Przybiła piąteczkę i uśmiechnęła się szeroko. Czy czuła się jak za dawnych czasów? Zdecydowanie, choć uczucia wydawały się być teraz o wiele wyraźniejsze.
— Dokładnie. Gdyby to się odpowiednio zorganizowało, to nawet każdy mógłby przyjść wcześniej, pomóc coś ogarnąć… — Wiadomo, że problemem było miejsce i ewentualne sprzątanie, jednak w kupie siła. Też nie byli już zgrają nierozsądnych licealistów czy nawet studentów, bardzo możliwe, że nauczeni doświadczeniem, mieli nieco więcej oleju w głowie niż kilka lat temu. Idealnym przykładem była letnia impreza nad jeziorem, która poszła po myśli każdego. Nikt się nie utopił, nikt nie zniszczył żyrandola — kultura została zachowana od początku do końca.
— Nikt nie będzie marudzić, że przed świętami nie znajdzie czasu — stwierdziła, kiwając głową. W końcu listopad szybko zleci, a później będą wymówki wymóweczki na to, żeby spotkać się większą grupą.
— Trzeba będzie im to jutro zaproponować. Wrzucić jakąś ankietę, niech się określą i wtedy zobaczymy. Może nawet jeśli nie przyjdą wszyscy, to jednak chociaż połowa powinna znaleźć czas — spojrzała na to rozsądnie. Poza tym, grono ich znajomych z czasem nieco się rozszerza, bo i partnerzy ich przyjaciół zaczynają uczęszczać z nimi na te imprezy. Nim się zorientują, to utworzy się tu całkiem spora grupa.
Camellia zaczęła ignorować te pytania, bo wiedziała, że żaden w stu procentach nie przypasuje wymaganiom jej matki. Naprawdę nie wiedziała, kogo musiałaby przyprowadzić, żeby nie padło żadne
ale. Temat o dzieciach również obijał się o jej uszy, za każdym razem z dość wymownym spojrzeniem w jej kierunku, bo w końcu była najstarsza. Nie spieszyło się jej do posiadania dzieci, w końcu nadal obawiała się nastoletniej ciąży, mimo tej czyhającej za rogiem trzydziestki.
Najwidoczniej trzeba było go upić, bo jeszcze reagował na jej słowa, mimo szybkiej zmiany tematu. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, chociaż nie miała przygotowanej żadnej odpowiedzi. W końcu nie powie mu, że nie pozna go ze swoimi koleżankami, bo było to bardziej niż pewne, że zaczną go podrywać.
— Czy ja wiem, czy są warte poznania — zaczęła w końcu, wzruszając ramionami.
— Gadają głupoty, strasznie się narzucają, jeszcze ci złamią serce i kto będzie za to odpowiadać — powiedziała na jednym wdechu i aż jej się nieco w głowie zakręciło od tej presji wymyślenia czegoś sensownego. Naczytała się, że migreny mogą mieć powiązanie z sercem i teraz wkręcała sobie wszystkie choroby, włącznie z nieistniejącymi obawami.
Dla niego nawet byłaby w stanie pójść spać w środku nocy, jeśli po późnej zmianie chciałby się z nią spotkać. Oglądanie filmów to jedno, chodzenie na imprezy to drugie, ale jaki klimat miały spotkania na spontanie i właśnie takie jeżdżenie po mieście, bądź nocna wycieczka do maka; w końcu bywały i takie nocne zachcianki.
— Nie no, chyba naprawdę ci smakowało — zaśmiała się, słysząc że chce pić następny kieliszek za szefa baru. Zaraz mina jej zrzedła, bo propozycja wypicia tej cytrynowej śmierci nie była jej planem. Spojrzała na niego i na uśmiech, który działał na nią zbyt magnetyzująco. Parsknęła, wywracając oczami i stwierdziła, że w zasadzie miała pretekst, dla którego mogłaby to wypić; w końcu okłamała go co do tego, że jej nie smakowało.
— Oszalałam — stwierdziła, patrząc na Connora, po czym przeniosła wzrok na barmana.
— Oszalałam, prawda? — zapytała, na co pokiwał głową, więc machnęła ręką.
— Weź no wykręć jeszcze te dwa specjały — powiedziała, kiwając głową z niedowierzaniem, na co się zgodziła.
