❝ Dosłownie wyglądasz, jakbyś wyszła z jednego z obrazów, które marzę namalować ❞
Spod warstwy lekkiego makijażu wyłonił się rumieniec – blady, aczkolwiek wciąż zauważalny dla uważnego oka. Blondynka zawstydzona wyznaniem towarzysza, ale również własną reakcją, spuściła głowę. Wbiła wzrok w czubki skórzanych balerinek, podejmując próbę powstrzymania delikatnego uśmiechu przed wkradnięciem się na jej twarz. Starania Maude poszły na marne – uśmiechała się jak nastolatka podczas pierwszej interakcji z obiektem westchnień. Poniekąd właśnie tak się czuła – bezbronna wobec niezaprzeczalnemu urokowi Jamesa, symultanicznie łaknąca jego uwagi.
Słyszała w życiu mnóstwo komplementów – od tych najbardziej pospolitych po te wyszukane, lecz żaden z nich nie dorównywał słowom młodego artysty. Nawet jeśli powiedział to, by upewnić się, że wybrany obraz wróci z nią do domu – Murphy nie zamierzała zaprzątać sobie tym umysłu. Pozwoliła, aby czar trwał, choćby miał prysnąć w następnej sekundzie.
― Jeśli z niego wyszłam, powinieneś zrobić wszystko, żebym wróciła na miejsce ― odparła, odzyskując rezon. Na powrót uniosła głowę, niejako dumna z wypowiedzianej odpowiedzi. Zawoalowana prowokacja, jeśli zostałaby właściwie odczytana, swoim rezultatem zadowoliłaby Maude, uwielbiającą bycie w centrum uwagi.
W centrum
nie byle czyjejś uwagi. Rutherford z kolei zdawał się idealnym kandydatem do połechtania ego blondwłosej. Znajomy, acz świeży przez wzgląd na długi okres rozłąki, utalentowany i wrażliwy. Prezentowany przezeń zestaw cech pociągał Maude – było w nim coś czystego, chociaż artystyczne środowisko nie brzydziło się grzechem. Wpatrywała się w jego błękitne oczy – pięknie lśniące, odcieniem kojarzące się z niebem. Z niebem, którego chciałaby dostąpić.
Skanowała jego oblicze, to, w jaki sposób poruszały się jego wargi, gdy odpowiadał na jej prośbę o pomoc. I ten uśmiech – rozbrajająco chłopięcy, chociaż cała reszta jego ciała, w opinii kobiety, była pozbawiona typowo młodzieńczych pierwiastków.
Ten uśmiech przyciągał Maude – przenosił ją w czasie do dni, w których czuła się wolna. Do beztroskich dziecięcych wybryków i do tego, co mieli.
Murphy dała się prowadzić, wyraźnie ustatysfakcjonowana postawą Jamesa. Malarze bywali różni, a o tym zdołała się już przekonać na własnej skórze wiele razy. Część z nich zachowywała się niezwykle kapryśnie, co wcale nie zrażało Maude – przeciwnie; lubiła tę niepewność, zgadywanie humorów. Rutherford był inny – skromny i wdzięczny. Te wspaniałe cnoty mogą pociągnąć go na dno.
Ale te wspaniałe cnoty mogą też zaprowadzić go na szczyt.
― Dobrze wiesz, że chcę czegoś więcej ― nie chciała brzmieć niegrzecznie, a jednak wyrzuciła z siebie te słowa, jakby oburzył ją fakt, iż James wziął pod uwagę możliwość, w której mogłaby zadowolić się pracą, która będzie
tak zwyczajnie miła dla oka.
Maude nie obraża się o drobnostki, a jednak najlżejsza sugestia płytkości potrafi wywołać w niej nieprzyjemne emocje. Emocje, których za wszelką cenę nie mogła uzewnętrznić – tak nie wypadało. Nie kobiecie takiej, jak ona.
A jaką jest kobietą? Pozornie pewną siebie, znającą swoją wartość i pełną wdzięku. Rzeczywistość znacząco różniła się od roli, którą każdego dnia – od świtu do zmierzchu – Murphy odgrywała na deskach egzystencjalnego teatru.
