Betonowy, podziemny parking dudnił od ich oddechów, a sylwetka Santany - wyższa i znacznie szersza - nieustannie nad nią górowała. Przyciskał ją do samochodu bez brutalności, ale z taką oczywistą dominacją, że serce zabiło jej zdecydowanie o jeden raz za szybko. Nie dlatego, że była
słaba; dlatego, że w końcu zaakceptowała to, co wypierała od początku: ten mężczyzna mógł ją skrzywdzić. Nie musiał.
Mógł. A to robiło różnicę. Patrzyła na jego twarz, na te twarde rysy i chłód w oczach i przez moment - krótki, ledwo uchwytny - przebiegła jej przez głowę myśl, że naprawdę źle go oceniła, kiedy wówczas w tamtym samochodzie pozwoliła sobie na odrobinę zbyt dużo ufności względem niego. Wydawało jej się, że skoro przy niej potrafił być
inny, choć odrobinę bardziej ludzki, to może istnieje coś, czym mogłaby go ugrać, by chociaż minimalnie ułatwić sobie życie; że może mogłaby znaleźć w nim kogoś pokroju sojusznika. A teraz? Teraz widziała to wyraźnie: to był tylko człowiek Dantego, twardy, wytrenowany, przyzwyczajony do wymuszania posłuchu i do tego, że ludzie reagują na niego strachem. Nie był jej sprzymierzeńcem - nie był kimś, z kim mogłaby grać w te subtelne gierki. Był kolejnym gangsterem, który skręciłby jej kark bez wahania, gdyby tylko poczuł, że zaczyna mu się wymykać. -
Gdybym chciała, nigdy byś mnie nie znalazł - syknęła, unosząc podbródek wysoko. Jej głos nie drżał, choć wewnątrz poczuła lodowate ukłucie strachu. -
To, że tutaj teraz stoję, to nie dowód twojego sukcesu, tylko mój wybór. Nie zamierzałam zapaść się pod ziemię, potrzebowałam zaledwie kilku godzin na wolności - dodała dosadnie, nie odpuszczając tej wymiany spojrzeń nawet na sekundę. Kiedy jednak ponownie wspomniał o paranoi, zmarszczyła brwi, tym razem wyraźnie, odruchowo, jakby te słowa ją dotknęły bardziej niż chciała pokazać. -
Nie jestem jakąś paranoiczką, za jaką najwyraźniej mnie uważasz. Więc przestań rzucać te swoje słabe wymówki i powiedz w końcu, jak mnie tu, do cholery, znalazłeś.
Gdy wspomniał o jej ręce w kontekście jej męża skrzywiła się instynktownie, jakby uderzył ją otwartą dłonią w twarz. Nie spodziewała się tego po nim. Nie spodziewała się, że sięgnie po tak tani - i tak poniżej poziomu - komentarz. Jeszcze chwilę temu widziała w nim kogoś, kto mógł być niebezpieczny, ale nie
prymitywny; kogoś, kto potrafił wyczekać sekundę za długo, odpowiedzieć półuśmiechem, wciągnąć ją w dialog, a nie rzucać tekstami w stylu mężczyzn, którymi otaczał się jej mąż. W jednej chwili wrócił do tej samej kategorii, co oni wszyscy, ale nie dała po sobie poznać rozczarowania, bo jej twarz nieustannie była niewzruszona. -
Ręką się nie przejmuj. Świetnie sobie radzę bez użycia rąk - odcięła się sucho, zniżając się do tego samego poziomu -
Ale nie martw się, nie będziesz miał okazji się o tym przekonać - docięła raz jeszcze. Wiedziała, że jego pogardliwy ton nie był przypadkowy - celował w nią perfekcyjnie, celował tam, gdzie miało zaboleć. Słowa wbijały się w nią bardzo precyzyjnie, a ona nie mogła przestać widzieć kontrastu między tym mężczyzną, który przyciskał ją teraz do samochodu, a tym, który kilka dni wcześniej wciągał ją w rytm własnego oddechu i własnych ust. Tamten mężczyzna się jej oddał na tych kilka minut, ale ten dzisiejszy chciał ją po prostu
złamać. A jednak nie spuściła wzroku - zastygła na sekundę, jakby ciało przygotowywało się do ucieczki, ale w jej spojrzeniu pojawiło się wyłącznie coś ostrego i nieustępliwego. -
No i co? - wycedziła, podnosząc głos na tyle, żeby przebijał się przez jego ciężki oddech -
Co mi zrobisz, co? Jeśli kolejny raz powiem coś o federalnych? Pobijesz? Złamiesz mi rękę czy nogę? No dalej, podziel się swoją fantazją - syknęła okrutnie, mając ochotę uderzyć dłońmi w to jego duże ciało, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Rękoczyny nie były teraz potrzebne, tym bardziej, że Santana faktycznie nad nią górował, a nie miała już tak naprawdę pojęcia do czego był zdolny. Było jednak w tonie jej głosu obrzydzenie.
