Alba czuła przy sobie jego obecność, choć nie patrzyła na niego ani razu, idąc przez restaurację. Trzymała głowę uniesioną, krok miała równy i spokojny, a twarz wciąż wyrażała ten sam chłodny, uprzejmy dystans, który musiała zachowywać w takich sytuacjach, gdy wszyscy patrzyli. Wiedziała jednak, że on szedł tuż za nią, o pół kroku, z tą samą czujnością, jaką miał zawsze, choć nie chodziło o żadne realne zagrożenie (przynajmniej na razie). Maurice był jak cień - nie nachalny, nie wchodzący w jej przestrzeń, ale nieustannie obecny. Nie musiała go widzieć, by czuć, jak jego spojrzenie omiata wnętrze restauracji, portiernię i ciemniejące za oknami ulice. -
Wiem, że jesteś jednym z jego najlepszych ludzi… - zerknęła na niego nieco wymownie, celowo nie określając go najlepszym, ale
jednym z najlepszych, chociaż oczywistym było, że Dante widział w nim znacznie więcej i znacznie bardziej cenił sobie jego obecność, o czym nawet ona doskonale wiedziała -
…ale nie uważam, by był mi tu potrzebny najlepszy strzelec - pokręciła głową, obserwując pracownika, który poszukiwał jej marynarki. W międzyczasie jednak ponownie skierowała spojrzenie na Santane i westchnęła cicho. -
Nie rozglądaj się tak zawzięcie po lokalu, bo to wzbudza podejrzenia. Tu jest masa ludzi, przecież nikt nie zacznie… tutaj strzelać - mruknęła cicho dwa ostatnie słowa tak, by tylko on mógł ją usłyszeć. Co prawda nie była absolutnie pewna w tej kwestii, ale wolała póki co zachować zdrowy rozsądek i nie panikować na zapas. Mimo, że kolejny atak na jej męża nie był z pewnością przypadkiem, a jeżeli stanowił całość bardziej zorganizowanej akcji - a najpewniej tak było, skoro zaatakowano tak ważne dla niego i jego ludzi miejsce - to niestety mężczyźni mogli mieć rację co do realności zagrożenia. Zagrożenia, które mogło dosięgnąć również i ją. Ostatecznie uniosła ręce w geście obronnym, gdy nie chciał tutaj rozwinąć tematu ataku - w jakimś stopniu pewnie miał racje, chociaż ona i tak starała się być w tym wszystkim - i z tym wszystkim - wystarczająco dyskretna. Znała zasady. -
Doug ma mnie tylko przywieźć na miejsce, a potem odwieźć do domu - to wystarczające. Nie oczekuje, że będzie mnie ochraniał - odparła stanowczo, buntując się co do pomysłu, że potrzebowała ochrony - doskonale zdawała sobie sprawę z czym by się to wiązało: z całkowitym ograniczeniem jej i tak już mizernego poczucia swobody. A na to nie mogła sobie pozwolić z wielu powodów. Nie chciała jednak też wzbudzić niezadowolenia Dante, a skoro przysłał po nią Moe, to faktycznie musiał mieć ku temu powód i realne obawy - a jeśli by z nim nie pojechała, to pewnie nie kryłby swojej złości. -
Od Ciebie też tego nie oczekuje, potrafię o siebie zadbać - stwierdziła pewnie, nawet jeżeli Santana myślał inaczej. I nawet jeżeli dla niego samego mogło to brzmieć zabawnie, bo z pewnością nie miała jego umiejętności i siły, ale miała inne atuty, które pozwalały jej przetrwać. Westchnęła ciężko i sama rozejrzała się po wnętrzu lokalu, zastanawiając się co zrobić, ale czuła już, że właściwie nie miała żadnego wyboru. Poza tym Maurice miał racje, musiała skontaktować się z Dante, a swojego dotychczasowego telefonu na pewno już by nie odebrał, bo ten został wyłączony, jak zwykle w takich przypadkach. -
Dobra, pojadę z Tobą, muszę porozmawiać z Dante. Ale daj znać Doug’owi, że z Tobą wracam, chociaż… może jeszcze niech tam chwile zostanie, w razie jakby ktoś faktycznie obserwował parking i czekał, aż tam wyjdę - zastanowiła się na głos, poniekąd przejmując już ten pełen gotowości stan, w który zawsze wpędzały ją złe wybory męża. Początkowy sprzeciw nie mógł przecież trwać wiecznie, a sama wolała zadbać o swoje bezpieczeństwo.
