Pojawił się jak cień.
Bezszelestnie zbliżył się do Navi pod osłoną nocy, ledwie parę chwil po tym, jak Concetta się oddaliła, pozostawiając ich samych. Podchodząc do niej, już wtedy mierzył ją uważnym spojrzeniem, oceniając jej sylwetkę i to, co miała na sobie. To, jak ułożone miała włosy i nawet sposób, w jaki zwyczajnie stała. Widok ten przyjemnie łaskotał go pod czaszką. Nie w ekscytacji, a w podświadomej aprobacie. Ukontentowaniu wywołanym tym, że to, co widział, było wyjątkowo estetyczne. To co widział i to, co czuł. Bo jej perfumy zwietrzył już po wejściu do pomieszczenia, kiedy zostawiła za sobą zapachową smugę.
—
Jak zawsze piękna — odezwał się, zatrzymując za nią, w niewielkiej odległości między nimi. Gdy się odwróciła ku niemu, szybko zbadał spojrzeniem jej twarz. —
Choć dzisiaj znów przeszłaś samą siebie. — Wypowiedź była gładka, niemalże miękka w swoim brzmieniu, kiedy on w tym czasie ujął jej dłoń, aby zaraz unieść i subtelnie ucałować.
A później wystawił jej łokieć, aby wspólnie mogli przejść przed posiadłość, gdzie już czekał na nich samochód z kierowcą. Gdy wsiedli, mężczyzna odjechał, by pokonać kilkudziesieciokilometrową trasę do i wzdłuż nabrzeża.
Bo tak, jak zapowiedział – zabrał ją na kolację. Do eleganckiego lokalu, który podawał autentyczną, włoską kuchnię, na produktach prosto z kraju. Jeśli więc chciała spróbować typowej kuchni, to mogła. Może nie takiej domowej, a bardziej wyszukanej, ale na pewno nie niesmacznej.
I po wszystkim opuścił z nią lokal. Cały pobyt w restauracji upłynął przyjemnie, nikt nie pokłócił się o wodę z kranu, a cały posiłek umilała muzyka na żywo. Spokojna, wpadająca w ucho, typowo włoska. Taka, przy której dało się swobodnie porozmawiać.
Wypiili po Aperolu, może dwóch, a po zapłaceniu rachunku i krótkiej rozmowie z szefem kuchni, który sam do nich wyszedł, jak tylko się dowiedział, kto u niego znów zagościł, zebrali się i skierowali do wyjścia, aby wsiąść do samochodu.
A stamtąd była już prosta (nie tak dosłownie) droga powrotna do posiadłości.
Salvatore był zmęczony i czuł to w swoich mięśniach i po własnych powiekach, które były wyjątkowo ciężkie. Oczy, co prawda, mu się nie przymykały, ale mógł z pełnym przekonaniem stwierdzić, że w istocie był padnięty. Lot, zmiana strefy czasowej, kiepskiej jakości sen ostatnimi czasy – to wszystko zaczynało się piętrzyć i przyćmiewać jego umysł.
Aż do momentu, w którym nie rozległ się głośny trzask, a samochód, który poruszał się po krętych drogach Kalabrii, nie zaczął dziwnie „pływać po jezdni[/i]. Ba, auto obróciło się nawet o sto osiemdziesiąt stopni, finalnie się zatrzymując, niebezpiecznie blisko skarpy.
— Przepraszam. Chyba poszła nam opona — stwierdził kierowca, zaraz też wysiadając z auta, aby zaraz przekląć siarczyście po włosku. Wtedy dłoń Giovanniego skierowała się pod poły marynarki, gdzie zwykle trzymał też broń, co dla Navi nie było już chyba zaskoczeniem.
Zanim zdołał położyć na narzędziu palce, rozległ się strzał, a kierowca zatoczył się i plasnął na szybę, zsuwając się zaraz po boku samochodu, pozostawiając za sobą krwistą, roztartą smugę.
W świetle włączonych reflektorów samochodu pojawiło się kilka uzbrojonych sylwetek, które kierowały się w stronę pojazdu, w akompaniamencie gróźb w języku włoskim. A dzięki nim wiedział, że to nie był zwykły rabunek.
Gio ocenił szybko otoczenie, zaraz sięgając do pasów Navi, które odpiął. Odwrócił się w jej stronę, aby – balansując tonem na pograniczu łagodności i stanowczości – powiedzieć:
—
Uchyl ostrożnie drzwi. — Gdy to zrobiła, odsłoniła fakt, że samochód faktycznie zatrzymał się bokiem tuż przy stromym zboczu. Bardzo stromym, ale nie była to przepaść. Kończyła się paręnaście, a może parędziesiąt metrów niżej, w śródziemnomorskiej gęstwinie.
Gdy skontrolował te warunki, ujął wolną dłonią jej brodę tak, aby utkwiła spojrzenie w nim. Pomimo krzyków z zewnątrz i losowych, pojedynczych strzałów w karoserię samochodu.
—
Pójdę z nimi porozmawiać, a ty Navi musisz zebrać się w sobie i wysiąść. To strome zbocze i na pewno się poranisz, ale to jedyna droga. — Domyślał się, co mogą z nią zrobić, jeśli zastaną ją w wozie. A na pewno spodziewali się, że ją zastaną, skoro zastawili pułapkę, a sugerując się ich wołaniem – bezpośrednio na niego. A to znaczyło, że ich obserwowali.
Pytanie: jak długo?
—
Wszystko będzie dobrze, Amore — powiedział, w akompaniamencie kolejnego rozwścieczonego wołania. —
Po prostu nie zatrzymuj się, cały czas przed siebie, aż dotrzesz do drogi. Zadzwoń do Concetty. — Podał jej swój telefon. —
I niech cię zabiorą do posiadłości. — Kolejny ze strzałów rozbił frontową szybę. —
Idź już. — Sam chwycił za klamkę przy swoich drzwiach, by otworzyć je. Raczej nie było możliwości by bardziej to przeciągnąć.
Navi Yun