Pogarda. I równie dużo żalu, którego nie miała zamiaru pokazać, ale ten odbijał się w jej źrenicach bardzo wyraźnie. Nie zamierzała się całkowicie ugiąć, ale swoim zachowanie Moe skutecznie zgasił ten maleńki cień zaufania, który być może gdzieś tam się w niej pojawił - ten cień, który mogli wykorzystać na wspólnym froncie, ale… wyglądało na to, że wcale wspólnego frontu nie obrali. Łączył ich tylko tamten jeden sekret (no może teraz już dwa), ale na nic poza tym nie powinna była liczyć.
Oddychała wolno, tak jak robiła to przez całe życie przy mężczyznach, którzy używali jej strachu jak narzędzia - i może właśnie dlatego Moe tak do końca nie wiedział co w niej teraz siedziało. To pogarda jednak paliła ją od środka; właśnie pokazał jej się od tej gorszej strony, ale jeżeli tego właśnie chciał, to skutecznie porównał się do mężczyzn, którzy ją uprowadzili, wykorzystywali i krzywdzili, do momentu aż Dante nie uczynił z niej swojej ozdoby (i zdobyczy). A jednak, kiedy zobaczyła, że on odsuwa się o krok - że jego twarz znów przybiera ten nieszczery, niebezpieczny uśmiech - w jej wnętrzu coś jeszcze mocniej się zacisnęło. On naprawdę potrafił grać tę rolę - przestało ją interesować to czy był dupkiem z wyboru czy z obowiązku i nawet jeśli gdzieś pod spodem kryło się coś bardziej ludzkiego, to miała pewność, że nie będzie miała do tego dostępu. Nie po tym, jak na nią teraz patrzył. I nie po tym, co jej powiedział. I nie po tym, jak po chwili całego tego napięcia potrafił po prostu się uśmiechnąć, jakby nic się nie wydarzyło.
Alba nawet nie drgnęła kiedy z kolei obrzucił ją tym swoim dość paskudnym komplementem. Może to był po prostu fakt, że nie spodziewała się takiej wersji Maurice’a; nie po tym, co wydarzyło się w tamtym cholernym samochodzie. -
Błagam Cię - parsknęła z politowaniem w głosie, przewracając oczami tak ostentacyjnie, jakby chciała mu dać do zrozumienia, że jego słowa odbijają się od niej jak od ściany -
Ty naprawdę nie masz pojęcia, z kim się tutaj spotkałam, skoro zakładasz, że każdy facet w tym budynku rzuciłby się, żeby wszystkim opowiedzieć o… dotykaniu mnie. Może temu człowiekowi też zależało na dyskrecji. Może już dawno go tu nie ma - wzruszyła jednym ramieniem, choć był tak blisko, że ledwo mogła oddychać -
Jeśli jednak tak bardzo chcesz sobie poszukać tych podpitych typów, którzy z radością obrzuciliby mnie spojrzeniem i nie tylko, to proszę bardzo, śmiało - jej wzrok przeciął jego twarz, a usta wykrzywił kpiący uśmiech. Wiedziała, że prowokuje i robiła to z pełną świadomością. -
Ty też tak chętnie byś się pochwalił tym, że pozwoliłam Ci się dotknąć? Na przykład swojemu szefowi? - zapytała z udawaną uprzejmością. Jego spojrzenie jednak przesunęło się po niej jeszcze raz - krótkie, szybkie, ale wystarczające. Podziękowała sobie w duchu, że miała na sobie coś, co zakrywało większość jej ciała - wszystko, co mogłoby paść ofiarą tego spojrzenia. Bo to nie było
tamto spojrzenie, które posyłał jej w trakcie tych kilku chwil zapomnienia - nie to, dla którego mogłaby przepaść bez reszty. To było zimne, oceniające, zalatujące czymś nieprzyjemnym.
