hajd srajd poniżej, miłego dnia, smacznej kawusi
Wygłodniały odruch, prosta groźba i przejście do ofensywy.
Jego reakcja na jej dotyk w tamtym miejscu była kusząca. Jak gdyby był miną polową, którą wystarczyło dotknąć, aby zdetonować i pozwolić nieść spustoszenie. Takie, którego nie chciała sobie odmawiać.
Przeciągnęła dłonią po jego naprężonym, uciemiężony pod materiałem bielizny przyrodzeniu, na tyle, na ile mogła, zanim jej nie odebrał możliwości, chcąc aby zapamiętał jej dotyk, a jego ciało już od razu za nim zatęskniło, snując wizje tego, co mogłaby zrobić, gdyby tylko jej pozwolił.
Bez zawahania przyjęła jednak rolę, którą jej wyznaczył. Posłusznie uniosła biodra, żegnając się z własnym ubraniem, a spotykając się najpierw z chłodem pomieszczenia, a potem – cóż – jego spojrzeniem, które wystarczyło, aby zapomniała, czym jest chłód.
Jej serce zabiło żywiej, w odpowiedzi na jego dotyk, na jego bliskość i całą perspektywę, którą miała. Podparła się na przedramieniu, czujnie śledząc jego najdrobniejszy ruch. Nie obawiała się – ta sytuacja była jej po prostu nieznana. Taki rozkład sił i ról – absolutnie nowy. Była zbyt dojrzała, aby nie domyślać się, co zamierzał zrobić, a jednocześnie ze zbyt szczupłym doświadczeniem wziętym z patologii, by wiedzieć, co powinna czuć.
Odpowiedź przyszła, ledwie jej partner prześlizgnął język po jej łechtaczce.
Fala subtelnej rozkoszy przepłynęła po jej nerwach, każąc jej mięśniom napiąć się, by zaraz rozpłynąć. Nieznane dotąd uczucie przyjemności wwierciło się głęboko w czaszkę. A powietrze, które miała w płucach, wydawało się być coraz mniej powietrzem, a coraz bardziej wyczuwalnie żywym ogniem, którym musiała oddychać.
Opadła plecami na mebel, dłoń którą chwilę temu się wspierała, wsuwającc między swoje włosy. Wypuściła ciężko tchnienie, mierząc się z intensywnym impulsem, który smagał jej tkanki raz po raz, w rytm języka jej partnera. To było zupełnie nowe doznanie, coś z czym nie wiązała żadnych wspomnień czy traumy. A przy tym wszystkim – tak hipnotyzująco rozkoszne.
Bardzo szybko jej własna krew zaczynała szumieć w jej uszach. Bardzo szybko jej oddech przestał być oddechem, a tylko zlepkiem jego prób. Grzązł jej w gardle, urywany przez dźwięki, które pchały się pomiędzy jej wargi, a których nie mogła powstrzymać. Większość starała się zachować dla siebie, ale momentami nie było nawet takiej opcji.
Nie mówiła za dużo, ale każdy jej kolejny szept stawał się coraz bardziej prośbą.
Właśnie tak
Nie przestawaj
Jeszcze. Trochę.
Nieświadomie dawała mu to, czego tak naprawdę chciał. Ale była to uczciwa wymiana.
Piękne za nadobne.
Mając pod udami punkt podparcia, wykorzystała to niemalże od razu. Inaczej, niż możliwie zakładał. Otoczyła go nogami w karku, przyciskając stanowczo do siebie, zaciskając na krawędzi wyczucia swoje, całkiem silne, mięśnie na nim. Jej biodra mogły nabrać swojego rytmu – nie był skrajnie różny od tego, który dyktował on, ale w tym momencie jej bardzo przydatnego. Trzymała go przy sobie, kontrowała jego ruchy, czerpiąc z tego maksymalną przyjemność.
