ODPOWIEDZ
25 y/o
For good luck!
171 cm
Utrzymanka na usługach bogatego pana
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

Nudząc się trochę w dużym domu Mortimera, czuła się poniekąd jak Lucy z „Opowieści z Narnii: Lew, Czarownica i Stara Szafa”. Z tą różnicą, że ona aktualnie była sama, nie liczyć innych pracowników.
Trzeba było przyznać, że trafiło jej się jak ślepej kurze ziarno, chociaż teraz to powiedzenie powinno brzmieć jak niewidomej kurze, żeby było poprawnie politycznie. Aktualnie nie miała żadnych zaplanowanych wyjść, na zakupy nie miała ochoty. Zatem bezczynnie leżakowała na sofie w salonie skacząc po kanałach, gdzie w większości leciały program lifestylowe, paradokumenty, talk-show, teleturniej, plotki o celebrytach i muzyka, która omijała MTV.
W sumie nie narzekała na chwile bycia samą w nie swoim domostwie, chociaż prawie tu pomieszkiwała.
Zatrzymała się na kanale E!, gdzie akurat była reklama jakiś perfum. Przemknęło jej przez myśl, że to takie mini filmy, ponieważ też wszystko musi grać jak w zegarku. Miała zadatki na aktorkę, nabierała wprawy już od dziecka, ale nie poszła tą ścieżką. W tym zawodzi bywało różnie, chociaż pewnie płacili bardzo dobrze. Było się bajecznie bogatą, ale kosztem życia prywatnego. Można by rzec, że znalazła coś podobnego, ale nie najgorszego. Wolała jednak nie zagłębiać rodziny w swoją ścieżkę kariery zawodowej.
Reklamy leciały w nieskończoność, chyba na każdym kanale. Znudziło ją już to, po za tym chciało jej się pić, a wypiła przyniesioną wcześniej szklankę z wodą.
Podniosła się z sofy zakładając na nogi futrzane kapcie, zabrała szklankę i powędrowała do kuchni. Chociaż czuła się tu już dość swobodnie to jednak nadal pewnych obszarów domu nie zwiedziała. Był odgórny zakaz i do tej pory się go trzymała. Jednakże taki cichy głosik szeptał jej, że przecież właściciela obecnie nie ma. Nim wróci ona będzie z powrotem w salonie czy innej części domu.
Kusiło bardzo, żeby zajrzeć do gabinetu Mortimera. Może trzymał tam coś ciekawego?
Nogi same zaprowadziły ją pod drzwi, które były jak Zakazany Las czy korytarz na trzecim piętrze. Żałowała, że nie ma mapy Huncwotów. Wstrzymała bezwiednie oddech naciskając klamkę i wchodząc tam, gdzie nie powinna.

Mortimer Carmichael
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
Bicia zwierzątek
34 y/o
CHRISTMASSY
185 cm
dyrektor finansowy Avalon Global Industries
Awatar użytkownika
His breath was warm on her neck as he bent his head, resting his cheek against her hair. Her heart beat so quickly, and yet she felt utterly calm—as if she could have stayed there forever and not minded, stayed there forever and let the world fall apart around them. She pictured his fingers, pushing against that line of chalk, reaching for her despite the barrier between them.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001.