Wsiadając do samochodu czuła jednak, że utknęła w nieciekawej sytuacji - dobrnęli do momentu, z którego nie było już dobrego wyjścia i zdawała sobie sprawę z tego, że powinna nieco spuścić z tonu. Ostatecznie zależało jej przecież na tym, by informacja o ucieczce i o tym, gdzie dokładnie była - nie dotarła do Dante. Mógł bowiem sprawiać inne wrażenie, ale był cholernie bystry i szybko mógłby powiązać pewne fakty, a przecież nadal na tapecie wisiał temat nieudanych transportów kobiet, bo ktoś musiał wynosić informacje o miejscu ich przekazania - istnienie
kreta było oczywiste, a to że Dante go szukał jeszcze bardziej, więc nie mogła tak ryzykować. A Maurice stanowił właśnie jeden z niewielu elementów, który mógł jej w tym układzie zagrozić, chociaż nie zdawał sobie z tego sprawy. Jednocześnie Alba wcale nie chciała rezygnować z tego jawnego aktu heroizmu - wiedziała, że nawet jedna uratowana dziewczyna to bardzo dużo, bo ona kiedyś nie miała tyle szczęścia, a ostatecznie trafiła w ręce naprawdę podłego człowieka i utknęła w złotej klatce, z której nie było żadnej drogi ucieczki. Te dziewczyny mogły jeszcze mieć szansę i to dla nich musiała schować chociaż część dumy do kieszeni. W innych okolicznościach naprawdę mogłaby polubić Moe - tego, który ją całował, tego, który wiedział, jak sprawić kobiecie przyjemność, tego, który z nią flirtował, pozwalał jej na drobne zaczepki i słowne utarczki, tego, który dawał jej nieco swobody i który pozornie - ale jednak o nią dbał. W końcu uratował jej życie podczas tamtego pościgu i ostrzału. Ten dzisiejszy Maurice jednak pogrzebał niewielką nić sympatii. Skrzywiła się lekko - a właściwie to napięło się jej ciało, gdy zasugerował, że przydałaby się jej reprymenda; rzeczywiście, o ile Dante w pierwszym odruchu po prostu by jej nie zabił, to niestety doskonale wiedział jak ją skrzywdzić w inny sposób. Przełknęła ślinę i nawet nie pokusiła się o żadną zaczepną odpowiedź - w tej kwestii akurat nie było jej do śmiechu, dlatego wpatrywała się tępo w szybę po swojej stronie, normując oddech, który nieco przyspieszał wraz z szybszym biciem serca, a jej palce mimowolnie przesunęły się po nadgarstku, na którym być może widniał jakiś blady ślad, po zbyt mocnych uściskach męskiej dłoni - dłoni jej męża. Paradoksalnie ona również rozważała w głowie wszystkie za i przeciw - jakieś opcje, które miała, by móc nieco przechylić szalę na swoją stronę, ale niestety to Moe rozdawał karty. Kiedy jednak dotarł do niej sens jego słów, przekręciła w końcu głowę w jego stronę i istotnie posłała mu nieco kpiące spojrzenie, bynajmniej nie wierząc w tą niby przemawiającą przez niego nagłą troskę czy fakt, że jakkolwiek liczył się z jej zdaniem w tej kwestii. -
Wszystko mi jedno, byle tylko siedzieli cicho. Nie potrzebuje ich w rezydencji... podobnie jak i Ciebie - obrzuciła go szybkim spojrzeniem, ale zaraz się wycofała z tego kolejnego, rodzącego się w niej ataku, który miała ochotę skierować w jego stronę -
