Postanowiła nie naciskać, choć w jej spojrzeniu pojawiła się ta dość charakterystyczna iskra - ciekawość, którą potrafiła doskonale maskować przed innymi, a która teraz objawiała się jedynie lekkim uniesieniem brwi i tym, jak długo pozwoliła sobie zatrzymać wzrok na jego twarzy. Zorientowała się, że uciął temat nie bez powodu; nie znała szczegółów, ale wiedziała już wystarczająco - pseudonimy rzadko biorą się znikąd, a skoro nie chciał mówić, oznaczało to jedno: było w tym coś, co albo nadal bolało albo było na tyle istotne, że nie wolno było w tym przy nim grzebać. Nie drążyła, choć mogłaby, bo lubiła sprawdzać granice - tak, jak przed chwilą sprawdzała go prowokującym spojrzeniem i dymem z papierosa. Tym razem jednak postanowiła uszanować jego milczenie, choć wcale nie zamierzała o tym zapomnieć; wprost przeciwnie - zapamiętała nie tylko sam pseudonim, ale i to, w jaki sposób zbył temat, zbyt gwałtownie i zbyt ostro, żeby mogła pozostać wobec niego zupełnie obojętna. Dlatego, choć nie podjęła tematu na głos przyjęła to z lekkim, niemal niezauważalnym skinieniem głowy, tak jakby zgadzała się, że niektóre rzeczy lepiej zostawić w spokoju. Podeszła bliżej, gdy zaczął wprowadzać samochód do garażu, a gdy papieros w jej dłoni rozjarzył się czerwonym żarem, uniosła go do ust i zaciągnęła się spokojnie, przeciągając chwilę ciszy, żeby nie dać mu zbyt szybko satysfakcji. -
A może jedno i drugie? - odezwała się w końcu, a kącik jej ust drgnął w czymś na kształt uśmiechu, ale równie dobrze mógł być to wyraz irytacji -
Nie licz na to, że będę… posłuszna. Co najwyżej mogę z Tobą współpracować po to, abyśmy zdołali przetrwać ten atak - oznajmiła i zrobiła krok w bok, mijając go i zatrzymując się przy szafce, na której leżały porozrzucane fanty, po czym niektóre obrzuciła luźnym spojrzeniem, a następnie skierowała je znowu na mężczyznę, który wciąż kręcił się wokół samochodu -
A co do wściekłości… - zmrużyła oczy, nie odrywając od niego spojrzenia -
…zdaje się, że masz w tym już całkiem niezłą wprawę. Nie zamierzam Ci tego odbierać - przewróciła lekko oczami, jakby sam temat zaczynał ją bawić bardziej niż powinien w tej chwili (i w całej tej sytuacji, w której na wadze leżało jej – ich – życie), a potem zaciągnęła się jeszcze raz, przyglądając się spokojnie rozżarzonemu końcowi papierosa.
Kiedy Maurice przeprosił ją - a właściwie skinieniem głowy poprosił o to, by się odsunęła od samochodu, o który się oparła, zlustrowała ostatni raz wzrokiem jego twarz, a następnie wycofała się odrobinę z garażu, pozwalając mu dokończyć pracę przy samochodzie. Owszem, bezczelność w jej spojrzeniu miała na celu go sprawdzić, chciała się upewnić jak daleko mogła się posunąć i jak bardzo mogła przesunąć pewne granice, oceniając przy tym jego zachowanie. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że wśród innych ludzi męża nie mogłaby sobie pozwolić na taką swobodę - na ten lekki, zaczepny ton, na śmielsze spojrzenie czy zwłaszcza te prowokacyjne teksty, którymi go raczyła. Tyle, że Moe być może nie zdawał sobie z tego sprawy, ale - nawet gdyby sprowokowała któregokolwiek z ludzi Dante, to oni nie odważyliby się podnieść na nią ręki. Ostatecznie była żoną ich szefa i tylko on - niestety również dla niej - mógł pozwolić sobie na więcej; żaden z nich nigdy nie odważyłby się jej tknąć bez jego oczywistego przyzwolenia, a takiego żaden z nich nigdy nie dostał. Dante nadal traktował ją jak swoją
własność i był wręcz chorobliwie zazdrosny, więc żaden z jego ludzi nie mógł nawet krzywo na nią spojrzeć. Z jednej strony ta
obsesja na jej punkcie zapewniała jej bezpieczeństwo tam, gdzie go potrzebowała - ale jednocześnie nie mogła jej uchronić przed samym mężem, który wiedział jak krzywdzić, by wymóc posłuszeństwo oraz zapewnić sobie jeszcze większą kontrolę. O ile jednak nie mogłaby być w stu procentach pewna zachowania innych mężczyzn, którzy obracali się wokół Boucher’a, tak Maurice wydawał jej się
inny - może nie znała go zbyt dobrze, a właściwie to w ogóle, ale ostatecznie miała więcej śmiałości względem niego niż względem innych. -
