Dolna warga Maude delikatnie drgnęła w reakcji na słowa Rutherforda. Lekkość, z jaką je wymówił, była nieznośna – nieznośnie naturalna i swobodna, jakby to pragnienie stanowiło oczywistą konsekwencję ich spotkania. Nie śmiała oponować i chociaż nie chciała pozostawić jego wyznania bez odpowiedzi, nie potrafiła wydobyć z siebie choćby najcichszego dźwięku. Żadna myśl przebiegająca przez jej umysł nawet w połowie nie dorównywała wypowiedzi Jamesa. Sama nie do końca ją rozumiała –
wnosił odważną prośbę, czy odsłaniał zapowiedź?
Na wypadek pierwszej opcji, Murphy uniosła kąciki ust w subtelnym uśmiechu. Wystarczająco wyraźnym, żeby zapatrzony w jej oblicze mężczyzna mógł go zauważyć, jednocześnie ów gest był niewystarczająco mocny, żeby uwydatnić charakterystyczne linie uśmiechu. Po chwili wargi powróciły do najnaturalniejszej pozycji, na powrót przygotowując twarz na działania Jamesa. Ściągnęła łopatki, zamieniając górną partię ciała w nieruchome płótno.
Nie spuszczała wzroku z jego twarzy, w głowie wciąż słysząc echa jego głosu. Jeżeli wcześniej wydawało jej się, iż oczekiwanie na punkt kulminacyjny jest trudne do zniesienia, nowo nabyta świadomość jego myśli wyłącznie spotęgowała to wrażenie. Nie brakowało jej cierpliwości, lecz podstępne szepty własnej podświadomości znalazły ją szybciej, niż stworzony przez malarza odcień. Podpowiadały jej, że deklaracja Jamesa była wynikiem chwilowego uniesienia – fali, na której obydwoje się znaleźli, a która może wciągnąć ich na mętne dno.
Poszukiwała w jego mimice oznak zawahania, jakiegokolwiek symptomu podobnych obaw. Jamie jednak wydawał się całkowicie zatopiony w koncentracji, gdy wysunął dłoń w jej kierunku. Palce delikatnie przylgnęły do skóry Maude, lazurem zamalowując prześwitującą niepewność. Wbrew wcześniejszym założeniom, blondynka automatycznie zamknęła oczy – nie po to, by podarować artyście większą swobodę. Zrobiła to dla siebie i własnych doznań. Ten rytuał zasługiwał na najwyższą intymność. Na wyłączenie jednego zmysłu, by włączyć inny – na co dzień ukryty, u niektórych w ogóle nieobecny. Murphy chciała dać się zaskakiwać każdym kolejnym dotykiem i delektować się słodką niewiedzą następnego kroku.
Maude balansowała. Stała na granicy między harmonią a nerwowym obłędem. Między rzeczywistością a alternatywnym światem, do którego wpuścić mógł ją wyłącznie Rutherford ze swoimi artystycznymi wizjami i marzycielskim usposobieniem. Wilgoć farby na jej ciele kontrastowała z suchością w ustach, nieprzyjemnie dokuczającą dopiero teraz, gdy kobieta zupełnie oddała się odczuwaniu.
Czuła dłoń Jamesa nie tylko na powierzchni ciała, ale również
głębiej. Opuszki jego palców przebijały się przez jej skórę niczym igły, na stałe pozostawiając po sobie tatuaż niewidoczny dla ludzkiego oka. Rozlewał się po jej wnętrzu, barwiąc je na swój kolor tak jak kropla farby wpuszczona do szklanki wody. Powoli, fragment po fragmencie zajmował całą dostępna powierzchnię, zapuszczając się nawet w najodleglejsze i najtrudniej dostępne zakamarki. Zagarnął ją całą, jakby na pamięć znał jej duszę. A przecież to pierwszy raz, gdy wpuściła go do środka. A on w pełni wykorzystał tę szansę, pokrywając ją równomiernie powłoką, przez którą nie zdoła się przebić nic, co nie wiązało się z nim. Nie było już miejsca na dzielące ich różnice. Na wątpliwości.
Na Charlesa.
Murphy uniosła powieki, gdy dłoń Rutherforda oderwała się od jej skóry i przez moment dłuższy niż wcześniej nie musnęła żadnej z części jej ciała. W poświacie artystycznej ekstazy James wyglądał
inaczej. Wydawał się symultanicznie bardziej ożywiony i spokojniejszy. Cały proces trwał krótko, chociaż Maude mogłaby przysiąc, że spędziła małą wieczność na wstrzymywaniu oddechu za każdym razem, gdy nowa porcja intensywnej farby stykała się z jej naskórkiem. Podczas interwału pomiędzy przejęciem pałeczki przez mężczyznę, a zakończeniem budowy duchowego pomostu niebo zmieniło swój odcień na granat przyozdobiony tysiącami migających gwiazd i dziurawym księżycem. Ciepłe światło mnóstwa małych światełek rozwieszonych nad głowami zebranych grało teraz pierwsze skrzypce, oświetlając miękko ich lica.