To Dante ich tam umieścił, co jest raczej oczywiste - brzydzą mnie ich spojrzenia i nie czuje się komfortowo w ich obecności, więc chętnie bym się ich pozbyła. Zwłaszcza, że oni też będą wkurwieni, że im zwiałam - dodała, zgadzając się w ten sposób na to, by przenieść ich na bramki do klubu, którym zarządzała. Co prawda tam też nieszczególnie chciała ich mieć, ale niestety nie mogła się ich pozbyć całkowicie. Kiedy w torebce zawibrował jej telefon, zerknęła na równie wibrujący smartwatch na swojej ręce i dostrzegła tylko jedną emotikonę podniesionego w górę kciuka z nieznanego numeru - to prosty znak, potwierdzający, że miejsce, data i godzina transportu kobiet są pewne. Westchnęła w duchu, ale to właśnie to uzmysłowiło jej, że musiała utrzymać nerwy w ryzach. -
Vice versa - mruknęła pod nosem, posyłając mu krótkie spojrzenie tuż po tym jak stwierdził, że jej nie ufa. Co więcej była w kropce, bo jeżeli obieca, że nie wytnie już takiego numeru - to skłamie. Ta wiadomość, którą właśnie dostała najlepiej ją w tym przekonaniu utwierdzała, bo w końcu przyjdzie moment, w którym będzie musiała dopracować to wszystko, co wiązało się z przejęciem tych dziewczyn. A nie będzie mogła tego zrobić, czując oddech Moe na karku i to dwadzieścia cztery godziny na dobę. -
I mam w to uwierzyć? Wiem, że masz w dupie to co tu robiłam i z kim, ale każdy człowiek Dantego na Twoim miejscu w pierwszej kolejności poleciałby do niego, aby o wszystkim mu donieść. Myślisz, że ktokolwiek dba tutaj o mnie? - prychnęła kpiąco pod nosem -
Każdy chce się przypodobać szefowi. On może się pieprzyć na lewo i prawo i nikt mi o tym nie piśnie ani słowa, ale to nie działa w drugą stronę. Nie jestem głupia - pokręciła szybko głową, ponownie uciekając wzrokiem gdzieś w bok. W końcu jednak - mimo tego, że całkowicie zgasił znowu jakieś ciche nadzieje na porozumienie - usiadła nieco bokiem, by móc na niego spojrzeć, ale na próżno było w jej spojrzeniu szukać choćby odrobiny sympatii. -
Ofertę? Jaką niby ofertę? Jak mam Ci udowodnić, że więcej nie ucieknę? - wzruszyła bezradnie ramionami. Każda z tych opcji była jednak dla niej niekorzystna, co prawda nie obiecała mu, że to się więcej nie powtórzy, ale z drugiej strony wszelkie inne formy negocjacji mogły ją zaprowadzić w kozi róg. Bo jeżeli powtórzy dzisiejszą akcję, to może na tym źle wyjść - a czuła po kościach, że będzie musiała znowu zaryzykować. -
Czego chcesz? Lokalizatora? Zabrać mi dostęp do kluczyków? Zamknąć pod kluczem w domu? - westchnęła ciężko i zaczesała włosy za uszy. Przeklęła w duchu, dochodząc do wniosku, że jednak musiała pójść z nim na „ugodę”, bo inaczej pogrzebie szansę na ratunek dla kolejnych kobiet.
Te dziewczyny. One są tutaj ważniejsze niż Twoja duma. -
Pieprzyć to. Zrobię wszystko - wyprostowała się i posłała mu harde, pewne spojrzenie, chociaż w środku wszystko w niej się rozedrgało, szarpnęło nawet obrzydzeniem, bo po tym co dzisiaj tu odstawił, była skłonna sądzić, że może sobie zażyczyć doprawdy
wszystkiego. Ale była zdesperowana, bo zaszło to trochę za daleko. Przemknęło jej przez myśl, że jej desperacja może wzbudzić jego zainteresowanie, ale ostatecznie liczyła na to, że po prostu uzna to za obawę o własne życie. -
Potrzebuję żebyś zachował dyskrecje i zajął się ludźmi z rezydencji. Wygrałeś, dobra? Czego chcesz? Przecież widzę doskonale, że jest coś takiego, więc skończ te pieprzone podchody.
Maurice Santana