Szukała jej jeszcze więcej, odruchowo i instynktownie, czując narastające, kuszące ciśnienie, głęboko w tkankach własnej łechtaczki. Nie miała pojęcia, że może czegoś tak mocno pragnąć. I nie miała pojęcia, że rozrastające się uczucie, będzie jednocześnie tak bardzo frustrowało tym, że jeszcze jest gdzieś
tam.
Wsparła się na łokciu, w tej frustracji znajdując nowe pokłady siły. Drugą dłoń wsunęła w ciemne pukle partnera, stanowczo zaciskając palce u nasady jego włosów. Szarpnęła za nie, ale nie chciała mu przerywać. Chciała, żeby odczuł całym sobą, jak ona bardzo tego szuka. Jak gdyby słowa, prośby, błaganie, to było dla niego jeszcze za mało.
Zagłębiony w tkankach impuls wzbierał, aż eksplodował rozbrajającym spazmem, który spłynął po każdym jej nerwie. Przeszedł przez każdy jej mięsień, spinając go niekontrolowanie, tym samym naciskając jeszcze mocniej na schwyconego między nogi partnera.
Jęknęła przeciągle.
Nie.
Zawyła wręcz z rozkoszy, gdy jej grzbiet układał się w kształt łuku. Orgazm czuła w każdym atomie, który ją budował. W całej swej konstrukcji. Mięśnie, które napięły się, bardzo szybko osłabły, pod słodkim, rozbrajającym uczuciem, które przeszło po niej i pozostawiło słabą. Rozedrganą od dotyku. Z mięśniami dygoczącymi, choć nie z realnego zmęczenia.
Płuca szukały powietrza, a sercu nikt nie powiedział, że nie musi tak pędzić donikąd.
Jak w transie, oparła stopę na jego ramieniu, znajdując w sobie pokłady siły, by odepchnąć go od siebie. Nie za mocno – był zbyt wielki, ale wystarczająco, aby po zrzuceniu nóg z niego, mogła spłynąć z krawędzi mebla między niego a mężczyznę. Znajdując miejsce, znajdując sposób, by samej
znaleźć się na kolanach, przed jego klękniętą sylwetkę.
Była jak zahipnotyzowana.
Każdy kolejny ruch nie był ani nagły, ani szybki. Jakby wszystko nagle miało zwolnić, aby każde napięcie mięśni niosło za sobą ciężki, nęcący suspens. Skrzyżowała z nim spojrzenie, otępiałe od rozkoszy, ale błyszczące czymś jeszcze. Zapowiedzią.
Oparła dłoń na jego klatce piersiowej, wolno przesuwając ją wyżej – ku gardłu, wyczuwając po drodze fakturę jego skóry i każdy z pracujących mięśni. Nie chwyciła jego szyi mocno, ale na tyle wyraźnie, by nie mógł tego zignorować. Drugą dłoń oparła na jego korpusie i nacisnęła ramionami na niego, chcąc zmusić aby się położył.
Wciągnęła się na niego, chwytając jego nadgarstek w jedną dłoń, którą przesunęła wyżej, ponad jego głowę, zaraz za nią chwytając w drugą przegub jego pozostałej ręki, spotykając je ze sobą w punkcie, który chwilę temu wyznaczyła.
Oparła się o jego skrzyżowane nadgarstki jedną dłonią, drugą opierając na jego klatce piersiowej.
Wszystko wciąż robiła niespiesznie. Niczym drapieżnik, który jeszcze nie zaatakował, a obchodził swoją ofiarę, podchodząc ją i nie zdradzając ani siebie, ani momentu, w którym uderzy.
Ostatecznie wcisnęła mu na usta głęboki, przeciągły pocałunek, bardziej głodny, niż można było przypuszczać, ale wciąż – bardzo kontrolowany. Wślizgnęła się między jego wargi, aby odnaleźć jego język i zaprosić do tańca.
Dłonią, którą nie
trzymała go, choć nie było w tym bezkresnej siły, ani rażącej stanowczości, ot – punkt podparcia, zsuwając się niespiesznie po muskulaturze jego klatki piersiowej.
Damon Tae