Niebieskie tęczówki znowu spoczęły na jej twarzy, kiedy zadała mu te kolejne pytania, dużo pytań, na które Galen nawet chciał jej odpowiedzieć, i sobie przede wszystkim też. Jego klatka piersiowa znowu uniosła się w głębokim, ciężkim oddechu, który aż wprawił w ruch te jej rude kosmyki, kiedy stał tak nad nią.
-
Bo wszyscy patrzą na mnie jak bym był... Nie wiem, księciem na białym koniu? - przechylił na bok głowę, coś było w tej wizji, którą przecież Galen Wyatt budował, w tych swoich idealnych koszulach i garniturach, z tym pewnym siebie uśmiechem przyklejonym do twarzy -
jak starasz się cały czas być idealny, to później już musisz taki być. I D E A L N Y - to ostatnie słowo powiedział powoli, a potem wywrócił tymi swoimi niebieskimi ślepiami -
a prawda jest taka, że nikt nie jest. Ja też wcale nie jestem - wzruszył ramionami. Bo to był tylko taki ładny obrazek. Mężczyzny, który ma wszystko, a tak naprawdę... nie miał teraz nic.
No dobra, nie licząc złotego zegarka, Porsche, Lambo… Pięknego apartamentu, całej szafy drogich koszul i garniturów. Stanowiska...
Ale co to było w porównaniu do tego, że Galen został sam? Że on naprawdę nie miał takiej osoby, której by na nim zależało.
Nawet jednej. Bo ostatnią, którą miał od siebie też odepchnął.
Kiedy Mara tak zaczęła wymieniać, rodziców, siostry, przyjaciół, to on przez jeden moment szczerze jej pozazdrościł. Wymienił by każdy swój bajeczny zegarek na chociażby jedną taką osobę. Wszystko by oddał za taką osobę, która by go jakoś tak szczerze lubiła. Wspierała.
A jednak kiedy Mara dotknęła jego dłoni, to Galen zaraz podniósł głowę, uśmiechnął się delikatnie, bo chociaż to był rzeczywiście miły gest, pokrzepiający. I chociaż Galen się tak przed nią otworzył, zawsze to robił, otwierał się przed nią, to zaraz zaciągnął w płuca to aromatyczne powietrze o zapachu jakiejś lawendy.
-
Nie zależy mi... - skłamał. I siebie też próbował wiecznie okłamywać, że nie. Bo przecież to był Galen Wyatt, tacy ludzie jak on nie potrzebują wcale żadnego wsparcia. Był na szczycie, to mu wystarczyło. Powinno przecież.
Ale prawda była trochę inna.
Bo Galen to był jak dziecko, które tych uczuć pragnęło, zawsze. Tylko zawsze też chował to za maską tego dupka. Bogatego dupka ze złotym zegarkiem.
I teraz też, spoważniał jakoś nagle, odsunął się nawet, i tylko chyba w tych jego niebieskich oczach było widać, że jednak to jej
tak, że by się z nim umówiła, też było dla niego ważne. Słuchał jej słów, chociaż twarz miał niewzruszoną, a jednak naprawdę miło połechtało to jego ego. Uderzyło gdzieś w prosto w serce, bo może rzeczywiście dało się go... polubić? Dało się wyciągnąć z niego coś więcej niż te pieniądze. Coś więcej w nim zobaczyć.
Tylko dlaczego nie w tej rzeczywistości, w której on tak bardzo tego łaknął?
Strzelił tymi błękitnymi ślepiami w sufit i aż odchylił się do tyłu na tym stołku.
-
Chyba w tym innym wszechświecie byłbym szczęśliwym człowiekiem - stwierdził, bo już to gdzieś słyszał, w innej rzeczywistości, w innym wszechświecie, w innym życiu. W którym Galen wcale nie byłby może sobą?
Czyli może jednak, jego się nie da polubić, nie takiego, jaki jest? Kolejne pytania, kolejne wątpliwości.
-
A jakbym wtedy nie był bogaty, tylko biedny to też? - zapytał nagle i zarzucił nonszalancko nogę na nogę, ale poprawił też ten swój ręcznik, żeby jednak nie było niezręcznie.
Chociaż już troszeczkę było, kiedy Galen znowu oparł łokieć na kolanie, znowu pochylił się do przodu, a ten jego ciepły tors przez moment musnął jej nagą łydkę, bo źle wymierzył po prostu tę odległość.
-
Biedni ludzie mają chyba łatwiej, bo ich się lubi za to jacy są, a nie za to co mają - kolejne przemyślenia Galena Wyatta -
myślisz, że jakbym udawał biednego przed jakąś kobietą, to ona by wtedy była ze mną bardziej... szczera? - i kolejny wspaniały pomysł. Bo Galen to jednak dużo myśli miał w tej głowie, tylko wcale nie miał się nimi z kim podzielić. A z Marą mu to jakoś tak naturalnie wychodziło, samo z siebie. Nawet jeśli czasem te jego przemyślenia były jakieś abstrakcyjne, jak teraz na przykład.
-
Ale z drugiej strony to musiałbym ją wyciągnąć spod jakiegoś kamienia, żeby nie znała tej twarzy - oczywiście, że Galen wskazał na swój podbródek, który może nie był jakiś charakterystyczny, ale jednak ostatnio dość często pojawiał się w kolorowej prasie ze względu na ten jego rzekomy handel ludźmi, z którego przecież jeszcze nie został oczyszczony. Ale liczył na to, że to już nie długo, że niebawem może będzie znowu szokował czymś ciekawszym niż "swoimi kontenerami".
-
A może... masz jakieś wolne przyjaciółki Mara? Takie wiesz... też ładne? - znowu jej spojrzał w oczy, i znowu posłał jej jakiś taki czarujący uśmiech. Galen czaruś, a nie użalający się nad sobą dzieciak. Chociaż on też tam był, siedział w nim gdzieś tam głęboko.
Mara Lakefield