Nie odpowiedział od razu.
Patrzył przez chwilę przed siebie, jakby próbował skupić wzrok na czymś odległym, na pojedynczym punkcie, który mógłby pomóc mu zebrać myśli. Ale one się nie chciały ułożyć w żadnym logicznym porządku, wirowały wokół jak kawałki szkła po eksplozji ostre, chaotyczne i niebezpieczne. Światło jarzeniówek oświetlających wnętrze parkingu odbijało się w szybie po stronie pasażera, w której widział własne odbicie - obce, groteskowo spokojne.
Jacob Brown.
Nie David.
Nie ten człowiek, którego znała.
Odetchnął płytko. Nie patrzył na siedzącą obok blondynkę, nie mógł się jeszcze na to zdobyć. Dłonie trzymał na udach, palce naprężone, gotowe w każdej chwili sięgnąć po klamkę. Nie dlatego, że chciał uciec od niej (choć powinien), tylko od samego siebie, od tej sytuacji i wspomnień, które wyciągała z niego jakby wpychała palce w stare, nie do końca zagojone rany.
-
To… to nie była decyzja, o jakiej myślisz, Bronte. - Głos mu zadrżał, może z emocji, może z napięcia, którego nie był w stanie dłużej tłumić. A może ze strachu, że niezależnie od tego jak bardzo starałby się jej wyjaśnić, ona i tak będzie widziała w nim okropnego faceta, który zostawił swoją rodzinę. Na moment zacisnął powieki i potarł je palcami jednej dłoni. -
Nie mogę o tym mówić. - W końcu odważył się na nią spojrzeć. -
Uwierz mi, chciałbym, ale… to nie jest coś, co mogę opowiadać. I to nie dlatego, że ci nie ufam. - Zacisnął szczęki, z trudem przełykając ślinę. Czy jej ufał? Niby nie miał powodów, żeby nie ufać, ale z drugiej strony... nie ufał nikomu. Odkąd żył życiem innego żłowieka, nie potrafił zaufać nawet swojemu odbiciu.
Powietrze w samochodzie zrobiło się gęste. erwowym ruchem przesunął dłonią po spiętym karku. W jego oczach było to samo napięcie, które widuje się u ludzi zbyt długo żyjących w stanie gotowości. Strach, wyczulenie na każdy dźwięk, płochliwość objawiająca się w spięciach i gwałtonych ruchach ciała - to wszystko było częścią tego, kim stał się w procesie koniecznych zmian.
Znowu milczał przez kilka ciężkich od napięcia sekund, próbował uspokoić myśli, zanim powie za wiele. Ale im dłużej trwała cisza, tym bardziej czuł, że pali go od środka to, jak Bronte na niego patrzyła, jakby próbowała przebić się wzrokiem przez warstwy, które przez ostatni rok budował.
-
Nie wszystko, co wygląda źle, naprawdę jest złe. - W końcu się odezwał, cicho i pokrętnie. -
Czasem to po prostu... jedyny sposób, żeby zatrzymać katastrofę, zanim wszystko runie. - Odwrócił wzrok na maskę widoczną przez przednią szybę samochodu. Ton napęczniały złością mieszającą się z poczuciem winy brzmiał tak, jakby rozmawiał bardziej z własnym sumieniem niż z drugą osobą. -
Powiedzmy, że zobaczyłem i dowiedziałem się zbyt wiele. I teraz ponoszę konsekwencje zrobienia czegoś z tą wiedzą. - Kąciki jego ust drgnęły, jakby chciał się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego tylko gorzki grymas. Wcale nie było mu łatwo mówić, tym bardziej ze świadomością, że nie powinien w ogóle tu być, nie powinien z nią ani razu rozmawiać. Narażł siebie i ją, szczeglnie biorąc pod uwagę to, co go spotkało poprzedniego dnia w pracy i jak wyglądała dzisiejsza rozmowa z nadzorcą.
Prychnął tak, jakby w jednej chwili zalała go paląca frustracja. Odwrócił się do niej powoli, spojrzenie miał ciężkie, zmęczone, a jednocześnie przepraszające. Marszczył brwi tak, jakby miało ją to ponaglić do zrozumienia jego bardzo niezrozumiałych słów.
-
Ludzie myślą, że to wszystko działa jak w filmach. Nowe nazwisko, nowe życie, koniec problemów. - Wzruszył ramionami. -
Tylko że to gówno prawda. Każdego dnia budzisz się z myślą, że ktoś może cię rozpoznać. Że może to właśnie dziś do drzwi zapuka ktoś, kto nie powinien. Gdybym ci wszystko powiedział, naraziłbym cię bardziej, niż możesz sobie wyobrazić. Już samo to, że tu siedzimy, jest ryzykiem. - Speszony swoją własną nagłą odwagą na patrzenie na nią wprost, mimo pogardy i niechęci, do których miała pełne prawo, przeniósł wzrok na jej dłonie na kierownicy. Następnie dodał cicho, niemal jakby to nie miało już znaczenia:
-
Nie zrobiłem niczego, czego bym nie musiał. Ale zapłaciłem za to wszystkim, Bronte. Dosłownie wszystkim. - Zapłacił własnym życiem. Niezaleznie od tego, że siedział tu teraz, oddychał, to naprawdę rok temu David zginął. Stracił wszystko, co składało się na Davida - wykształcenie, pracę, dom, rodziców, żonę i małą córkę. Wszystko, co nadawało sens, na co pracował, co sobie cenił i kochał.
Stał się nikim.
Bronte Rosenthal-Murray