W jego domu panowały surowe, ale proste zasady, nikt nie miał prawa wtrącać się w życie prywatne Mortimera, nawet gdy gosposia, która pracowała tutaj odkąd mężczyzna miał zaledwie dwa latka czasami patrzyła na niego z czułością, jakby był jej synem, to mężczyzna nie przyjmował do siebie żadnych odstęp do panujących tutaj zasad. Lubił ład, który wprowadził w tym domu, nawet gdy miał z nim wiele związanych wspomnień, głownie to koszmarów, które czasami spędzały mu sen z powiek. Lubił swoje życie, bo zapracował na nie sam, chociaż miał wrażenie, że od jego urodzenia ojciec zaplanował całą jego ścieżkę kariery ale i także dorosłe życie. Nie przyznawał się do tego przed samym sobą, ale brakowało mu jakiejkolwiek troski czy przejawów dobrych emocji czy uczuć, które odganiał od siebie za każdym razem gdy pojawiały się za rogiem. Był skoncentrowany na tym, żeby dążyć do swojego celu i żeby osiągnąć jak najwięcej, nie miał czasu na to, żeby mieszać się w jakiekolwiek związki, czy romanse. Mortimer nie należał do takich osób. Od trzech lat nigdy nie popełniał błędów, bo wiedział z czym się to wiąże, nawet gdy jego ojciec od pięciu lat leżał w trumnie na cmentarzu gdzie pojawiał się zawsze w dniu rocznicy jego śmierci, żeby postać przez chwilę nad grobem, to wiedział, że nadal miał na niego wpływ.
Ciężko było pozbyć się tego ciężaru, który czuł na swoich barkach, tego cichego głosu, który mu mówił, że jego ojciec gdyby żył to byłby z niego dumny, jednak nigdy nie usłyszał od niego tych dwóch, ważnych słów.
Zaczerpnął mocno zimnego powietrza i przymknął oczy gdy po drugiej stronie słuchawki jego telefonu mężczyzna jąkając się przepraszał go za niedogodności, miał dzisiaj wylecieć do Nowego Yorku na spotkanie, ale niestety przez pogodę odwołali jego lot, zacisnął mocniej szczękę a potem palce na małym prostokącie, który miał przy uchu.
Załatw to jak najszybciej.
Tak brzmiał jego rozkaz, bo Mortimer nie nauczył się prosić, dla niego istniały tylko rozkazy, które słyszał od dziecka.
Musisz być najlepszy.
Musisz pokazać im kto tutaj rządzi.
Nacisnął czerwoną słuchawkę i kazał swojemu szoferowi odwieźć go z powrotem do posiadłości. Wysiadając z samochodu przemierzył krótką drogę od auta do drzwi wejściowych będąc witany przez swojego lokaja, przez te wszystkie lata nauczył się ignorować tych wszystkich ludzi, którzy mu usługiwali i większość znało go jako chłopca, który bał się własnego ojca, a teraz patrząc na pryzmat tych wszystkich lat, po prostu się w niego zamieniał.
Będe w swoim gabinecie — krótkie zdanie wyrwało się z jego ust gdy oddawał płaszcz lokajowi, który skinął delikatnie głową na jego słowa, nawet gdy Ci wszyscy ludzie znali go od małego dziecka i pracowali tutaj od wielu lat najpierw dla jego ojca, a potem dla niego to nauczyli się do niego szacunku. Wiedział, że za jakąś godzinę do jego gabinetu zapuka gosposia, która przyniesie mu czarną kawę oraz jakieś jedzenie, nigdy jednak nie przekroczyła progu tego gabinetu, który był jego utrapienie ale i także w pewien sposób azylem. To w tym pomieszczeniu znosił wszystkie kary wymierzone przez swojego ojca, to w tym miejscu uczył się jak przetrwać w otaczającym go świecie.
Znajdź Lucy i przyślij ją do mnie — wyrzekł jeszcze w stronę swojego służącego, zanim nie skierował się przez pusty korytarz na piętro gdzie mieścił się jego gabinet.
Lucy Everhart, kolejne jego utrapienie, z którą zgodził się zawrzeć pewien prosty układ, miała mu towarzyszyć podczas wszystkich towarzyskich spotkań i ładnie wyglądać u jego boku, on natomiast dał jej dostęp do konta bankowego gdzie wisiała spora sumka, którą miała przeznaczyć na rozpieszczanie samej siebie i na to, żeby u jego boku wyglądać…. Przyzwoicie.
Odetchnął głęboko gdy do drzwi za którymi przeżywał nie jeden koszmar dzieliło go zaledwie parę kroków, zawsze gdy przed nimi stawał wahał się przez parę sekund z naciśnięciem klamki słysząc cichy głos w głowie swojego ojca, który znowu wymierzał mu karę gdy ten patrzył na niego przez biurko, tylko że drzwi były uchylone gdy tam dotarł.
Przełknął ślinę i zdusił przekleństwo, które cisnęło się na jego usta, uchylając bardziej drzwi, żeby zobaczyć w środku zaciekawioną dziewczynę, która stała na środku pomieszczenia.
Co powiedziałem o wchodzeniu do mojego gabinetu?
Jego głos był zimny, tak samo jego spojrzenie gdy ten przekroczył próg pomieszczenia, a za jego plecami rozległ się odgłos zamykanych drzwi. Patrzył na nią z mordem w oczach, patrzył na nią jakby miała właśnie dokończyć żywota na starym dywanie na środku pomieszczenia, tuż przed biurkiem, na którym panował wręcz idealny porządek - kolejny aspekt mężczyzny, był pedantem bo tego nauczył go ojciec i wszystko musiało być uporządkowane w jego życiu.

