Cokolwiek Maurice mógł sobie o niej myśleć, to ona wcale nie była już promykiem nadziei w świecie pełnym brutalności, śmierci i przestępczości zorganizowanej - ona była już integralną częścią tego świata i chociaż oczywiście z pozoru i na zewnątrz wygląda przede wszystkim na urokliwą żonę
gangstera biznesmena, tak poza całym teatrzykiem, który musiała odgrywać była po prostu kobietą, którą pozbawiono wolności, którą skrzywdzono i to wielokrotnie oraz taką, która musiała walczyć o przetrwanie za wszelką cenę. To, co miała dzisiaj, na co sobie zapracowała długimi staraniami i budowaniem zaufania u mężczyzny, który był prowodyrem całego koszmaru w jej życiu - było
namiastką normalności w walce o własne życie.
Mogliby się na wielu płaszczyznach doskonale z Santaną zrozumieć, gdyby chociaż spróbowali dojść do względnego porozumienia albo gdyby chociaż podjęli cień normalnej rozmowy. W ostateczności ona doskonale rozumiała to, że w trakcie walki z napastnikiem nie myślał o niej - owszem, Dante mógłby mieć wiele obiekcji, co do jego działania i faktu, że pozostawił Albę samą sobie, ale ostatecznie musiał przecież walczyć także o swoje życie, bo gdyby ten nóż zranił go poważniej, to z pewnością nie pomógłby jej już w żaden inny sposób. Całość jego działania, nawet jeżeli skupiona wokół walki o własne życie i tak powiązana była przede wszystkim z zapewnieniem jej bezpieczeństwa - musiał żyć i być pełni sił, aby jej je zapewnić, dlatego zrozumiałym było to, że na tym skupiał się w stu procentach. Alba za to była dobrym obserwatorem - i skupiała uwagę na detalach; co prawda sama była rozdygotana, przerażona, w pełni pochłonięta obserwowaniem potyczki Moe z napastnikiem i tego na czyją szalę przechyla się wygrana, jej serce galopowało w zastraszającym wręcz tempie, po karku spłynęło kilka kropli potu, a nieco niewygodna sukienka wyraźnie jej teraz ciążyła, niemniej jednak dostrzegała zawziętość w działaniach ochroniarza. Szczególnie skupiła na tym uwagę w momencie, w którym już go obezwładnił i przycisnął z całą siłą do ziemi, napierając ramionami na jego kark, niemal go przy tym dusząc. Owszem, mógł się w ten sposób głównie odwdzięczać za całą szarpaninę i krwawiącą ranę na ramieniu, pragnąc zadać napastnikowi nieco więcej cierpienia, na co istotnie sobie zasłużył - ale Alba miała wrażenie, że było tam jednak
coś więcej. Ta zaciętość w postawie Maurice’a i jego intensywne spojrzenie nie były tylko naładowane adrenaliną - dostrzegała tam więcej emocji, ale nie potrafiła odnaleźć ich źródła.
Póki co nie przejmowała się tym zbytnio, raczej szybko uleciało to z jej głowy, bo musiała dostarczyć mu potrzebne rzeczy do obezwładnienia porywacza. Potem już obserwowała jak Moe precyzyjnie go wiązał, być może nawet będąc pod wrażeniem tej precyzji - i mimo wszystko odnosząc wrażenie, że był odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu. Znał się na tym co robił, był w tym szybki, dokładny i emanował siłą, której można było mu pozazdrościć. Tak, miał najpewniej swoje lata, chociaż Alba nie znała szczegółów jego metryki, to przecież wiek było widać mimo wszystko gołym okiem, ale i tak nadal pozostawał w świetnej formie i nie miała, co do tego wątpliwości. Nie targnęły nią też większe emocje, gdy Santana sprzedał nieprzytomnemu mężczyźnie kilka może nieco niehonorowych kopnięć w brzuch - co prawda widziała go w takiej „roli” pierwszy raz i dopiero teraz mogła zaobserwować go w akcji, ale fakt był taki, że Maurice nie mógł jej bardziej do siebie zrazić, a na pewno nie tym co właśnie robił. Jego słowa zadały jej mimo wszystko więcej bólu, a do przemocy fizycznej była poniekąd przyzwyczajona i najpewniej sama zatraciła już gdzieś po drodze to bezkresne dobro, które kiedyś w sobie pielęgnowała. Mimo wszystko czuła się też odpowiedzialna za to wszystko - owszem, on nigdy nie powinien był znaleźć się w klubie, który był tak chroniony, nie powinien się tu przedostać podstępem i w ogóle nie powinien mieć do dostępu do Alby - ALE - to przecież ona nagięła zasady, to ona wymknęła się bez słowa na ten cholerny parking i to ona znalazła się tutaj bez bezpośredniego wsparcia Moe, chociaż ten miał być jej cieniem i miała się nigdzie bez niego nie ruszać.