Maude poprawiła maskę, która na krótką chwilę przekrzywiła się, odsłaniając fragment tego, co tak sumiennie starała się ukryć przed publicznością –
prawdę. Zachichotała, by odwrócić koncentrację od tej drobnej słabości. Liczyła, iż mężczyzna nabierze się na tę sztuczkę, a wrażenie o jej niezadowoleniu się rozproszy.
❝ Jeżeli nie, to muszę wiedzieć coś więcej... o t o b i e ❞
― Musisz wiedzieć o mnie więcej? ― uniosła brew, choć doskonale rozumiała, co miał na myśli. Nie umiała jednak odpuścić sobie wprawienia go w lekkie zakłopotanie.
Odpowiadał jej taki podział funkcji, choć był nowy. Nietypowe położenie bynajmniej jej nie ciążyło – czuła się w nim zaskakująco dobrze. James wypadał na bardziej uległego, ona zaś w tym układzie narzucała tempo. Wydawało jej się, że to właśnie ona ustala reguły. A jednak skanowała jego twarz i gesty w poszukiwaniu wskazówek, jakby samodzielne podejmowanie decyzji ją przerastało.
― Nie sądzisz, że to byłoby za proste? ― rzuciła, posyłając mu nieco zadziorny uśmiech
― Gdybym teraz opowiedziała o sobie w i ę c e j, zabiłabym w ten sposób całą zabawę. Poza tym istnieje wysokie prawdopodobieństwo tego, że podzieliłabym się z tobą wyłącznie wygodnymi faktami. A chyba nie o to w tym chodzi, prawda, James? Proponuję, aby wybór odpowiedniego obrazu miał formę ― urwała – dla efektu i dla zyskania czasu na odszukanie pasującego słowa.
Gry? Rozrywki? Eksperymentu? ― procesu.
Dominowała?
Blefowała?
Spoglądała na Rutherforda z nieskrywanym wyczekiwaniem. Wysunięta sugestia bynajmniej nie kwalifikowała się do tych z gatunku
do odrzucenia. W myślach, ale także sarnimi oczyma, namawiała mężczyznę do poddania się jej idei. Kierowała nią egoistyczna żądza zajmowania pierwszego planu. James od pierwszych momentów spotkania właśnie to oferował, rozbudzając uśpione potrzeby. Było jeszcze coś –
wstyd. Wstydziła się, gdyż nie wiedziała, co mogłaby o sobie wyjawić. Blondyn wydawał się barwny, wewnętrznie równie piękny, co jego dzieła. Musiał być
jakiś, aby malować takie obrazy. Maude z kolei wypadała przy nim blado, jakby dorosłość w jej kręgach była równoznaczna z utratą swojej tożsamości. Jakby społeczeństwo, do którego należy, zamalowało wszystkie jej kolory monotonnym beżem.
James przecież znał jej odcienie.
Kiedyś.
Odwróciła spojrzenie, nagle skrępowana. Nie tego chciała, nie tak to miało się potoczyć. A jednak – wystarczyła sekunda, marne widmo porażki, by maska ponownie się osunęła. Niespełniona aktorka potrzebowała przerwy, by złapać oddech. By na płótno swojej osobowości nałożyć świeżą warstwę piaskowej farby.
Proces, na który zamierzała namówić malarza, w ostatniej fazie miał przynieść odwrotny efekt do tego, co pragnęła uzyskać teraz. Na finiszu James miał ją znać – zobaczyć wszystkie skrywane kolory i dopasować do nich malunek. Taki był zamysł, na który Murphy pochopnie wpadła, lecz jeszcze stojąc blisko znajomego, słyszała szeptane wątpliwości.
Maude nie jest na to gotowa. Ucieknie.
— Jaka to galeria? — nadstawiła uszu, decydując się na odrobinę ciekawości. Niezależnie od tego, jaką nazwę poda James, Maude miała swoje dojścia – a jeśli nie ona, to jej rodzice.
Partner.
