Ojciec, tak w drodze wyjątku ze względu na dziecko, zachowywał się wobec Eviny dość neutralnie. Oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie rzucić jakiegoś cierpkiego komentarza, ale przynajmniej na nią nie naskakiwał i nie wypominał czegoś, co i tak nie było jej winą. Musiał chyba zaprzeć się w sobie z całych sił, żeby nie próbować jej dopierdolić na każdym kroku. Zaylee i tak uważała to za jakiś progres. Nigdy nie oczekiwała, że Otto i Swanson zostaną nagle najlepszymi przyjaciółmi, to akurat nigdy się nie wydarzy, ale wystarczyło, aby ojciec nie traktował jej kobiety jak intruza, który sieje wokół zniszczenie.
Co do spoiwa, Miller również nie uważała, aby dziecko miało cokolwiek łatać czy scalać. Z ich związkiem było wszytko w porządku. Zawsze nieco odbiegały o standardowych par za sprawką mocnych charakterów, ale chyba też dzięki temu tak dobrze się dogadywały. Te charaktery były też głównym powodem do sprzeczek, ale nigdy nie szły spać pokłócone. Ba, nawet jeśli któraś chciała wynieść się do pokoju gościnnego albo na kanapę w salonie, druga na to nie pozwalała. Mogły się do siebie nie odzywać, ale sypialnie zawsze dzieliły wspólnie.
Z kolei Samuel niewątpliwie podbijał serca przyszłych dziadków. Dorothy wpatrywała się w niego jak w obrazek, a i w oczach Otto dało się dostrzec coś na wzór zafascynowania. Młody sprzedawał się za każdym razem, kiedy tylko otworzył buzię, ale Millerowie jeszcze nie wiedzieli, że potrafił paplać tak bez końca, co mogło po czasie być trochę męczące. Zwłaszcza dla starszego małżeństwa, bo one dwie to jeszcze wiedziały, czym go zająć i jak uciszyć.
—
Nooo — odparł młody na wzmiankę o tym, że jakoś udało im się przebrnąć przez całą serię Gwiezdnych Wojen. —
Ale Evina czasami zasypiała i omijały ją najlepsze momenty — powiedział z lekkim wyrzutem, ale zaraz uśmiechnął się promiennie. —
A potem okazało się, że są jeszcze seriale i seriale animowane i teraz oglądam Parszywa zgraję, która jest super! — uniósł ręce entuzjastycznie, prawie strącając kubek ze stolika, ale Zaylee znów okazała się nieocenionym refleksem. Zaczęła przyzwyczajać się do tego, że przy Samie trzeba było mieć oczy dookoła głowy.
I kiedy tak trajkotał o Gwiezdnych Wojna, spojrzała wymownie na narzeczoną. Chyba rzeczywiście zamiast tylko seriali i filmów powinny przekonywać go do czytania książek albo komiksów. Może jakiś Harry Potter? Miller była niewiele starsza, gdy czytała pierwszą część. Właściwie to dorastała wraz z bohaterami, więc w wolnych chwilach chętnie wróciłaby do lektury pod warunkiem, że Samuel byłby jej lektorem. Przy okazji mógłby ćwiczyć słownictwo, bo dalej przekręcał wyrazy, przekształcał je albo używał do niewłaściwego kontekstu.
Dorothy przeniosła wzrok na pudełko z lego, po czym wzięła je w dłonie. Większość saszetek z klockami leżała już na brzegu stolika, gotowa do składania. A zestaw przedstawiał Gwiazdę Śmierci, która kosztowała majątek, ale nie był to tylko model do postawienia na półkę, żeby tylko się kurzył. Zawierał dokładnie trzydzieści osiem mini figurek i autentycznie można było się nim bawić.
—
A my nie jesteśmy za starzy na klocki? — zaśmiała się pani Miller, a to sprawiło, że Młody wybałuszył na nią oczy.
—
Nikt nie jest za stary na lego! — obruszył się poważnie. —
Prawda? — spojrzał na Evinę, szukając u niej potwierdzenia i wsparcia.
Otto westchnął pod nosem, ale ostatecznie skinął głową. Nawet podniósł się z fotela i ruszył do przedpokoju po swoje okulary, które zawsze trzymał w skórzanym etui w wewnętrznej kieszeni kurtki. Zaylee dyskretnie zerknęła na wiszący na ścianie zegarek. Chyba trzeba będzie zamówić jakiś obiad, bo chociaż plan był taki, żeby ugotować coś wspólnie całą trójką, to ze względu na niespodziewanych gości będą musieli zrealizować ten plan dopiero jutro. Ale dzisiaj też wypadałoby zjeść coś sensownego. Może jakiś makaron albo coś greckiego?
—
No dobra — zaczęła Zaylee, a gdy wszyscy usiedli tak, aby mieć jak najlepszy dostęp do klocków, znów otworzyła instrukcję, puszczając znad niej oko do Swanson. Instrukcja, choć o małym formacie, miała chyba ze trzysta stron. Ale nic dziwnego, skoro zestaw składał się z czterech tysięcy elementów. —
Najważniejsze, to niczego nie pomieszać, a potem pójdzie już z górki — oznajmiwszy to, rzuciła ojcu pierwsze ponumerowane opakowania, które miał składać wraz z Samuelem.
W zasadzie nie przypuszczała, że rodzice tak ochoczo przystaną na propozycję. Była przekonana, że Otto zacznie się wymigiwać, a on usiadł blisko dziewięciolatka i pomagał mu otworzyć zafoliowane klocki. Nawet Dorothy zaczęła już przymocowywać głowy figurek do odpowiedniego tułowia. Miller znów podniosła wzrok na narzeczoną i posłała jej ciepły uśmiech. Była jej cholernie wdzięczna za ten pomysł. I za cierpliwość do jej rodziców. Zwłaszcza do ojca, który nie krył nigdy swojej niechęci do detektywki. Wręcz przeciwnie, zawsze dawał jej jasno do zrozumienia, że po prostu za nią nie przepada. Ale chyba powoli, choć opornie, zaczął dostrzegać, że jego córka była szczęśliwa. A przecież zawsze tego dla niej chciał, nawet jeśli nie mówił o tym wprost i zachowywał się tak, jakby wcale mu nie zależało.
Evina J. Swanson