Tylko tyle i aż tyle. Chociaż zmiennych było więc dużo i wina rozkładała się równomiernie po wszystkich, to jednak te wyrzuty sumienia jej ciążyły, bo to ona była ostatnim ogniwem, które pomogło napastnikowi przejść do działania - podała mu się na złotej tacy. Przeprosiny wypłynęły więc z niej automatycznie - powiedziała to tak, jak czuła, ale wiedziała, że to nie był odpowiedni moment, w czym najlepiej utwierdziła ją reakcja Santanty; chociaż ewidentnie było widać grymas bólu na jego twarzy, duma nie pozwalała mu się do tego przyznać, a przy tym trochę zbył jej skruchę, z pewnością nie zyskując tym w jej oczach. Ale domyślała się już, że wcale mu na jej przychylności nie zależało, zważywszy na to, co miało miejsce na tamtych hotelowym parkingu. Zamilkła więc, nie wdając się w dalszą dyskusję i nie racząc go już nawet słowem - po prostu obserwowała poczynania reszty ochrony, gdy łaskawie już znaleźli się na parkingu, w międzyczasie besztając ich za to wszystko, bo oczywistym było, że Dante o wszystkim się dowie, a to z pewnością ściągnie im na głowę jego gniew. Właściwie była wdzięczna za to, że nikt teraz nie zwracał na nią uwagi, bo wszyscy skupieni byli w całości na napastniku i niemal widziała, jak każdy z ludzi Boucher’a aż palił się do tego, by wyładować na nim złość, a potem oczywiście pozbawić go życia. Ten, kto by to zrobił, z całą pewnością zyskałby cenny punkt. Mimo wszystko z lekkim obrzydzeniem obserwowała to, jak znęcali się nad tym człowiekiem, chociaż nie miała dla niego zbyt wiele litości, bo przecież on nie miałby jej dla niej, ale mimo obracania się wśród tej brutalności, ta nadal miała na nią negatywny wpływ - i obrzydzał ją ten widok. Nie mogła nic na to poradzić, ale niestety musiała patrzeć - nie raz i nie dwa była do tego zmuszona, więc teraz skutecznie skrywała emocje. Odetchnęła z ulgą dopiero wtedy, gdy na horyzoncie pojawił się znowu Moe, który zniknął na chwilę - na ramieniu którego dostrzegła też prowizoryczny opatrunek, więc jak zgadywała tym się właśnie zajmował, chociaż mogła mu w tym pomóc, ale nie zamierzała się wychylać - a teraz powstrzymał jednego z ochroniarzy przed kolejnym kopnięciem w nieruchome ciało tego chłopaka.
