W jego domu panowały surowe, ale proste zasady, nikt nie miał prawa wtrącać się w życie prywatne Mortimera, nawet gdy gosposia, która pracowała tutaj odkąd mężczyzna miał zaledwie dwa latka czasami patrzyła na niego z czułością, jakby był jej synem, to mężczyzna nie przyjmował do siebie żadnych odstęp do panujących tutaj zasad. Lubił ład, który wprowadził w tym domu, nawet gdy miał z nim wiele związanych wspomnień, głownie to koszmarów, które czasami spędzały mu sen z powiek. Lubił swoje życie, bo zapracował na nie sam, chociaż miał wrażenie, że od jego urodzenia ojciec zaplanował całą jego ścieżkę kariery ale i także dorosłe życie. Nie przyznawał się do tego przed samym sobą, ale brakowało mu jakiejkolwiek troski czy przejawów dobrych emocji czy uczuć, które odganiał od siebie za każdym razem gdy pojawiały się za rogiem. Był skoncentrowany na tym, żeby dążyć do swojego celu i żeby osiągnąć jak najwięcej, nie miał czasu na to, żeby mieszać się w jakiekolwiek związki, czy romanse. Mortimer nie należał do takich osób. Od trzech lat nigdy nie popełniał błędów, bo wiedział z czym się to wiąże, nawet gdy jego ojciec od pięciu lat leżał w trumnie na cmentarzu gdzie pojawiał się zawsze w dniu rocznicy jego śmierci, żeby postać przez chwilę nad grobem, to wiedział, że nadal miał na niego wpływ.
Ciężko było pozbyć się tego ciężaru, który czuł na swoich barkach, tego cichego głosu, który mu mówił, że jego ojciec gdyby żył to byłby z niego dumny, jednak nigdy nie usłyszał od niego tych dwóch, ważnych słów.
Zaczerpnął mocno zimnego powietrza i przymknął oczy gdy po drugiej stronie słuchawki jego telefonu mężczyzna jąkając się przepraszał go za niedogodności, miał dzisiaj wylecieć do Nowego Yorku na spotkanie, ale niestety przez pogodę odwołali jego lot, zacisnął mocniej szczękę a potem palce na małym prostokącie, który miał przy uchu.
Załatw to jak najszybciej.
Tak brzmiał jego rozkaz, bo Mortimer nie nauczył się prosić, dla niego istniały tylko rozkazy, które słyszał od dziecka.
Musisz być najlepszy.
Musisz pokazać im kto tutaj rządzi.
Nacisnął czerwoną słuchawkę i kazał swojemu szoferowi odwieźć go z powrotem do posiadłości. Wysiadając z samochodu przemierzył krótką drogę od auta do drzwi wejściowych będąc witany przez swojego lokaja, przez te wszystkie lata nauczył się ignorować tych wszystkich ludzi, którzy mu usługiwali i większość znało go jako chłopca, który bał się własnego ojca, a teraz patrząc na pryzmat tych wszystkich lat, po prostu się w niego zamieniał.
—
Będe w swoim gabinecie — krótkie zdanie wyrwało się z jego ust gdy oddawał płaszcz lokajowi, który skinął delikatnie głową na jego słowa, nawet gdy Ci wszyscy ludzie znali go od małego dziecka i pracowali tutaj od wielu lat najpierw dla jego ojca, a potem dla niego to nauczyli się do niego szacunku. Wiedział, że za jakąś godzinę do jego gabinetu zapuka gosposia, która przyniesie mu czarną kawę oraz jakieś jedzenie, nigdy jednak nie przekroczyła progu tego gabinetu, który był jego utrapienie ale i także w pewien sposób
azylem. To w tym pomieszczeniu znosił wszystkie kary wymierzone przez swojego ojca, to w tym miejscu uczył się jak przetrwać w otaczającym go świecie.
—
Znajdź Lucy i przyślij ją do mnie — wyrzekł jeszcze w stronę swojego służącego, zanim nie skierował się przez pusty korytarz na piętro gdzie mieścił się jego gabinet.
Lucy Everhart, kolejne jego utrapienie, z którą zgodził się zawrzeć pewien prosty układ, miała mu towarzyszyć podczas wszystkich towarzyskich spotkań i ładnie wyglądać u jego boku, on natomiast dał jej dostęp do konta bankowego gdzie wisiała spora sumka, którą miała przeznaczyć na rozpieszczanie samej siebie i na to, żeby u jego boku wyglądać….
Przyzwoicie.
Odetchnął głęboko gdy do drzwi za którymi przeżywał nie jeden koszmar dzieliło go zaledwie parę kroków, zawsze gdy przed nimi stawał wahał się przez parę sekund z naciśnięciem klamki słysząc cichy głos w głowie swojego ojca, który znowu wymierzał mu karę gdy ten patrzył na niego przez biurko, tylko że drzwi były uchylone gdy tam dotarł.
Przełknął ślinę i zdusił przekleństwo, które cisnęło się na jego usta, uchylając bardziej drzwi, żeby zobaczyć w środku zaciekawioną dziewczynę, która stała na środku pomieszczenia.
—
Co powiedziałem o wchodzeniu do mojego gabinetu?
Jego głos był zimny, tak samo jego spojrzenie gdy ten przekroczył próg pomieszczenia, a za jego plecami rozległ się odgłos zamykanych drzwi. Patrzył na nią z mordem w oczach, patrzył na nią jakby miała właśnie dokończyć żywota na starym dywanie na środku pomieszczenia, tuż przed biurkiem, na którym panował wręcz idealny porządek - kolejny aspekt mężczyzny, był pedantem bo tego nauczył go ojciec i wszystko musiało być uporządkowane w jego życiu.
Lucy Everhart