Lucy Everhart
gall anonim
25 y/o
For good luck!
171 cm
Utrzymanka na usługach bogatego pana
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

Ciekawość była pierwszym stopniem do piekła, a ona właśnie się tam wybierała. Weszła do środka, chciała się tylko rozejrzeć, niczego nie zamierzała dotknąć. Im bardziej czegoś nie można było, tym pokusa była większa. Zastanawiała się, czy nie ma tu może jakiegoś tajemnego przejścia do sekretnego pokoju niczym Christian Gray.
Nie wiedziała, jakby zareagowała, gdyby faktycznie coś takiego znalazła. W sumie istniało takie pół na pół, że może posiadać takowe pomieszczenie. Wyobraźnia trochę za bardzo ją ponosiła, ale co zrobić. Za dużo dookoła było mediów, portali społecznościowych czy innych cudów, gdzie przewijały się różne głupoty.
Nie zagościła tu za długo, bo albo z czasem coś pomyliła, albo pan domu wrócił za wcześnie. Dotarło to do niej, gdy poczuła na sobie bardzo niezadowolenie spojrzenie. Prawie takie jak bazyliszka, miała obawę czy jak się odwróci to nie padnie trupem. Może to nie był taki zły pomysł.
Powoli odwróciła się w stronę głosu Mortimera i mogła już paść trupem. Umrze chociaż mając przed oczami zabójczo przystojnego mężczyznę.
- Że nie wolno tu wchodzić - czuła się jak dziecko, które wie, że zrobiło źle, ale ciekawość zwyciężyła. Tak długo wytrzymała nie zaglądając tutaj, ale w zasadzie to już wolała się nie odzywać.
W teorii powinna wodzić wzorem po ścianach czy utkwić go w podłodze. Jednakże Mortimer był tak nie przyzwoicie przystojny, że trudno, bardzo trudno, było przejść koło niego obojętnie. A ostanie tak jakoś się nie mogli zgrać, że trochę go nie widziała.
Po za tym miał w sobie coś magnetycznego, co nie pozwalało przejść obok niego obojętnie. Zapadał na długo w pamięć, nawet jeśli się tego nie chciało. Na dodatek była w nim nutka niebezpieczeństwa, co wbrew zdrowemu rozsądkowi, przyciągało Lucy bardziej niż powinno.
Teraz też stała na środku tego zakazanego pokoju i wpatrywał się w gospodarza z niepewnością, fascynacją i oczekiwaniem. Boleśniej niż niż surowej kary, gorzej zniosła bym rozłąkę z Carmichalem. Tak nieświadomie się od jego osoby uzależniła. Z jednej strony czuła respekt wobec jego osoby, z drugiej chciała go bliżej poznać. Czasami rozsadek mówił, żeby dała sobie tą relacją spokój. Ciekawość szeptała jej coś innego do ucha.