Gdy pracownik podał jej marynarkę, podziękowała grzecznie, założyła ją na siebie, a następnie już przerzuciła torebkę przez ramie. Ruszyła zaraz za nim, pozwalając mu iść przodem, bo domyślała się, że i tak nie pozwoliłby im na zamianę miejsc - z jednej strony całkiem intrygującym wydawało się obserwowanie go w
pracy. To jak czujny się stawał, ostrożny, perfekcyjny w każdym geście i przygotowany na wszystko. Gdy Santana taranował im drogę do drzwi wśród dość licznie zebranych w przejściu gości, przeciskała się tuż za nim, aż dotarli do drzwi. Tam poczekała na niego, pozwalając mu obejrzeć teren na zewnątrz, a gdy do niej wrócił, dopiero wtedy wyszła z lokalu wraz z nim. Te zasady również znała - nawet zbyt dobrze. A im dłużej obserwowała zachowanie Maurice’a, tym poważniej traktowała całą sytuację, a jego kolejne słowa tylko utwierdzały ją w realności tego wszystkiego, tym bardziej, gdy usłyszała, że strzelanina niestety niosła ze sobą ofiary - i to nawet takie niewinne. -
Złamali zasady, więc… mogą złamać też kolejne - stwierdziła cicho i sama kontrolnie rozejrzała się po okolicy, dotrzymując mu kroku na chodniku. Oddech jej przyspieszył dopiero w momencie, gdy wspomniał o rannym mężczyźnie, a ona musiała zdusić w sobie uczucia, które próbowały przejąć kontrolę. -
Rozmawiałam z Gordo jeszcze dzisiaj rano, raczył mnie swoim kiepskim poczuciem humoru - mruknęła z wyraźną rezygnacją w głosie, chociaż w jej słowach zamajaczyło ciche, rozbawione parsknięcie. Niemal ujrzała roześmianą twarz faceta, który mimo wszystko zawsze był dla niej miły - a jego uśmiech sprawiał, że stawał się przystępny, jak mało który z ludzi Boucher’a. To było dobre wspomnienie, celowy żart odnośnie człowieka, który naprawdę był lubiany wśród swoich i na pewno życzyłby sobie, by właśnie tak o nim mówiono. -
Jeżeli czegoś się o nim dowiesz, daj mi znać - poprosiła, spoglądając na Moe. Poruszyło ją również wspomnienie o niewinnej kelnerce, która otrzymała rykoszetem, ale jednocześnie doceniła fakt, że Santana tak jej tam nie zostawił. Być może dlatego przyglądała mu się odrobinę dłużej niż powinna i może dlatego nie zdołała nawet zebrać w głowie odpowiednich słów, by mu odpowiedzieć, a potem już nie dał jej na to szansy - z zaskoczeniem przyjęła bowiem to, że złapał ją za rękę i pociągnął za sobą przez ulicę w kierunku czarnego suva. Nie zdołała nawet w żaden sposób zareagować, jedynie starała się dotrzymać mu kroku, co w szpilkach wcale nie było takie proste, a gdy już ją puścił i otworzył jej drzwi, sprawnie wcisnęła się na fotel pasażera. Gdy wypadli z piskiem opon na jezdnię Alba sprawnie wyjęła ze swojej torebki chusteczkę, a skoro on był zajęty i skupiony na jezdni, usiadła ostrożnie bokiem i spojrzała na niego. -
Mogę? - spytała, ale nim w ostateczności zdołała jej odpowiedzieć, to po prostu starła krwistoczerwony ślad z jego policzka, nie był on szczególnie duży, ale wolała, aby nie siedział obok umazany krwią tamtej dziewczyny. To jeszcze brutalniej przypominało jej o tym, co tam zaszło. By nie rozdrabniać się zbyt długo nad tym wszystkim, opadła ponownie na fotel i wrzuciła chusteczkę do uchwytu na drzwiach. W pierwszej kolejności wyjęła też z torebki swój telefon i całkowicie go wyłączyła, a dopiero potem otworzyła schowek zgodnie z instrukcjami, które dyktował jej Moe. -
