Milo nie zawsze od razu wychylał się ze spostrzeżeniami, czasami w ogóle tego nie robił, ale nie oznaczało to, że nie obserwował. Tam, gdzie Dylan widział nawyk i konieczność dla zachowania świętego spokoju on widział coś, co być może łączyło ich obu.
Nie wykluczał, że w swoim małym studium przypadku mógł przestrzelić z wnioskami, wydawało mu się jednak, że wie na co patrzy.
Poczucie kontroli.
W przypadku Milo wynikało ono z prostego równania: panowanie nad sytuacją oznaczało bezpieczeństwo, na wielu płaszczyznach zresztą i w świecie, który dotąd nie był dla niego szczególnie łaskawy. Spadek o jedno oczko w łańcuchu pokarmowym obrastał w ryzyko, być może brak jakiegokolwiek posiłku, miejsca do spania, utratę przychylności lokalnej społeczności tych, którzy współdzielili z nim przez kilka lat uliczną dolę. Kiedy nie miał kontroli - nie miał nic do powiedzenia. Wtedy decydowano za niego. Wtedy zostawiano go za sobą, bo nie przynosił żadnej korzyści. Odwracano wzrok i nie liczono się z tym za czym wyciągał ręce.
Dylan był większą zagadką, bo podobnie jak on sam, nie powiedział mu jeszcze zbyt wiele na temat swojej przeszłości. Milo wiedział już, że dość wcześnie stracił matkę, że miał parkę młodszego rodzeństwa, które kochał prawdopodobnie mocniej niż mieli o tym pojęcie, ojca, o jakim z kolei słyszał najmniej i, no cóż. Z pewnością miał większe powodzenie w towarzystwie, każda domówka przyjmowała go z otwartymi ramionami, a on pozwalał im się objąć. Rivera nie wiedział tylko czy dlatego, że był aż tak rozrywkowym człowiekiem czy stąd, że nie wiedział co zrobić z ciszą i brakiem jakiegokolwiek zajęcia. Być może nie wiedział co zrobić w chwili, w której obfitujący w obowiązki, pozostający w niemal nieustającym chaotycznym ruchu świat na krótko pozwalał mu się zatrzymać. I mimo, że w niektóre dni widział jak Dylan ledwo trzyma się na nogach po wydłużonej zmianie na kuchni, po kilku laboratoriach, wykładach i czymś pomiędzy, tak naprawdę ani razu nie poprosił wprost o pomoc.
Propozycja z obiadem na wynos była również pierwszym delikatnym sygnałem ze strony Milo, który nie chcąc narzucać mu zbyt oczywistego i nachalnego protekcjonalizmu postanowił uchylić te drzwi by na przyszłość Gauthier przynajmniej zaczął je zauważać.
一 Francja i Włochy 一 powtórzył bez przekonania; dla niego to po prostu była zajebiście smaczna zupa i pieruńsko kuszące ciastka, ale jeżeli Dylan czerpał radość z poszerzania jego kulinarnych horyzontów, nie miał nic przeciwko zaadoptowaniu kilku łamiących język terminów.
I ledwie parę sekund później Milo posłał mu nagle zupełnie poważne, twarde spojrzenie przez stół.
一 Okay, güerito. Jeżeli ktoś ma tu gotować chili to będę to ja.
O ile odkąd Gauthier wprowadził się do wolnego pokoju i ich codzienność zaczęła się naturalną siłą rzeczy splatać, a Rivera oddał mu nawet dyktat nad kuchnią, w tym jednym nie mógł się zgodzić. Granica jego akceptowalności i poddaństwa w tym zakresie kończyła się tam, gdzie zaczynało się robić rodzimie, tak, jakby natura dostawała nagle kuksańca i kazała mu ostro zaoponować. Co ciekawe, to, że Milo potrafił spopielić garnek gotując w nim wyłącznie jajko na twardo kamień z jakiegoś cudownego, magicznego powodu reguła dwóch lewych rąk przestawała działać ilekroć czy to z nudów czy z głodu i pamięciówki przygotowywał coś znajomego. Coś, co zawsze pachniało jak limonka, pomidorowa salsa, nasiona kolendry i z kpiną patrzyło na pieprz.