Mortimer Carmichael
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
Bicia zwierzątek
34 y/o
CHRISTMASSY
185 cm
dyrektor finansowy Avalon Global Industries
Awatar użytkownika
His breath was warm on her neck as he bent his head, resting his cheek against her hair. Her heart beat so quickly, and yet she felt utterly calm—as if she could have stayed there forever and not minded, stayed there forever and let the world fall apart around them. She pictured his fingers, pushing against that line of chalk, reaching for her despite the barrier between them.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdyby wiedział co takiego chodzi po głowie Lucy z tajemnym pokojem z rodu Christiana Greya, to zapewne parsknąłby śmiechem na jej myśli, takowego pokoju nie miał w całej rezydencji a to pomieszczenie było jedynym do którego nikt nie mógł wchodzić oprócz niego jak i zaproszonych tutaj gości, tylko że ta młoda dziewczyna postanowiła tutaj bezkarnie wejść. Myślała, że będzie z tego faktu zadowolony? Przypatrywał się jej uważnie swoimi ciemnymi oczami, sunąc po jej stroju, zatrzymując go na jej puchowych kapciach, które miała na sobie. Wiedział, że ta potrafi być elegancka kiedy tylko ją o to poprosi i dobrze wyglądała u jego boku podczas tych wszystkich biznesowych spotkań, gdy miała robić po prostu za dobre tło.
Taka była ich umowa.
A Ty weszłaś i co mam z Tobą zrobić, Lucy? — kącik jego ust drgnął delikatnie gdy wymówił jej imię, zsunął ze swoich ramion skórzaną kurtkę, którą miał na sobie i przeszedł przez gabinet odrywając od niej spojrzenie, żeby przewiesić ją przez oparcie krzesła na którym zawsze siadał jego ojciec, tylko że tym razem role się odwróciły i to on patrzył karcącym wzrokiem na dziewczynę po drugiej stronie. Westchnienie wyrwało się z jego ust, gdy lekko podwinął rękawy od swojej koszulki, na łokcie i dopiero potem uniósł na nią swój wzrok.
Nie lubię kiedy ktoś nie szanuje moich zasad, a wchodzenie tutaj jest zakazane nie bez powodu — wyrzekł po chwili, przechodząc na przód biurka, opierając się o nie tyłkiem i krzyżując ręce na piersi. Dotąd trzymała się tej sztywnej zasady i tutaj nie wchodziła, ale teraz gdy przyłapał ją na gorącym uczynku zastanawiał się czy nie wchodziła tutaj po prostu wcześniej bez jego wiedzy i przede wszystkim zgody. To miejsce budziło w nim przerażające wspomnienia i powodowały ciarki na plecach, nie bez powodu zostawiał je dla siebie i dla swoich potencjalnych partnerów biznesowych, nawet jego gosposia wiedziała, że nie powinna tutaj wchodzić i nigdy tego nie zrobiła przez te wszystkie lata, a opiekowała się Mortimerem od urodzenia. Nigdy nie miał matki, a ta namiastka w postaci gosposi, która okazywała mu współczucie i uczyła go pewnych rzeczy powodowała, że czuł się kochany chociaż przez krótki moment w swoim życiu.
Co miał z nią zrobić? Wiele myśli krążyły po jego głowie, ale żadna w tym momencie nie była odpowiednia…
Dzisiaj wieczorem wychodzimy, ubierz się jakoś…. Ładnie — wyrzekł po chwili, miał ochotę się rozerwać w jednym z barów a przy okazji załatwić parę interesów. — Będziesz udawać moją partnerkę, tak jak zawsze — jego głos był beznamiętny, udawali to tak wiele razy, że nie mógł tego zliczyć, zawsze wiedziała, że po takich wieczorach na jej koncie pojawi się znowu spora sumka za to, że będzie grzeczna.