Pisanie w tych warunkach będzie raczej utrudnione - skwitowała z odrobiną sarkazmu, tuż po tym jak pokaźny suv z piskiem opon wpadł w zakręt, bo Santana najwyraźniej bardzo się spieszył -
Ale nie musisz nas od razu pozabijać, okej? - mruknęła jeszcze, wyciągając telefon z klapką. Zrodził się w niej cień zawahania, bo domyślała się, że Dante będzie wściekły, że nie odbierała od niego, gdy tyle razy dzwonił - ale z drugiej strony był przecież zajęty uciekaniem, więc… wcisnęła jedynkę i przytrzymała ją, by następnie przyłożyć telefon do ucha. Po zaledwie jednym sygnale usłyszała zdenerwowany głos męża, który już zwracał się w stronę Maurice’a, uważając, że to najpewniej on do niego dzwoni, a pierwsze pytanie padło oczywiście o nią - o to, czy zabrał ją z restauracji. -
To ja, Dante - powiedziała w końcu -
I tak, jedziemy właśnie do domu, jesteśmy w drodze - dodała i w końcu przymknęła oczy, gdy do jej ucha dotarła nieprzyjemna wiązanka ze strony mężczyzny, który zirytował się dokładnie tym, o czym myślała chwile wcześniej. Musiała więc wysłuchać pouczenia o tym, że ma zawsze mieć włączony ten pieprzony telefon. Westchnęła i potarła czoło, kiwając głową, chociaż on nie mógł tego widzieć. -
To był przypadek, wyłączyłam głos razem z wibracją - wyjaśniła krótko, ale wiedziała, że to proste tłumaczenie i tak zbytnio do niego nie dotrze. Mówiła cicho, ale przecież nie mogła całkowicie uciec z tą rozmową przed siedzącym obok mężczyzną, który najpewniej wszystko teraz słyszał. -
Zostanę w domu, ale jak długo to ma trwać? Co się dzieje? Czy coś mi grozi? Albo mojemu rodzeństwu? - przeraziła się nagle, przypominając sobie o dwójce młodszego rodzeństwa, które również znajdowało się tutaj, ale również mogło stanowić oczywisty cel dla osób, które chciały ich skrzywdzić. -
Dante, to dla mnie ważne - mruknęła, wcinając mu się w słowo. Skapitulowała, gdy zapewnił, że wysłał kogoś do jej rodziny, więc westchnęła tylko. -
Jedziesz tam gdzie zawsze? - spytała, oczywiście nie podając konkretnych danych, sama też nie znała dokładnej lokalizacji, ale kiedyś poniekąd wymusiła na mężu podanie jej więcej szczegółów dotyczących miejsca, w które znika, gdy coś mu zagraża. Jakkolwiek paradoksalnie by to nadal nie brzmiało, bo przecież powinni znikać w takim wypadku oboje, ale on nadal ratował tylko własny tyłek. Wiedziała też, że przez telefon nie powie jej nic więcej. -
Tak, już Ci go… halo, Dante? Dante? - powtórzyła, ale połączenie zostało zerwane, więc przeklęła pod nosem i zamknęła jednym ruchem klapkę.
-
Zerwało połączenie, zdążył tylko powiedzieć żebym dała Ci telefon, a potem, że musi kończyć i koniec… - zacisnęła palce na telefonie, spoglądając w lusterko po swojej stronie -
To poważniejsza sytuacja niż się wydaje, prawda? A co właściwie chcesz zapisać? - dopytała jeszcze, wpatrując się chwilowo w równie duży samochód, który niemal siedział im „na ogonie”. Nim zdołała cokolwiek dodać, jej uwagę przykuła osoba, która wychyliła się przez okno po stronie pasażera, potem już tylko dostrzegła coś ciemnego i dużego w jego dłoniach. -
Moe… - zaczęła, przełykając ślinę -
Moe, on ma broń! - uniosła głos i w momencie, w którym rozległ się strzał zdołała jedynie się schylić, by osłonić ciało i przede wszystkim głowę. Nie chciała, by coś stało się jej towarzyszowi, ale pewno było jedno -
to ona była celem.
Maurice Santana