Przyglądała się swojemu dziełu, delektując się nadrealnym spełnieniem, nieporównywalnym do niczego, czego kiedykolwiek wcześniej doświadczyła. Rutherford przeciął błogą ciszę kolejnym zaskakującym, aczkolwiek nieprzyzwoicie zachwycającym, wyznaniem. Mówił szczerze, a jego myśli wypowiedziane na głos wnikały do jej głowy, do końca odrywając ją od ziemi. Murphy już dawno straciła racjonalny kontakt z rzeczywistością, jednak słowa Jamesa zdawały się wciągać ją na samą egzosferę. Znalazłszy się w przedsionku ich prywatnej przestrzeni kosmicznej, wspomnienia grawitacji wydawały się odległe, chociaż jeszcze do niedawna nie znała niczego poza nią. Przeczytał jej myśli, zanim sama zdołała ułożyć je w logiczną całość i nazwać.
Złapała go za rękę – szybko i zdecydowanie jakby przerażona wizją pękającej bańki. Nie chciała, żeby choćby podejrzewał u niej zawahania – żeby sądził, że to znaczyło dla niej mniej niż dla niego. Dotknąwszy męskiej dłoni, odcisnęła na swej własnej jeszcze niezaschniętą farbę, jakby potwierdzała jego słowa, zanim znajdzie w sobie spokój, aby mu odpowiedzieć.
— To ma sens — odparła prędko, jakby obawiała się, że choćby sekunda opóźnienia zepsuje to, co udało im się wspólnie stworzyć. Ton jej głosu pełen był fascynacji – nowym doświadczeniem, wspólnym doznaniem oraz samym Rutherfordem
— Dla mnie to też ma sens. Czułam to od twojego pierwszego pociągnięcia, dlatego zamknęłam oczy. Chciałam poczuć twój dotyk głębiej niż na skórze, James. Dotarłeś w miejsca, o których istnieniu nie wiedziałam. Nie wiem już, gdzie kończę się ja, a gdzie zaczynasz się ty.
Ostatnie zdanie wymówiła ciszej, jakby przekazywała mu najintymniejszy sekret. Nieczęsto zdobywała się na podobne wyznania, nie dlatego, że sprawiało jej to trudność. Wszyscy wokół oczekiwali przejrzystości i dokładności prostych słów. Ale to, co
między nimi z nich powstało, było niemożliwe do opisania. Jamie znajdował się na dobrym tropie, a Maude postanowiła kroczyć tuż za nim, odbijając jego słowa, bo przecież doświadczali tego samego.
— Czy możemy przenieść się gdzieś, gdzie będziemy tylko we dwoje? — zaproponowała, przelotnie spoglądając na najbliższą, umazaną kolorami dwójkę. Spojrzenie błyszczące nową wolnością i ekscytacją na powrót osiadło na twarzy malarza.
Inni ludzie jej nie przeszkadzali. Potrafiła skupić się tylko na Jamesie i na świeżo zawiązanej więzi. A jednak pragnęła osobności – ciszy, którą przecinać będą tylko nerwowe oddechy i coraz śmielsze wypowiedzi. Jeśli Rutherford był jej świątynią, pragnęła oddawać cześć bez obcych spojrzeń. Bez niepowołanych uszu, wyłapujących najwrażliwsze słowa.
────────── ( ✹ ) ──────────
Ponownie rozpuszczone, przygniecione materiałem pospiesznie narzuconej na ciało bluzki, jasne włosy łaskotały skórę pleców Maude, gdy ta usiłowała znaleźć wygodną pozycję na dość twardej ziemi. Zgięte kolana oplotła ramionami, spoglądając ku górze. Odgłosy artystycznego gniazda w większości nie docierały do strefy, w której się znaleźli. Pojedyncze dźwięki zgranej społeczności wyłącznie podkreślały świeżo zdobytą prywatność. Blondynka obserwowała półprzezroczysty obłok powoli sunący po niebie w kierunku satelity. Gdy chmura przykryła Księżyc, tłumiąc jego światło, odwróciła głowę w stronę Jamesa z uśmiechem błąkającym się w kącikach ust. Lustrowała jego oblicze, jakby pragnęła zapisać w pamięci widok zdobiących je barwnych kresek.
— Mogę mieć do ciebie prośbę? — zaczęła, opierając policzek na wnętrzu dłoni.
Pauza. Odczuwalna dla obu stron chwila milczącego przyglądania się fasadzie drugiego końca duchowego mostu, którą Murphy wykorzystała na rozwianie wewnętrznego dylematu:
czy ma prawo tego się domagać? — Nigdy nie powtarzaj tego z nikim innym.
Chociaż zabrakło wyrazu
proszę, jej słowom bliżej było do błagania. Nieco desperackiego, wynikającego z czystego egoizmu i pragnienia zatrzymania
Jamesa tego wszystkiego tylko dla siebie.
James A. Rutherford