Hiacynta, która z usposobienia była o wiele bardziej skora do zabaw i interakcji niż Ophelia, chętnie pozwoliła się układać, gnieść i kształtować pozy, czując się bezpieczniej w dłoniach Orpheusa. Może dlatego, że były większe niż Leo i kot instynktownie czuł się pewniej, a może dlatego, że Perella miał kiepskie krążenie i wiecznie zimne ręce w przeciwieństwie do mężczyzny udającego właśnie, że przymierza się do zdjęcia.
Perella stał sztywno tam gdzie padło, na środku salonu z garnkiem w posiniaczonych i odrapanych dłoniach, a chociaż nie odezwał się słowem ani na zaczepkę ani na groźbę kolejnego słabego tekstu na podryw, pierwszy raz patrzył na Grateau
inaczej. Nie oceniająco, nie z góry (metaforycznie, rzecz jasna, przy swoim wzroście mógł co najwyżej popatrzeć sobie z góry na jego kolana), bez ironicznego grymasu na ustach i chłodnego, zbywającego półuśmiechu. Patrzył z głęboką troską, ewidentnym zakłopotaniem, co naprawdę nie zdarzało mu się często, a gardło zacisnęło mu się realnie i mocno. Na tyle, by darował sobie próbę zabrania głosu, bo widok Orpheusa w fotelu, z kotem na kolanach i wciąż tak samo irracjonalnie szczęśliwego pomimo koszmarnych ostatnich godzin po prostu kurewsko kruszył go od środka.
A potem, pomimo przedwczesnego założenia, że jest w tym mieszkaniu persona non grata, Orpheus zaproponował, lub może raczej, zaszantażował go wspólnym obiadem i Perella skapitulował. Milcząco, bezdyskusyjnie, bez charakterystycznego, nieodzownego wymuszeniom umarszczenia nosa, od tak przyjął propozycję jakby robili to codziennie.
Marzył przecież o tym, o namiastce odrobiny bliskości, o towarzystwie przy kolacji i wszystkich tych romantycznych głupotach o jakich czytał w słabych romansach, które pochłaniał wieczorami popijając wino na kanapie.
一 Lubię 一 przemruknął wreszcie, na razie słabo odnajdując się w konwencji rozmowy, w której nie dołączał jak ozdobnej wstążeczki złośliwych podsumowań i cierpkich opinii. 一 Naprawdę, herbata jest zupełnie w porządku. Mógłbym...?
Brodą wskazał w stronę kuchni sugerując, że sam upora się z rozdysponowaniem porcji. Nie zamierzał pozwolić, by Orpheus wcisnął się do kuchni ze swoją żarliwą chęcią niesienia pomocy, bo po pierwsze, w obecnej sytuacji byłoby to wyjątkowo niepraktyczne, a po drugie i przede wszystkim, Perella potrzebował paru minut na ochłonięcie i wolał być wówczas sam.
Donośne miauknięcie Hiacynty sugerowało, że kotka nie jest zadowolona utratą zainteresowania jej puchatym jestestwem, a już tym bardziej nie zamierzała pozwolić, by byle obiad zgonił ją z tak wygodnych kolan. Widowiskowo przeciągnęła się gnąc grzbiet niczym wyuczona akrobatka, zaprezentowała kolejno przednie łapki, łebkiem strzeliła Orpheusa w szczękę i dopiero po którymś okrążeniu ułożyła się spokojnie na boku, z ogonem puszystym a'la boa z piór, wachlującym w powietrzu jak wskaźnik metronomu.
Tymczasem Leo znalazł w szafce talerze (bardzo ładne zresztą, w innych okolicznościach na pewno by pozazdrościł) i nieco na autopilocie porozkładał porcje mierząc na oko. Na rancie naczynia przeznaczonego dla Grateau znalazła się nawet finezyjna łezka z sosu, bo widocznie nawet największa tragedia nie potrafiła przygasić w nim wewnętrznego poczucia estetyki.