W odpowiedzi na całkiem słuszną uwagę - szok termiczny - parsknął śmiechem prosto w zupę.
一 Uważaj, bo zbliża się sesja. W tym roku Sherman ma analizę matematyczną i coś czuję, że zdąży obrzydzić mi moje kochane funkcje. W zeszłym semestrze dał na egzaminie zagadnienie Plateau... boże, co ja bym dał za prostą katenoidę... w każdym razie będę chodził na rzęsach, zalewał kawę energetykami i jak stracę choć jeden pierdolony punkt to przysięgam, że podpalę kampus. Ach, no i piżama. Pilnuj, żebym chodził przynajmniej ubrany w spodnie, hmm?
Jeszcze przez moment Milo połowicznie znajdował się z nim w kuchni nad miską dokańczanej zupy, drugą myślał ciepło o bryłach obrotowych i rachunku wariacyjnym, zanim znów został przywołany do stołu i tematu.
一 Nonsens. 一 Rivera zmarszczył nos i wycelował w niego oskarżycielsko łyżką. 一 To przemiła kobieta. W sensie, na zdjęciach wygląda na uroczą, nie wierzę, że zignorowałaby tak profesjonalną ofrendę. I kakao. I... joder, co ty, pięć lat masz czy co? 一 prychnął z udawaną urazą, bo gdy Dylan chwycił go obiema łydkami i lekko pociągnął za kostkę, ten niemal zjechał ze stołka. Miał ochotę zrobić to samo, ale niestety Gauthier taktycznie oddelegował się po herbatę.
Zapytany o zasilanie wzruszył ramionami.
一 Zajmuję się fizyką, matematyką, generalnie rzeczami, które można zbadać i określić w sposób ścisły. Za pomocą jednostek. Filozofia to nie moja domena, przedobrzyłem z metaforą.
Cytrynowe ciastko do jakiego wreszcie pozwolono mu się dobrać pachniało intensywnie i już w palcach czuł, że jest przyjemnie kruche.
Wystarczyło za to jedno zdanie i następujące po nim stwierdzenie, by Milo z otwartymi ustami i ciastkiem między wargami wstrzymał się od ugryzienia i bardzo powoli przeniósł spojrzenie prosto na Gauthiera przepychającego ku niemu jakieś... krzywdząco trafne pytanie.
Nie odpowiedział od razu, coś przemrukując, wzruszając raz jednym ramieniem raz drugim. Wzrok uciekł mu do szalenie porywającej lektury - spisu alergenów na papierowym, ostygłym kubku, na którego wieczku na moment złożył ciasteczko.
一 Powiedzmy. Może. Gdyby tak było - zabiłbyś mnie śmiechem?
Pytanie było ostrożne, wyważone, Milo ewidentnie badał grunt i robił to pomału, uzależniając resztę odpowiedzi od reakcji. Nie wyłapał w lot, że Gauthier ma na myśli tradycyjne, nikogo już nie szokujące w tych czasach calaveras, a nie ewentualne eksperymenty z eyelinerem i rozświetlaczem w łazience, do czego Rivera niestety nie miał wprawy i jak dotąd trzymał temat zamknięty dla niepoznaki w typowo robocze, metalowe pudełko nieróżniące się niczym od tych, w jakich zwykł trzymać masę tajemniczych elektronicznych komponentów pod łóżkiem.
Na myśl o wianku jego spojrzenie zmiękło, nawet westchnął sobie cicho przez nos z brodą wyłożoną płasko na blacie, jak i on cały zresztą, bo przecież nie mógł wyprostować się i siedzieć jak normalny człowiek.
Dylan Gauthier