— Zbierasz mnie z podłogi albo trzymasz mi włosy, jasne? — rzuciła w kierunku Walkera, choć miała nadzieję, że nie zobaczy jej w takim stanie. Po prostu nieco obawiała się, co to była za mieszanka i czy przypadkiem jej to nie poskłada. Jej słaba głowa była naprawdę słaba, choć może dwa kieliszki jej nie poskładają, to już pięć i to mocnych może być jej granicą, w której stwierdzi, że potrzebuje przerwy.
— Coś tam ten… — wymamrotała, w końcu wzruszając ramionami. Co będzie to będzie. Wypili cytrynowego wykrętasa i tylko silna wola powstrzymała ją przed tym, żeby tego nie wypluć. Ciepło w przełyku było mocno odczuwalne i była przekonana, że poczuła, jak ten szocik osiadł na jej żołądku.
— Jakby jezusek deptał swoimi stópkami — stwierdziła z lekkim grymasem.
— Istnieje tylko jeden powód, dla którego zdecydowałam się to zrobić i skoro już wypiłeś drugiego tego killera, to mogę o nim opowiedzieć — zaczęła tytułem wstępu, jakby właśnie miała opowiedzieć bardzo długą opowieść. Machnęła dłonią, aby nieco się do niej zniżył i dopiero mając jego ucho na zasięgu swojego wzrostu, mogła zdradzić mu tę tajemnicę.
— Kłamałam, to był najlepszy pocałunek wampira w moim życiu — rzuciła z małym uśmiechem. Nie kłamała, bo to połączenie było najlepsze, słodkie, ale z tym przyjemnym ciepłem na przełyku. Teraz pozostało jej obserwować jego reakcję, mając nadzieję, że jej nie ukatrupi na miejscu.
Kolejny shot wleciał już gładko. Chwyciła go za rękę, żeby nie zgubić się w tłumie i przez chwilę spojrzała na ich dłonie. Musiała jednak patrzeć przed siebie, żeby nie dostać od kogoś z łokcia, więc na miejscu już tym bardziej była gotowa do tańca, bo obecną piosenkę ona akurat znała, choć nawet i nieznajomość kolejnych dwóch nie przeszkodziło jej w tym, żeby dobrze bawić się na parkiecie z Connorem. Po jeszcze jednej piosence rozejrzała się wokół w poszukiwaniu łazienki i widziała, że była niedaleko nich. Położyła mu rękę na ramieniu, stając na palcach, żeby nie krzyczeć na pół klubu, że idzie sikać.
— Idę do łazienki, jest tu obok. Dwie minuty — pokazała palcem i poszła na jednej nóżce. W końcu nie chciała go zostawiać długo samego, bez znaczenia co postanowił w tym czasie robić. Na wyjściu z łazienki na korytarzu złapał ją jakiś chłopak — dosłownie złapał i musiała się nieco odsunąć, dając sygnał, aby puścił jej rękę. Swoją drogą był to inny Joker, ale ona chciała już pędzić tylko do tego swojego. Coś tam do niej powiedział, ona się uprzejmie zaśmiała, następnie na jego komplement miło pokiwała głową z uśmiechem. Dla niej to była forma na przetrwanie, jednak od boku mogło to nieco wyglądać jak flirt. Tym bardziej, jeśli ciężko było dojrzeć, że ona chciała już iść, a on zagrodził jej drogę, podając telefon. Nie dała swojego numeru — nie była głupia. Odmówiła grzecznie, ale nalegał, aż w końcu dała namówić się na Instagrama, którego i tak nie miała prywatnego. Może to był błąd? Tak czy inaczej, w jej spostrzeżeniu była to grzeczna rozmowa i nic więcej, dlatego wróciła do Connora z lekkim uśmiechem na ustach i satysfakcją, że tak zwinnie udało jej się wyrwać, nie mając świadomości, że cała sytuacja mogła zostać zinterpretowana inaczej. I byłaby głupia i ślepa, gdyby nie zobaczyła zmiany w jego mimice, więc zmarszczyła lekko brwi.
— Co jest? — zapytała głośno, patrząc na niego niezrozumiale i nieświadomie; pytanie, na ile to mogło dolać oliwy do ognia.
Connor Walker