一 Chciałem dodać świeżą bazylię, ale zamordowałem ją na balkonie 一 zaanonsował obiad, a chociaż w innej sytuacji oba talerze wniósłby na przedramieniu jednej ręki jak kelner (którym wprawdzie niegdyś był w czasie studiów), tym razem nie ufał sobie pod tym względem za grosz i przyniósł je osobno; za bardzo trzęsły mu się dłonie. 一 Zabrać ją? 一 zapytał, mając na myśli kota rezydującego na kolanach mężczyzny. Ich skromny obiad, na który składała się herbata i jedno z najprostszych włoskich dań rozgościł się na etażerce, z której uprzednio Perella przeniósł dwie odpoczywające sobie w spokoju książki. Znalazł im tymczasowe miejsce na komodzie.
Sam nie był głodny i wątpił by to się zmieniło do następnego dnia, dlatego wcisnąwszy się w kant kanapy przez parę minut bezcelowo przesuwał ziemniaczane kluski koniuszkiem widelca po talerzu. Zbyt wiele rzeczy przetaczało mu się teraz przez głowę by był zdolny skupić się na jedzeniu, od wypadku począwszy, poprzez bolesną przebitkę z przeszłości aż do spraw bieżących, za które nijak nie wiedział jak się zabrać.
Zwilżył suche, spierzchnięte wargi koniuszkiem języka, cienko westchnął i opuścił widelec w jednoznacznym geście. Przez moment patrzył tylko na swoje palce zaciśnięte na krawędzi talerza i nagle o czymś sobie przypomniał.
Odłożył swój nietknięty obiad na niski stoliczek, wstał, oklepał się po kieszeniach spodni i z jednej wyciągnął słoiczek pozbawiony etykiety, za to w połowie wypełniony czymś lekko żółtawym i gęstym.
一 Zapomniałem zupełnie. Przyniosłem ci maść na stłuczenia, powinno pomóc z siniakami i trochę ulżyć, robiłem ją w zeszłym tygodniu więc jest całkiem świeża. Z arniki i żywokostu, ale pachnie sosną. I trochę woskiem pszczelim, dodaję do wszystkiego, jest... 一 nie dokończył, bo zdał sobie sprawę, że tym razem to on wpadł w słowotok, za jaki nieustannie rugał Orpheusa. Z dużą dozą prawdopodobieństwa był to najdłuższy pozbawiony kpiny zwrot jakim Leo odezwał się do Grateau od początku ich znajomości.
I niewykluczone również, że Perella zaliczył tego dnia jakiś uraz niewidoczny dla oka, coś, co wydarzyło się cicho i w ciągu ostatnich paru godzin, bo ledwie skończył obracać nerwowo słoiczek w dłoniach, a padło kolejne, zdawać by się mogło, nierealne wręcz oświadczenie z jego strony:
一 Nałożę ci, tylko powiedz mi gdzie.
Nie żartował i nawet nie miał gorączki. Może tylko oczy miał trochę bardziej podciągnięte zdradliwą czerwienią niż zwykle, a wzrok nieco nieobecny, bo Perella stale próbował przeprocesować wszystkie wydarzenia minionego dnia i wyciągnąć z nich jakieś owocne wnioski.
Wizyta Teddy pomogła mu co prawda stanąć na nogi, odrobinę się uziemić i chwała jej za to, mimo to wciąż nie potrafił uporać się z widokiem Charliego Orpheusa na moment po uderzeniu auta.
Hiacynta rozdrażniona tymi ciągłymi roszadami, to talerz to znów czyjeś ręce, w pewnym momencie ziewnęła głęboko, pacnęła Grateau końcem ogona w twarz i z wdziękiem salonowej divy podreptała szukać sobie miejsca zapewne w jego sypialni.
一 Jeśli nie chcesz to w porządku, ale gdybyś jednak chciał, to ja też mógłbym chcieć 一 dodał w ramach bardzo zawoalowanego sprostowania, palcami wciąż obracając słoiczek z maścią. Wierzył, że może jeżeli poczułby się użyteczny w jakikolwiek sposób, jeśli tylko znalazłby dla siebie praktyczne zastosowanie, w jakimś stopniu zrekompensowałby mu te miesiące niesprawiedliwości. Bo czym innym było postawienie granic w obliczu podejrzenia młodocianego zauroczenia o być może niestałej naturze, a czym innym łajanie go za przewinienia, które często Perella sam sobie ubzdurał.
orpheus grateau