Lucy Everhart
gall anonim
25 y/o
For good luck!
171 cm
Utrzymanka na usługach bogatego pana
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

- Weszłam - zgodziła się, wolała nie zgrywać hardej. Szczerze wierzyła, że zdoła ogarnąć na szybko ten gabinet i wrócić na czas do salonu.
Fakt faktem, że Mortimer miał wiele tajemnic. Nie wiedziała o nim za wiele, ale gdyby miała okazje chętnie by posłuchała. Nie była może najlepszą słuchaczką, ale całkiem dobrze wychodziło jej udanie, że tak jest. Chociaż akurat tutaj nie musiałaby, jednakże nie śmiała zapytać, aż tak odważna nie była.
- Więcej tu nie wejdę - zapewniła całkiem szczerze- chociaż w zasadzie gabinet jak gabinet.
Taki totalny zakaz odwiedzin działał na wyobraźnię Lucy, ale szczerze mówiąc była zawiedziona. W sumie nie wiedziała czego się spodziewać, ale skoro był ban na odwiedziny tego pomieszczenia, to liczyła na coś innego. Nie potrafiła określić czego, ale nie tego, że to będzie najzwyczajniej w świecie po prostu gabinet.
- Mogę chociaż zapytać dlaczego, skoro w zasadzie nie ma tu nic takiego?
Zapytać mogła, ale czy dostanie odpowiedź to inna kwestia. Teraz już wiedziała, że żadnego pokoju Christiana Graya, ani innego centrum dowodzenia rodem z Avengersów niczym Tony Stark. Tym bardziej chciała tak po prostu zrozumieć, beż żadnego ukrytego podtekstu. Najzwyczajniej ludzka już mniejsza ciekawość.
Być może, gdyby znała powody, postąpiła by inaczej. Ale tego nie wiedziała, a on nie miał obowiązku ją w nic wtajemniczać. Mieli nieformalną umowe, za którą wynagrodzenie było satysfakcjonujące i tak powinno najbezpieczniej pozostać bardziej dla jej interesów.
- Będę gotowa na czas - to w sumie jedno jej wychodziło najlepiej, być ładnym dodatkiem do przystojnego mężczyzny. - Bardziej oficjalne czy mniej formalnie?
Podeszła dwoma wolnymi krokami do mężczyzny, ale wciąż zachowywała jednak bezpieczny dystans. Wyglądał doskonale w każdym ubiorze, czy do w garniturze czy w codziennym wydaniu. Myśli Lucy w ostatniej chwili zatrzymały się, żeby nie zagłębiać się w inne wydania Mortimera. Takie nieco mniej przyzwoite. W końcu był przystojny i wizualnie bardzo jej się podobał.

Mortimer Carmichael
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
Bicia zwierzątek
34 y/o
CHRISTMASSY
185 cm
dyrektor finansowy Avalon Global Industries
Awatar użytkownika
His breath was warm on her neck as he bent his head, resting his cheek against her hair. Her heart beat so quickly, and yet she felt utterly calm—as if she could have stayed there forever and not minded, stayed there forever and let the world fall apart around them. She pictured his fingers, pushing against that line of chalk, reaching for her despite the barrier between them.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie lubił nieposłuszeństwa, wiedział, że jeśli sprowadzi Lucy do tego domu to wcześniej czy później te wszystkie zakazy spowodują, że przestanie ich przestrzegać. Podobno zakazany owoc kusi najbardziej, sam się o tym przekonywał na własnej skórze, ale odrzuciła tę myśl za każdym razem gdy spoglądał na Everhart, nie nadawał się do bycia niczyim partnerem, nauczył się żyć na własną rękę bo taki wpływ miał na niego ojciec. Nawet po swojej śmierci. Wsunął ręce do kieszeni swoich spodni opierając się wygodniej o blat biurka, mrużąc niebezpiecznie oczy gdy wpatrywał się w nią uważnie. Mortimer zawsze potrafił roztaczać wokół siebie aurę pewności, miał charyzmę, której zazdrościli mu niektórzy ludzie, jednak nigdy nie chciał, żeby ktoś się go bał.
Mam nadzieję, nie chciałbym Cię znowu przyłapać na nieposłuszeństwie, nie taka była nasza umowa — określił jasne zasady, których dziewczyna powinna się trzymać, żeby tutaj zostać. Mógł ją w każdym momencie odprawić, po prostu wyrzucić ją z tego domu, ale zapewniał jej wszystko co potrzebowała i powinna być mu wdzięczna. Skrzywił się delikatnie na jej pytanie, przesuwając lekko po niej spojrzeniem, na moment zamilkł szukając odpowiedniego wyjaśnienia w głowie.
Ten gabinet od zawsze należał do niego i do jego ojca, a także do ludzi, którzy przychodzili tutaj robić z nim interesy, nie musiał się z nią dogadywać, nie musiał się jej tłumaczyć.
— To nie miejsce na wyjaśnienia, po prostu tutaj nie wchodź — uciął rozmowę, zanim zacząłby jej tłumaczyć, że to miejsce jest dla niego czymś szczególnym, nadal miał wrażenie, że za każdym razem gdy tutaj wchodził to ojciec spoglądał na niego zza biurka. Chciał przez całe swoje życie usłyszeć tylko i wyłącznie dwa słowa, jestem dumny, ale się ich nie doczekał. Przesunął lekko ręką po swoim zarośniętym trochę policzku i zmrużył oczy.
Mniej formalnie, idziemy do klubu. Po prostu masz się wtopić w otoczenie. Jadę tam załatwić pewne interesy — dodał jeszcze prostując się lekko gdy ta podeszła do niego powoli zachowując jednocześnie dystans, uniósł brew w pytającym geście.
Masz jeszcze jakieś pytania, ptaszyno? — jego głos był lekko ochrypły, a kącik ust drgnął lekko. Nazywał ją tak bo czasami miał wrażenie jakby była słowikiem zamkniętym w złotej klatce, tylko że jej to odpowiadało widocznie.