Charles charakteryzował się zgoła innym podejściem do sztuki, chociaż jego rodzina od pokoleń była z nią ściśle związana. Lubił pieniądze i wiedział, w co i w kogo inwestować pieniądze oraz czas. Blondynka westchnęła. Chciała wiele mu powiedzieć, zasypać banałami. Zapewnić, że portfolio nie zostało zignorowane, że wkrótce nadejdzie odzew. Nie mogła tego jednak zrobić – nie w takiej konfiguracji. Nie w sytuacji, w której stała przed nim jako przedstawicielka wspomnianych przez samą siebie snobów.
— Niektóre galerie zapewniają miejsce swoim. Znajomym znajomych. Na szczęście są też takie, dla których liczy się jakość oferowanej sztuki — uśmiechnęła się lekko, tym razem nie bezpośrednio komplementując tego prace
— Warto próbować i nie tracić nadziei. Uważam, że wiele zależy od nastawienia. Jeśli nie wierzysz we własny sukces, nikt w niego nie uwierzy. Do tego dochodzi również szczęście, a jemu należy czasami dopomóc.
Nie zdobyła się na wypowiedzenie tego wprost. Nie chciała stawiać go w niekomfortowej sytuacji. Nie chciała, by kiedykolwiek sądził, że coś jej zawdzięcza. Że jest jej coś winien. Nie mogła też zapewnić go o swoich wpływach, ponieważ wiele – jeśli nie
wszystko – zależało od Charlesa i jego dobrej woli. W nią z kolei Maude powątpiewała – brunet miewał łaskawe odruchy, jednak w kwestii sztuki był powściągliwy i nieczęsto robił coś bezinteresownie.
— Z mojej strony to szczery komplement. Taki wygląd i głębokie zainteresowanie potencjalnym kupcem to prawdziwe zalety. Rzadkie, cenne — wzrok znów utkwiła w jego ustach wygiętych w rozbawionym uśmiechu. Odwzajemniła ten gest, kolejny już raz czując przyjemne ciepło rozlewające się po polikach
— Ale na inne kobiety, zwłaszcza te w wieku menopauzalnym, uważaj. Na ich mężów też. Jeden niewłaściwy ruch i kapryśna krezuska stanie się katem twojej kariery.
Ostrzeżenie Murphy było poważne, chociaż wypowiedziała je żartobliwym tonem. Romanse nie były rzadkością, a torontońskie kuguarzyce kochały mężczyzn takich, jak James – niedoświadczonych, wolnych duchem i mniej majętnych od nich.
Pożerały ich na śniadanie, by na odchodne zrujnować szanse na osiągnięcie marzeń.
— Wiesz — zaczęła, gdy mijali kolejny obraz
— byłam dzisiaj chyba we wszystkich galeriach w mieście. Obejrzałam dziesiątki prac. Prac, bo nie każda z nich jest dziełem. Widziałam znane nazwiska i intrygujące rozwiązania. Jednak dopiero tutaj trafiłam na to, czego nawet nie wiedziałam, że szukałam. I myślę, że nie jestem jedyna. Myślę, że twoje obrazy przemówią też do innych. Nie trać motywacji.
Krótki monolog miał dodać mężczyźnie skrzydeł – choćby na chwilę, choćby tylko w formie słodkiej iluzji. Blondynka raz zauważywszy jego radość, pragnęła zachować ten stan. Spojrzenie prześlizgiwało się co rusz z jego twarzy na dzieła. Niezależnie od tego, na co spoglądała w danym momencie, brązowe tęczówki chłonęły sztukę.
— Każda klientka może liczyć na podobne traktowanie? Na precyzyjny dobór obrazu z twoją pomocą? Czy to proceder stworzony na potrzeby mojej osoby? — flirt. Niezaprzeczalny, prawdopodobnie nieco przesadzony, ale Maude nie miała wprawy. Działała intuicyjnie, a intuicja z kolei podpowiadała jej wykonanie odważnego kroku. Kroku w kierunku podtrzymania męskiego zainteresowania nią – duchem z przeszłości.
Dobrej przeszłości.
James A. Rutherford