego propozycja, wciąż brzmiąca w jej myślach z tą samą niewinną przekorą, której nie potrafiła odwzajemnić, chociaż rozpaczliwie chciała.
Powinna już zamilknąć. Nie potrafiła.
— Mówisz, że do niczego mnie nie zmuszasz. Teoretycznie nie sposób się zgodzić. Praktycznie stoję w sytuacji, w której jedynym sposobem, żebym mogła przekonać cię do odpoczynku, jest zrobienie czegoś, czego moje własne ciało nie potrafi teraz znieść. Warunkujesz moją troskę swoimi oczekiwaniami. Chciałabym móc zrobić dla ciebie chociaż tyle, Vincent. Po prostu się martwić. Też móc o ciebie zadbać. Nie dlatego, że coś ci jestem winna, ani dlatego, że muszę udowodnić ci, że jestem do czegoś przydatna. — Zawahała się; ale powiedziała już tyle, że czym było kolejne zdanie, które aż pchało się na język. Było jedynie kolejną szczerością. — Chciałabym móc robić to bez konieczności udowadniania, że na to zasługuję.
a piece of me
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
can't escape the ghost of everything you said, if you want your peace back, you'll get it when i'm dead
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tym razem nazwisko w jej głowie wybrzmiało jak groźba.
Sprawiło, że zatrzymał się na ułamek sekundy, nim odkładana przez niego szklanka nie spoczęła z powrotem na miejscu, w którym planował ją zatrzymać. Jego głowa odwróciła się w stronę siedzącej naprzeciw kobiety, instynkt zasiał nieprzyjemne spięcie w jego karku na dźwięk słów, w których pojawiło się charakterystyczne napięcie.
Sprzeczność - jedno słowo, którym mógłby podsumować Violet Haze od samego początku do końca.
Sprzeczność, która nie wynikała ze złych intencji, nie była nawet celowa, była tylko efektem ubocznym wszystkiego, co działo się wokół niej i wszystkich działań, które podejmowała. To, co robiła i mówiła często działało ze sobą w kontraście, czasem jej słowa przekazywały jedno a głos, którym je wypowiadała, mówił drugie. Czasem przysuwała się i odsuwała, więc sprzeczność zalegała wyłącznie w jej czynach.
A czasem chowała się w jego własnej reakcji.
Napięcie z jej głosu było zaraźliwe. Przemknęło do jego ciała, znalazło swoje miejsce w karku i zsunęło się niżej, na jego spięte ramiona, wciąż spoczywające na oparciu krzesła. Jednocześnie jego usta zamknęły się, ciało zastygło w oczekiwaniu, spijając każde, oferowane mu słowa - słowa, które nie przychodziły z łatwością, których od niej nie wymagał ani o które nie prosił, ale które pragnął usłyszeć.
Miała rację - nie rozumiał. Czy też nie był w stanie tego zrozumieć bazując na własnych doświadczeniach, tak skrajnie innych od niej. Jego ciało i umysł zmuszone były wykształcić możliwość odcinania się od tego wszystkiego, co mogło się im przydarzyć - ponieważ były na to wystawione od najmłodszych lat.
Nigdy nie znał spokojnego życia. Gwałtowność i przemoc był w stanie przywołać w pamięci w pierwszych wspomnieniach, które pozostały zachowane w jego głowie, gdzieś w odmętach wszystkich innych. Kształtował się i formował nimi otoczony, nawykły do ich obecności, zmuszony do prostowania karku, który nieustannie próbował być naginany.
W pewnym momencie stały się pewnym stałym elementem jego codzienności. Były nim do dziś, zmuszając go, by nauczył się nad nimi panować, nauczył się je kontrolować - oraz nauczył się dzierżyć je jak broń, zwracając ją w stronę innych, z dala od siebie.
Haze była jego przeciwieństwem.
Jego ciało znało wyłącznie akcję, umysł nauczył się determinacji, charakter nastrajał do sprzeciwu. Nie wiedział, jak to jest, w ciszy akceptować swój los gdy ktoś zaciska na jego ramieniu swoje palce. Nie wiedział też, jak to jest, czuć czyjś dotyk na sobie godziny po tym, gdy zniknął, zerwany z niej siłą.
Wiedział wyłącznie, że bardzo chciał ten stan n a p r a w i ć i zupełnie nie wiedział jak mógłby to zrobić.
- Nie musisz jeść - odpowiedział cicho, choć wiedział, że puenta jej wszystkich słów wcale nie leżała w tym cholernym makaronie, którego nie zamierzała tknąć. - Ani teraz, ani w ogóle.
Złość drzemała gdzieś w jego żyłach, jak resztki wypłukanych przez noc substancji. Złość zawsze z nim zostawała, gdy pozwolił jej sobą zawładnąć i tym razem znów ją odczuł, wspominając wszystkie te wydarzenia, które doprowadziły ją do tego stanu.
Stanu, którego nie mógł zmienić, nieważne jak bardzo by próbował.
- Naprawdę myślisz, że mogę teraz odpocząć, położyć się, zasnąć, po tym wszystkim, co się stało? - zapytał wprost, również niezainteresowany jedzeniem, na którym wcześniej nie miał problemu by się skupić. - Po wszystkim, co przytrafiło ci się przeze mnie?
Wiedział, że zaprzeczenie miała na końcu języka. Prosiło się wyłącznie o wypuszczenie na zewnątrz, wraz z kolejnymi oznakami poczucia winy, bądź zrzucenia jej na Włochów, którzy jako pierwsi wykonali ruch w jej stronę.
Nie pozwolił jej go zwerbalizować, kontynuując niemal natychmiast.
- Scalvini nie musiałby szukać dla siebie celu gdyby nie chciał dostać się do mnie - wycedził, zanim zdążył się powstrzymać, zanim ta zachowana dla niej łagodność nie przeanalizowała dokładnie jego słów pod kątem tych, których mogłaby się chwycić. - Może to przypadek, że padło na ciebie i twoją siostrę. Wielkie, losowe nieszczęście. Ale żadna z was nie znalazłaby się na celowniku gdyby nie j a.
Zmusił swoje opadające w dół barki do wyprostowania się, nawet gdy przygniatający je ciężar skutecznie mu to utrudniał.
- J a jestem powodem, dla którego wpadłaś w to gówno. Może nie w każde gówno, w jakim znalazłaś się w całym swoim życiu, ale w to, w którym tkwisz teraz - westchnął ciężko, przesuwając wzrokiem po rysach jej twarzy, które wypaliły się doszczętnie pod jego powiekami. - A gdy przyszłaś do mnie, prosząc o pomoc, odmówiłem ci.
Słowa ciężko osiadły na jego umyśle, wiążąc się z myślami, które nie odstępowały go ani na krok od chwili, w której dowiedział się, jaką cenę Haze była skłonna zapłacić by odzyskać swoją siostrę.
- Mogłem temu zapobiec. Zamiast tego pozwoliłem ci pójść do nich - syknął, trzymając własną złość na uwięzi, lecz sporadycznie dając jej rozbłysnąć, gdy usiłowała się z niej zerwać. - A teraz siedzisz roztrzęsiona przede mną i nie jestem w stanie zrobić nic, co mogłoby ten stan naprawić.

wrong things said, wrong things done
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Entertainment District”