Lucy Everhart
gall anonim
25 y/o
For good luck!
171 cm
Utrzymanka na usługach bogatego pana
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

Wizualnie pan domu nadawał się idealnie na partnera, jednakże nie wiadomo było, co w nim siedziało. I czasami ta wiedza była nie wskazana, chociaż zależy, co kto woli. Ona jednak jakby mogła, to chętnie by się dowiedziała.
Sama Everhart chętnie poznałaby jednak tajemnice siedzące w głowie Mortimera, bo bardzo ją fascynował. Jednocześnie jednak nie miała całkiem odwagi pytać na razie.
- To ci mogę obiecać, bo raczej nic więcej nie masz ciekawego w tym wielkim domu - skoro nie skrywał pomieszczeń niczym Christian Gray, to raczej nie będzie myszkować.
Gabinet ją automatycznie rozczarował, ale teraz chociaż zaspokoiła swoją ciekawość. I na szczęście jakoś chyba rozejdzie się po kościach to wtargnięcie tam, gdzie nie powinna. Nie miała nic na swoje usprawiedliwienie, ale też czułaby się bardziej winna, gdyby tu faktycznie coś zakazanego było.
- Chyba jestem za ładna, żeby tylko wtapiać się w otocznie - zauważyła nieskromnie podchodząc powoli nieco bliżej rozmówcy.
Była sporo niższa więc musiała zadzierać głowę, żeby na niego popatrzeć. Niemniej jednak wcale, ale to wcale jej nie przeszkadzało, ponieważ podobał jej się widok, jaki miała przed sobą.
- Nie ważne, w co się ubiorę i tak zwracam na siebie uwagę - uśmiechnęła się. - Mam taką jedną nową sukienkę, ale jak ją założę, to raczej cieżko będzie się skupić na biznesach - dodała flirciarsko.
Pasował jej ten układ, w który całkowicie świadomie weszła i zamierzała ciągnąć go tak długo jak się dało. Pan domu owszem wzbudzał respekt, ale też ją przyciągał i intrygował. W sumie nie tak trudno było się zakochać w przystojnym i bogatych facecie.
Nie zamierzała się wypakowywać w romanse, ponieważ to tylko wszystko by skompromitowało. A tego raczej nie chciała, ponieważ było dobrze tak jak jest.

Mortimer Carmichael
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
Bicia zwierzątek
ODPOWIEDZ

Wróć do „Porzucone”