Chęć przesłuchania go zrodziła się w jej głowie nagle - poczuła nagły przypływ adrenaliny, gdy Santana stwierdził, że trzeba się go pozbyć po cichu, bo przecież nie mogli tak po prostu go zabić: należało chociaż spróbować go przesłuchać albo przynajmniej zobaczyć, czy sam będzie skłonny coś powiedzieć. Dante z pewnością by na to właśnie nalegał albo zrobiłby to sam i pewnie najlepiej ze wszystkich - ale nie było go tutaj, a jeżeli chcieli -
a Alba chciała - powrotu do normalności, to musieli działać skutecznie. Tylko tak mogli powstrzymać te ataki, dowiadując się, kto był za nie odpowiedzialny i co dokładnie ten ktoś planował. Skrzyżowała więc ręce pod biustem, gdy Santana obrzucił ją lekceważącym spojrzeniem, ale zniosła ciężar jego spojrzenia i uniosła wymownie brew ku górze, nie zważając na to, iż zwrócił się do niej po imieniu w obecności innego pracownika czy że nieco lekceważący ton przebijał się również przez jego słowa. -
Tak, właśnie tego chce - zapewniła zdecydowanym tonem, kręcąc przy tym lekko głową. Owszem, ten ostentacyjny sposób, w jaki obrzucił ją wzrokiem w pewien sposób ją zirytował, zwłaszcza po tych ich wspólnych przebojach, ale w żaden sposób tego nie skomentowała. -
To może zorganizuj to przesłuchanie, to się przekonasz. Wydaje Ci się, że nie byłabym w stanie tego zrobić? Że nigdy nie widziałam podobnego przesłuchania? To chyba nieszczególnie dobrze znasz swojego szefa - wyrecytowała ostro, z nutką obrzydzenia względem podobnych praktyk i zachowania swojego małżonka, ale niestety taka była prawda; Dante chciał zdusić w niej to dobro i zrobić z niej nie tylko swoją marionetkę, ale również kobietę silną i bezwzględną - musiała więc oglądać podobne praktyki, wielokrotnie widziała, jak odbierał komuś życie i równie często słyszała błaganie o litości. Domyślała się, że ich dzisiejszy napastnik o nic nie będzie błagał, ale z drugiej strony była zdeterminowana do tego, by chociaż spróbować. -
Poza tym ja nie muszę brudzić sobie rąk, od tego mam Ciebie, tak? - obrzuciła go w odwecie spojrzeniem, w podobny, oceniający sposób, prezentując nadal to swoje niezadowolenie, które dusiła w sobie przez ostatnie dni, gdy milczała w zamknięciu -
Więc będziemy wzajemnie się sobie śmiać w twarz, ale chce posłuchać, co ma do powiedzenia i czy w ogóle coś. Zależy mi na tym, żeby to całe zamieszanie dobiegło końca, nie chce mieć ochrony 24 godziny na dobę i ochroniarza, który snuje się za mną jak cień - posłała mu sugestywne spojrzenie, w oczywisty sposób nawiązując do jego osoby -
Więc przesłuchamy go, czy Ci się to podoba czy nie. I kto powiedział, że będziemy rozmawiać po angielsku? - dodała pewnie, ruszając za nim w stronę samochodu, na pace którego siedział już przywiązany napastnik. Weszła na nią razem z nim, a kiedy szarpnął za jego głowę, skupiła wzrok na tatuażu - kontur sowy, który Albie z oczywistych względów kompletnie nic nie mówił, ale przejęcie na twarzy Moe pozwalało jej sądzić, że to nie zwiastowało nic dobrego. Mimo to wyraz jej twarzy pozostawał ostry i zdecydowany. -
Co to za tatuaż? Co oznacza? - zapytała wprost, żądając odpowiedzi od Maurice’a - doskonale widziała po jego mimice, że wiedział z kim mieli do czynienia, więc musiała również poznać specyfikę rywala -
Dlaczego sam tatuaż wystarczy? - dopytywała, gdy Moe się odsunął -
Naprawdę sądzisz, że ktokolwiek cokolwiek sypnie, gdy pokażesz mu ten tatuaż? Jeżeli są na tyle perfidni, by próbować mnie uprowadzić, to z pewnością wiedzą jak zadbać o to, by ktoś milczał - sprecyzowała, irytując się kolejną lekceważącą postawą Santany, gdy ten zmierzał już do zejścia z paki, by najpewniej rozdysponować kolejne polecenia. Już miała nawet rzucić ostrzej, by jej nie lekceważył, ale nie zdążyła nawet otworzyć ust, bo uprzedził ją sam napastnik. Dotarł do jej uszu niemal bezgłośny półszept w języku hiszpańskim, który doskonale rozumiała, ale być może Maurice liczył na to, że jednak słowa ów
młodego gangstera jednak nie są dla niej oczywiste. Przeskakiwała wzrokiem pomiędzy nim, a Santaną, w końcu skupiając zdziwione spojrzenie na twarzy szaleńczo uśmiechniętego mężczyzny, którego przekrwione oczy właśnie na nią spoglądały. Kiedy usłyszała znajomą ksywkę Moe, o której bynajmniej nie chciał mówić i która wprawiała go w lekką frustrację, szybko skierowała na niego pytający wzrok, dostrzegając wyraźne napięcie na jego twarzy. Trybiki w jej głowie pracowały na najwyższych obrotach i bardzo nie spodobało jej się to, że najpewniej znał napastnika, a nie wspomniał o tym ani słowem.
