Była wyzwaniem. Chociaż teraz to większym było chyba to, żeby nie dać tego po sobie poznać. Tego, że ich relacja zmieniała bieg, a Galen Wyatt zamiast wciąż myśleć, że Charity Marshall jest puszczalską prezeską, która załatwia sobie kontrakty przez łóżko, to myślał coś zupełnie innego. Chociaż w tle też było łóżko.
-
Jakby nie wyglądało, chmury i niebo to wolność, po prostu przyciągają - powiedział zerkając na nią z ukosa. Tak jak jego po prostu przyciągała Charity Marshall. Nie ważne, czy byli do siebie podobni, czy zupełnie różni. Chociaż pod kilkoma względami jednak na pewno podobni. Już nawet to, że każde z nich rządziło swoimi firmami i to na jakim poziomie. Byli uparci, oboje. To właśnie widział w nich inwestor.
Przez chwilę patrzył w szybę zastanawiając się co może być nie tak z tym jej narzeczonym, mógł go lepiej sprawdzić. Jakoś bardziej zainteresować się ich relacją, a nie samą Cherry.
Jedna jego brew momentalnie uniosła się ku górze, gdy Cherry stwierdziła, że przestała uważać go za wroga. Wywrócił oczami, ale uśmiechnął się przy tym delikatnie.
-
Wow, cóż za awans społeczny, czym sobie na to zasłużyłem? - rzucił wbijając w nią spojrzenie niebieskich tęczówek. On też już chyba nie uważał jej za wroga, a raczej na pewno, mimo, że wciąż odrobinę bronił się przed tym stwierdzeniem. Łatwiej gdy byli wrogami, nie było tego napięcia, które nie pozwalało mu spokojnie usiedzieć w fotelu.
Nie mógł się z nią nie zgodzić, wystarczył jeden wieczór, już wtedy, kiedy patrzyli w gwiazdy zmienił do niej nastawienie. A ten wczorajszy, tylko go w tym utwierdził. Dzisiejszy dzień miał być chyba już takim przypieczętowaniem tej zmiany, zwłaszcza, że Galen sam wyszedł z tą propozycją. Tak, to dzisiaj jej udowodni, że nie jest królem dupków, chciałby. Tylko nie do końca jeszcze wiedział jak. Walczyły w nim dwa wilki, jeden chciał Charity Marshall, nawet w tej jednej chwili, chciał z nią spłonąć do cna, drugi wiedział, że nie może, bo tak robią... dupki? Westchnął ciężko na te myśli, to nie były takie proste rzeczy.
Kiedy oparła mu głowę na ramieniu to patrzył na nią kątem oka, taka wystraszona Charity Marshall też mu się podobała.
-
Spokojnie, jestem tutaj, obok - powiedział, te słowa jakoś tak same wyszły z jego ust, w jakimś takim przypływie chwili, ale aż sam się sobie zdziwił, że powiedział coś takiego. Do niej. To była wciąż Charity Marshall, a do tego ta kobieta miała narzeczonego, przecież on - Galen Wyatt, nie będzie przy niej, tutaj, obok. To w ogóle nie miało sensu. Zaraz wrócą do Toronto i znowu skoczą sobie do gardeł. Ale skoro teraz byli tutaj, na tej dzikiej, innej planecie, to może mogli sobie pozwolić na jeszcze chwilę zapomnienia?
Słyszał jej słowa, ale pozostawił je bez komentarza, a tylko dlatego, że wciąż sam o tym myślał, o tym, że to co do niej czuł zaczynało się robić jakieś niebezpieczne. Galen mógł się zapierać rękami i nogami, ale miał w sobie też coś z romantyka, niepoprawnego, zapatrzonego w tę kobietę, którą jeszcze przed chwilą trzymał za rękę.
Zamyślił się i wcale nie zastanawiał się gdzie teraz, bo to wiedział. On się głowił nad tym, co on w ogóle robi. Ale z drugiej strony wakacje przecież rządziły się swoimi prawami.
-
Winiarnie La Geria - odpowiedział po chwili wsiadając do samochodu. Trochę pożałował, że nie może prowadzić, bo mógłby skupić wtedy myśli na czymś innym, oderwać je od Cherry. A tak to wciąż zerkał w jej kierunku, dobrze, że miał te ciemne okulary.
-
Możemy się zamienić - powiedział spokojnie wysiadając z samochodu. Galen nie przepadał za winem, znał się na whisky, ale tutaj efekt robiły te pola winogron w karterach. Ruszyli w ich kierunku, tym razem Wyatt schował ręce do kieszeni. Chociaż po głowie jeszcze mu chodziło to jak z Cherry szli za rękę między tymi gejzerami.
Winiarnia, do której trafili nie była typową turystyczną atrakcją, kamienna piwniczka ukryta wśród czarnych pól wulkanicznych, chłód murów i półmrok, który pachniał dymem, ziemią i winem. Małe, kameralne stoliki sprawiały, że znowu siedzieli blisko siebie. Bardzo blisko. Galen, oczywiście, nie przepuścił okazji, żeby zabłysnąć. Gdy kelner nalał im pierwsze wino do degustacji, białe malvasía volcánica, zakręcił kieliszkiem jak znawca, chociaż to wcale nie było whisky.
-
Widzisz ten kolor? Mówią, że to złoto wulkanu - podniósł kieliszek do ust, ale nie spieszył się ani trochę, patrzył na nią. Smakował powoli, jakby znał się na rzeczy, choć pewnie połowę wyczytał z ulotki w hotelu, a jednak mówił to z tą swoją pewnością siebie w głosie, wszystko robił z takim luzem, jakby świat należał do niego. Najpierw cały świat, a potem Charity Marshall. Kolejne przyszło czerwone wino, cięższe, pachnące lawą i dymem. Galen nachylił się ku niej, niby żeby coś skomentować o winie, ale tak naprawdę jego oddech zatańczył tuż przy jej policzku.
-
A to… to jest ogień. Naprawdę warte grzechu. Chcesz spróbować? Możesz zamoczyć usta... - podsunął jej kieliszek, w zasadzie bardziej przygotował się na to, że to ona będzie piła, a on będzie jej o tym winie opowiadał, ale nie byłby sobą, gdyby nie odnalazł się w nowej sytuacji.
Cherry Marshall