Palce Valentine zacisnęły się na krawędzi blatu, gdy z ust Johna wydobyły się szorstkie dźwięki. Słyszalna zmiana w tonie jego głosu bynajmniej nie ostudziła jej rezonu – na wpół fałszywego, zgubnego i nienaturalnego dla Coraline, ale kapitulacja oznaczałaby przyznanie mu racji. Wciągnęła powietrze nosem, by kolejno wypuścić je ustami. Jeden głęboki wdech to za mało, by uspokoić wzburzone emocje i zebrać myśli – Cora nie potrafiła działać w pośpiechu. Nawet w przedsionku wybuchu bomby, jaką był Hargrove, życzyłaby sobie pauz, podczas których w umyśle formowałaby argumenty nie do podważenia.
Kłótnie tak nie wyglądały – a już na pewno nie te z Johnem. Jego policzki nabrały koloru, a mięśnie mimiczne wyraźnie się napięły. Coraline nerwowo wystukiwała paznokciami bliżej nieokreślony rytm o powierzchnię blatu, jakby odbijający się w bębenkach stukot miał pomóc jej ułożyć w głowie spójne odpowiedzi na jego słowa.
— Jak wygodnie… — powtórzyła oschle, odwracając wzrok. Johnny zawzięcie bronił własnej niewinności, od której w ocenie Valentine był tak daleki
— Wygodnie jest tak tłumaczyć obojętność szacunkiem wobec mojego zdania. Bo to nie ma żadnego związku z granicami i dobrze o tym wiesz.
Ich spojrzenia ponownie się przecięły – Cora, chociaż jej słowa brzmiały pewnie, swoją postawą wskazywała raczej na chęć ucieczki. Ostatnie dni były wymagające psychicznie, a pomysł wykorzystania Johna do odblokowania tłamszonych emocji z każdą mijającą chwilą wydawał się coraz głupszy.
Nie miała już siły na analizowanie każdego jego ruchu czy najdrobniejszej zmiany tonu głosu. Nie miała już energii na kontrolowanie własnych wypowiedzi i to wprawiało ją w największy dyskomfort.
Spojrzała na niego niemal z lękiem, gdy wygłosił swoje ostrzeżenie. Hargrove wiedział, że pomimo wykształcenia psychologicznego, Coraline stale uciekała przed pewnymi tematami, zamiast je przerobić. Taka groźba w dzień pochówku człowieka, który paradoksalnie miał największy wpływ na jej osobowość, była ciosem poniżej pasa, aczkolwiek stanowiła godną odpowiedź na jej zaczepkę.
Myślałem, że jesteś lepsza, Valentine.
To jedno zdanie wystarczyło, by fasada zbudowana z imitacji pewności siebie zaczęła się kruszyć. Zazgrzytała zębami na dźwięk własnego nazwiska, którym Hargrove wyłącznie podkreślił swój gniew i dzielący ich dystans. Coraline długo walczyła z demonami przeszłości – niełatwo wierzyć we własną wartość, gdy jeden rodzic oddaje się uzależnieniu, a drugi tonie razem z nim, jawnie sygnalizując dziecku, że nie jest wystarczające, żeby się nim zająć. Valentine chciała chwycić Johna i potrząsać nim, wykrzykując, że jest dokładnie taka, za jaką ją uważał, dopóki mężczyzna nie cofnąłby swojego stwierdzenia bądź sama Cora nie wybuchłaby histerycznym płaczem. Zamrugała prędko kilkakrotnie, gdy tylko pod powiekami poczuła zbierającą się wilgoć.
— Mogłeś zrobić cokolwiek, John! — podniósłszy głos, wzruszyła ramionami. Była głośniejsza niż jeszcze moment przedtem, a jednak brzmiała na bardziej zrezygnowaną
— Mogłeś ponowić propozycję, zadzwonić, napisać smsa przed pogrzebem. Cokolwiek, co sprawiłoby, że czułabym twoje wsparcie. Tak zachowują się ludzie wobec ludzi, na których im zależy!
Coraline niczego nie implikowała – zależało jej wyłącznie na podkreśleniu tego, jak niewiele w praktyce oczekiwała. Nie chciała przekraczania wytyczonych granic czy działania wbrew ustaleniom – tylko
odrobiny zainteresowania jej samopoczuciem. Śmierć ojca, nawet – a może:
zwłaszcza – takiego była sytuacją wyjątkową, która wymaga wyjątkowych środków.
Wzdrygnęła się, gdy pięść Johna uderzyła w blat. Jego twarz była już w pełni czerwona, jej zaś straciła cały swój kolor. Jej wzrok zatrzymał się w miejscu, w które Johnny wymierzył swój cios –
blisko niej. Valentine nie bała się o siebie – myśl o tym, że Hargrove mógłby posunąć się do rękoczynów, nawet w momencie ogromnego wzburzenia wydawała się abstrakcyjna. Obawiała się jednak, że tak gwałtowne działania mogą w konsekwencji doprowadzić do urazu.
— Nie wymagam od ciebie niemożliwego, John — zaczęła spokojniej, choć w jej tonie dało się usłyszeć zachwianie
— Jesteś sfrustrowany, bo gdy ten jeden raz nie zapewniłam ci jasnych instrukcji, po prostu się pogubiłeś. Nie wiedziałeś, co powinieneś zrobić, więc nie zrobiłeś nic. A nie wiedziałeś, co zrobić, bo mnie nie znasz — ostatnie zdanie wymamrotała pod nosem, jakby liczyła, że nie dotrze ono do uszu Johna – jakby w połowie uzmysłowiła sobie, że źle dobrała słowa. Zakryła twarz dłońmi, wzdychając z poirytowania. Opuściła ręce, by spojrzeć na Hargrove’a
— Nie to chciałam powiedzieć.
John L. Hargrove