Zamarła, gdy huk rozdarł powietrze.
Świst tuż przy uchu uderzył w nią mocniej niż sam dźwięk, który jeszcze przez długie sekundy dudnił w głowie. Zapach prochu mieszał się z ciężkim, dusznym powietrzem, a serce, choć zabiło z opóźnieniem, biło teraz zbyt głośno i mocno. Miała wrażenie, że nawet on je słyszy. Oddech niekontrolowanie drżał, a ona czuła jak strach wypełnia każdą komórkę jej ciała. Jak całe, zbudowane przez ten długi czas zaufanie pęka nieodwracalnie.
Przez kilka sekund nawet się nie poruszyła, mając utkwione w nim swoje przerażone spojrzenie. Palce drżały, kiedy wciąż ściskała jedną kartkę, która nagle, w ułamku sekund, straciła sens. Zwykły kawałek papieru, z danymi, które nagle ważyły tyle co jej życie.
Bała się. Naprawdę się bała.
Tego, że jeśli się poruszy zbyt gwałtownie, to następnym razem już nie chybi.
Ale strach nie był jedynym, co w niej teraz kipiało. Złość. Poczucie zdrady. Obrzydzenie. I to bolesne, rozdzierające uczucie, że ktoś, komu pozwoliła być blisko, właśnie zniszczył coś, czego nawet nie potrafiła nazwać.
Nie odpowiedziała mu. Serce waliło jej w piersi tak mocno, że miała wrażenie, że zaraz się udławi. Każdy oddech był cięższy. Chociaż właśnie przekonała się, że jego życie to o wiele więcej niż firma, a on ma na rękach krew cholernie wielu ludzi, to wciąż tam stała z głupią nadzieją, że do niej nie strzeli. Teraz jednak nie była tego pewna, bo znalazła się w pokoju z kimś, kogo nie znała.
Teraz po prostu ją przerażał.
Nie wiedziała, kiedy jej dłonie zaczęły drżeć mocniej. Nie dlatego, że się bała, choć się bała cholernie, tylko dlatego, że z każdą jego kolejną sylabą pękało w niej coś, co próbowała utrzymać w całości.
—
Gdybym zapytała, tak jak mówisz, gdybym po prostu przyszła i zapytała, powiedziałbyś mi prawdę? Czy może tylko tyle, ile byłoby ci wygodnie? Tyle, żebym się zamknęła i przestała pytać? — Nie spuszczała z niego wzroku, choć każde spojrzenie w jego kierunku bolało bardziej niż wcześniejszy strach. —
Jeśli miałabym ci wierzyć, to chciałabym wiedzieć, w którą wersję ciebie wierzę. Bo wygląda na to, że znałam tylko tę część, którą pozwoliłeś mi poznać. A reszta… — odwróciła wzrok na stos papierów, rozrzuconych wciąż po biurku. —
Reszta to rzeczy, o których nigdy nie zamierzałeś mi powiedzieć. — Zamilkła na moment, wciąż czując na sobie jego chłodne spojrzenie. —
Więc nie mów mi, że wystarczyło zapytać. Bo oboje wiemy, że i tak powiedziałbyś tylko tyle, ile byłoby ci na rękę — dodała. Nie było w niej już gniewu, tylko ten lodowaty, pusty smutek, który pojawia się wtedy, gdy człowiek uświadamia sobie, że nic, w co wierzył, nie było prawdą.
Trzymając odpowiedni dystans, słuchała jego kolejnych, bolesnych słów, ale na dobrą sprawę, nie wiedziała czy cokolwiek, co teraz mówi, było prawdą czy tylko kolejnym, świetnie utkanym kłamstwem. Nie mogła być niczego pewna, gdy chodziło o niego, nawet jeśli teraz nie miał powodu, aby ją okłamywać. Domyślała się, że nie opuści tego pokoju żywa. Nie po tym, co widziała i czego się dowiedziała. Widziała to w jego lodowatym spojrzeniu.
I wycelowanej w nią broni.
Navi nie odpowiedziała od razu. Przez dłuższą chwilę po prostu milczała, jakby jej własne myśli przestały nadążać za tym, co właśnie usłyszała. Czuła się, jakby coś twardego, jak lód, zsunęło się jej po wnętrznościach i je przytrzasnęło. Jego słowa zaczęły się układać w jej głowie. Każde jedno, jak element układanki, który do tej pory nie pasował, a teraz nagle zaczął wskakiwać na miejsce.
Jeśli to nie był jego rozkaz, jeśli naprawdę nie wiedział, to znaczyło, że ktoś inny to zrobił. Ktoś z jego ludzi. Ktoś, kto miał dostęp do wszystkiego. Ktoś, kto działał za jego plecami.
Zaczęła rozumieć, że cała ta historia, którą sobie złożyła w głowie, o nim, o tym, że ją wykorzystał, o jego grze, może nie do końca była prawdą. Przynajmniej w niektórych aspektach, ale to wcale nie sprawiało, że było jej lżej. Właśnie teraz zaczynała czuć coś o wiele gorszego.
—
To po co się wtedy pojawiłeś? Nie miałeś żadnego powodu, żeby się tam zjawić. Czemu więc po mnie przyszedłeś? — spytała, nie spuszczając z niego spojrzenia. Zrobiła krok do tyłu, ostrożny, bo wciąż nie wiedziała, czy mężczyzna przed nią nie zdecyduje się pociągnąć za spust. —
Wiedziałeś, że tam będę. Wiedziałeś dokładnie, gdzie mnie znaleźć. — Jej spojrzenie nie było już tylko przerażone. Była w nim też bezradność pomieszana z próbą zrozumienia, z desperacją, żeby znaleźć sens w tym wszystkim. —
Jeśli to nie był twój ruch, to czyj był? — spytała, zaciskając dłonie, by ukryć drżenie palców.
I dlaczego miałby ryzykować własne życie, żeby odzyskać kogoś, kto w jego świecie był przecież tylko jedną z wielu.
Giovanni Salvatore