-
Znasz go? - spytała cicho, w pierwszej kolejności kierując te słowa do ochroniarza, ale zaraz zwróciła zdeterminowane spojrzenie na ironicznie uśmiechającego się chłopaka -
Skąd wiesz, jak do niego mówią? - spytała płynnym hiszpańskim, nie zaskakując tym napastnika w żaden sposób, zapewne doskonale wiedział, że go zrozumie, bo był przygotowany do dzisiejszego ataku.
-
Bardzo dużo wiem, a Ty… - obrzucił ją obrzydliwym spojrzeniem, na które w żaden sposób nie zareagowała -
…i Butcher nie macie pojęcia, kogo przyjęliście w swoje szeregi - wyrzucił z siebie z cynicznym uśmieszkiem, spluwając po chwili krwią. Odkaszlną, a potem spojrzał pogardliwie na Santanę. -
Nie pochwaliłeś się, Stakes?
Spięła się, słysząc te aluzje w jego kierunku - z całą pewnością chłopak wiedział coś, czego nie wiedziała ona i co Santana przed nimi ukrywał. Mógł oczywiście kłamać, grać na czas, ale… coś w jego spojrzeniu i w sposobie, w jaki patrzył na niego Moe mówiło jej, że coś tutaj było mocno nie tak.
-
O co tutaj chodzi? - spytała wprost, wbijając ostrzejsze spojrzenie w Maurice’a, który najwyraźniej nie bardzo wiedział, co począć, ale to napastnik nie dał mu dojść do głosu.
-
Straty w ludziach bolą - wydusił z siebie, nieco z trudem, ale nie zrażał się swoim stanem. Świetnie się bawił w całej tej sytuacji, chociaż jego sytuacja ogólnie była beznadziejna. Jego słowa dały jej do myślenia, bo najwyraźniej nawiązywał do ataku w restauracji, ale… -
Stakes coś o tym wie - napotkała to jego szaleńcze spojrzenie, zwieńczone cynicznym uśmieszkiem -
Ale wiedza ma swoją cenę - dodał, insynuując, że oczekuje czegoś w zamian, a kiedy już miała się odezwać, pojawił się Doug, najwyraźniej zniecierpliwiony przedłużającą się na pace sytuacją. Alba znowu przeskoczyła spojrzeniem pomiędzy napastnikiem, a Santaną, a potem posłała gniewne spojrzenie Doug'owi, karcąc go tym samym.
-
Nie teraz, do cholery! Odejdź stąd, potrzebujemy jeszcze chwili - poleciła szybko, ale nim się zorientowała w sytuacji i nim zdążyła się odwrócić, chętny do rozmowy napastnik ponownie był już nieprzytomny. Ogarnęła ją wściekłość - równie wściekłe spojrzenie skierowała na Moe. -
Co mu zrobiłeś?! - ruszyła w jego kierunku i gniewnie uderzyła go w klatkę piersiową, próbując w ten sposób odepchnąć go od napastnika, ale najpewniej jego postawna sylwetka nawet nie drgnęła. Nieufność, która nią targała Moe wzbudził w niej sam, gdyby sytuacja między nimi była bardziej klarowna, a przynajmniej bardziej pozytywna, z pewnością to wszystko też wyglądałoby inaczej. Ale w tej sytuacji… -
Mówił. Mówił o Tobie. Co Ty próbujesz ukrywać, co?
Maurice Santana