Dante też go lubi, więc o ile nie będzie chciał czekać na naprawę, to najpewniej zaraz kupi drugi, identyczny - wzruszyła lekko ramionami, bo ona sama nieszczególnie przywiązywała się do tych obrzydliwie drogich pojazdów, którymi ją wożono. W końcu parsknęła cicho pod nosem, gdy z jego ust padł ten specyficzny żart na temat mieszkania i nie spuszczając z niego wzroku, wycofała się w kierunku pobliskiego kosza, na którym w specjalnym miejscu zgasiła papierosa i go tam zostawiła. -
Co Ty nie powiesz? Nie wpadłabym na to - skwitowała ironicznie, krzyżując ramionach pod piersiami. Zamilkła i obserwowała go uważnie, gdy szarpał się z zamknięciem bramy garażowej, którą następnie zamknął na kłódkę. Rozejrzała się kontrolnie po wnętrzu, a potem zatrzymała go na Moe, gdy wyjął pistolet. Uniosła ręce w geście poddania, gdy wypomniał jej, że to ona wraca do tematu
tamtego zdarzenia, a skoro ewidentnie nie był w nastroju na to, by dać się sprowokować do tych słownych utarczek - odpuściła. Ruszyła więc za nim, kiedy udała się w kierunku drzwi prowadzących do klatki schodowej. -
Zignorowałeś moją propozycję zatrzymania się w hotelu, będąc pewnym, że na pewno żaden z napastników tutaj nie dotarł, a teraz nie dość, że pilnujesz terenu z bronią w ręku, to jeszcze boisz się skorzystać z windy? - mruknęła ze zdziwieniem, nim jeszcze zaczęli pokonywać pierwsze stopnie. Oczywiście Alba miała świetną kondycję i czwarte piętro nie było dla niej absolutnie żadnym wyzwaniem, nawet w tych obrzydliwie drogich i wysokich szpilkach, które miała na nogach, ale i tak nie mogła sobie odmówić tej kolejnej, drobnej zaczepki. Ostatecznie resztę schodów pokonali w milczeniu, tym razem za to grzecznie przystanęła na czwartym piętrze i poczekała, aż Maurice sprawdzi otoczenie, by mogła wyjść i udać się wraz z nim w stronę drzwi prowadzących do jego mieszkania.
-
Ty… co? - wydusiła z siebie z wyraźnym zaskoczeniem w głosie -
Kota? Ty masz kota? - powtarzała to, pytając, a jednocześnie próbując ułożyć sobie ten fakt we własnej głowie, gdzieś pomiędzy tym, że był gangsterem, współpracującym z jej mężem, a tym, że zamiłowanie do kotów nie leżało w ich naturze. Alba uwielbiała koty - natomiast w ich posiadłości królowały głównie dobermany, w których równie mocno zakochany był jej mąż i oczywiście to on był osobą decyzyjną w tej kwestii. I w każdej innej. Obecność kota w tym mieszkaniu wydała jej się tak samo absurdalnym zjawiskiem, jak i równie urokliwym. Nadal jednak nie chciało jej się w to wierzyć. -
Nie mam uczulenia - zapewniła, chociaż domyślała się, że Maurice miał to gdzieś i nawet gdyby miała, to musieliby się schronić w środku. Więc tak, lepiej że nie miała. Poczuła jednak podskórną nutkę podekscytowania na myśl o tym, że będzie mogła poznać jego kota i w ogóle mieć styczność z kotem, bo ostatni raz miało to miejsce w jej rodzinnych stronach. Gdy przekroczyła próg jego mieszkania oraz tuż po tym jak zapalił już światło, rozejrzała się po wnętrzu, wchodząc dalej. Nie było dużo przestrzeni - na pewno nie tyle ile w tej ogromnej posiadłości, którą musiała nazywać domem, ale za to było przytulnie. Spodobało jej się, niemniej nie zamierzała raczyć go zbędnymi komplementami, bo domyślała się, że nie interesowało go jej zdanie. Zwróciła jednak uwagę na rzeczy świadczące o obecności kota, więc upewniła się w tym, że mówił prawdę - gdzieś tu był jego czworonożny przyjaciel. -
Masz kota i zostawiasz tu biedaka na całe dnie samego? - wytknęła mu jednak, odrywając wzrok od kuwety, a potem powędrowała wzrokiem za jego palcem, gdy wskazywał kolejno drzwi, nadmieniając jakie kryły się za nimi pomieszczenia. Zaintrygowała ją wzmianka o garderobie, ale póki co udała, iż nie zrobiła na niej wrażenia. Niemniej uważniej obserwowała otoczenie, a potem samego mężczyznę, gdy przeszedł do kuchni. Ostatecznie Alba zsunęła z nóg szpilki, po czym odłożyła na kanape torebkę, a tuż obok niej marynarkę, którą zsunęła z ramion. -
Och, bez łaski - pokręciła stanowczo głową -
Wystarczy mi kanapa, nie potrzebuję wygodnego łóżka. Poza tym… nie zamierzam spać w Twoim - obrzuciła go szybkim spojrzeniem, przechadzając się jeszcze po wnętrzu i obserwując uważnie każdy kąt. Kątem okna też zauważyła, że lodówka, którą właśnie otworzył świeciła pustkami, więc siłą rzeczy to również więcej jej o nim mówiło - i o tym, jak rzadko musiał tu bywać. Być może odrobinę zaskoczył ją również chłód w jego głosie i ten oczywisty brak gościnności, w związku z tym, że zamierzał ją po prostu ulokować na kanapie, chociaż najpewniej miał o niej mylne mniemanie i uważał, że potrzebowała wygodnego, dużego łóżka. Ostatecznie jednak była dla niego utrapieniem, więc przecież nie musiał o nią dbać. -
Piwo - poprosiła, zbliżając się do kuchennego blatu. Wrodzona czujność nakazała jej obserwować jak wyciąga piwo, otwiera je, a potem stawia na blacie - dopiero wtedy swobodnie je wzięła i upiła kilka łyków, czując ulgę, bo nawet się nie zorientowała jak bardzo zaschło jej w gardle. Potem pozwoliła mu opuścić część kuchenną salonu i w końcu również salon, odprowadziła go wzrokiem, a sama podeszła do kanapy i zgarnęła ze stolika pilot. Włączyła co prawda telewizor, ale nie skupiała się zbytnio na tym, co pokazuje się na ekranie - przerzuciła kilka kanałów, ale na żadnym z nich nie było póki co wiadomości z ostatniej chwili, więc zostawiła jakiś standardowy program z wiadomościami, po czym odrzuciła pilot na kanape. W jej głowie panował już lekki chaos, niestety Maurice nie był w stanie uśpić jej czujności i podejrzliwości, a jego zachowanie tylko to wszystko wzmagało. Śmielej więc ruszyła śladem za nim i dotarła do wpół uchylonego drzwi, zza których docierał cień światła. Pchnęła je lekko, nieco bardziej otwierając, a potem przystanęła w progu i obrzuciła wzrokiem jego półnagą sylwetkę - przebierał się, a to była ta tajemnicza garderoba. Maurice popełnił jeden błąd - zignorował ją i z pewnością nie spodziewał się, że kobieta odważy się nie tylko za nim pójść, ale również zajrzeć do tej garderoby, do której nie miała mieć wstępu. Jak wszyscy myślał, że będzie wystraszoną kobietą, którą łatwo będzie manipulować. Zorientował się, że tu jest dopiero po krótkiej chwili, ale wówczas odstawiła na stojącą tuż obok drzwi szafkę butelkę z piwem i bez cienia zawahania podniosła należącą do niego broń. Zostawienie jej tam także nie była najrozsądniejszym rozwiązaniem. -
Nie doceniasz mnie, Maurice - odezwała się, napotykając jego spojrzenie, pewnie lekko zaskoczone, nieco zdezorientowane, ale i również przepełnione irytacją. Może zachowywała się nieco
irracjonalnie, może nazbyt emocjonalnie, a może i nazbyt podejrzliwie, ale jednak słowa Dante odbijały się echem w jej głowie - bowiem jeszcze w samochodzie na koniec rozmowy dodał, że nie można nikomu ufać.
Nikomu. A ona i Marucie nie byli jednak na tyle blisko, by mogła śmiało go tym zaufaniem obdarzyć. -
Co takiego tutaj ukrywasz, że nie można tu wchodzić, co? - spytała, śmielej przekraczając również próg miejsca, do którego zabronił jej wchodzić, tym samym dając do zrozumienia, że za nic miała jego warunki -
Dante stwierdził, że nie można nikomu ufać w stu procentach. Współpracujesz z nimi? Przyjdą tu zaraz po mnie? - dopytywała, wskazując na niego bronią, a właściwie to celując nią w jego kierunku. Potrafiła się z nią obejść, potrafiła ją fachowo trzymać, bo jej umiejętności wyszły spod ręki samego Dante - i bynajmniej się jej nie bała. Co więcej, była już zmuszona jej użyć, więc to także nie stanowiło dla niej wyzwania. -
Nie podoba mi się Twoja nadmierna tajemniczość - pokręciła głową -
Nie ruszaj się - powstrzymała go, gdy zauważyła niekontrolowany ruch z jego strony, jakby próbował ruszyć w jej kierunku. Nawet serce nie biło jej jakoś nadmiernie szybko, nie była zestresowana tą sytuacją - raczej opanowana i zdecydowana w swoich gestach. I nawet jeżeli Moe wydawał jej się „inny”, to być może całe to zamieszanie wpędziło ją w lekką paranoję, a jego zachowanie wzbudzało w niej niepewność. -
Jeżeli myślisz, że nie strzelę, to również jesteś w błędzie.
Maurice Santana