Niczego innego, niż racjonalności i zimnych faktów nie można było się po nim spodziewać. Potrafił mówić ładnie, ale mówienie ładnie mogło być wtedy, gdy wszystko było pod kontrolą, a tutaj tak wiele rzeczy wymknęło się poza nią. Nie było miękkości, nawet jeśli niemal zawsze była po prostu sztuczna, ale brzmiąca autentycznie. Tej, którą już znała i która jej zapewne odpowiadała – bo w końcu ta miękkość, nawet jeśli sztuczna (a może zwłaszcza dlatego) – była jego wyborem. Decydował się, aby jej użyć, pomimo tego, że nie była dla niego naturalna, a on nie rozgrywał nią już większej gry, żeby musieć ją każdego dnia próbować sobą oczarować.
Jej bunt był zadziwiający, godny podziwu nawet, ale wybór momentu fatalny. W innej sytuacji pewnie by ją pochwalił, zapewne powiedziałby, że to jest właśnie ten jej wewnętrzny głos, który tak długo tłamsiła w sobie, że do tej pory pewnie już zdołała zapomnieć, że w ogóle go ma.
Dlatego teraz należało to brutalnie zdusić. Nie przemocą, a zimną kalkulacją i brutalną prawdą. Przypomnieć, że chociaż odzyskiwała głos, to nie w każdej sytuacji musiał być słuszny.
Wbrew pozorom – nigdy nie chciał dla niej źle. Mogła tego nie widzieć, na pewno nie widziała, ale wszystko co robił było po to, aby ją chronić. Choć myląca musiała być ta szorstka, zautomatyzowana wręcz powłoka. To wynikało z niezrozumienia jego perspektywy – pojęcie jej byłoby bardzo skomplikowane, bo mimo tego, że wydawało się być to proste, kiedy spłaszczało się to do „nie odczuwam emocji tak jak inni”, to przecież wyobrażenie sobie tego musiało być trudne. Bo odruchowo ludzie zawsze wybierali kierowanie się emocjami. I myślenie razem z nimi.
Choć obserwował ją uważnie, to nim zareagował na chaotyczny i nieprzewidywalny ruch z jej strony, ona zdołała go odepchnąć, przykładając do tego nieludzką wręcz siłą.
Huk wystrzału broni palnej był dla jego umysłu jak sygnał do startu. Sytuacja wysokiego stresu zadziałała na niego tak, że jeszcze bardziej zamierzał trzymać przy sobie kontrolę, drapieżnie więc o nią walcząc – choć nie bez naturalnej jeszcze większej nić na co dzień precyzji.
Szybkim, ale płynnym, mechanicznym wręcz odruchem, z nieludzką precyzją, sięgnął po swoją broń spod marynarki i nim Luca zdołał oddać kolejny strzał, Giovanni go zlikwidował. Strzelając jeden, a później drugi raz, w głowę, choć ten drugi nie był już potrzebny.
Później już odwracał się w kierunku kobiety. Ujął ją, gdy się zachwiała i gdy jej nogi zaczynały odmawiać posłuszeństwa. Podtrzymał ją twardo, widząc krew na jej palcach, a później mokrą plamę na ciemnej tkaninie jej sukienki.
Jego twarz była po prostu martwa. Nie była przerażona, ani pusta. Martwa, bo pod nią coś wrzało tak intensywnie. Zbyt mocno, aby mogło wypłynąć.
—
Navi. — Niekontrolowane. Jedno słowo, które wyszło inaczej, niż powinno. Zbyt miękko, jak na niego. Uświadomił sobie to bardzo szybko. —
To było irracjonalne — powiedział znacznie ciszej, niż zwykle. —
Nie powinnaś była mnie zasłaniać. — Nie powinna była. To był nielogiczny odruch, którego nie był w stanie pojąć. Pocisk był przecież przeznaczony jemu, nie jej. Dlaczego wiec miałaby to zrobić? Pewnie potrafiłby sobie to wytłumaczyć, znajdując w głowie wszelką wiedzę, o ludzkich odruchach, ale nie potrafił tego pojąć.
Logika.
Potrzebował logiki, aby samemu móc teraz funkcjonować. Aby nie oszaleć.
Tylko logika.
Widział jak krew wciąż wsiąka w materiał jej sukienki. Więc zrobił to, co słuszne – pomógł sprowadzić do parteru, nie chcąc jej nigdzie przenosić – to byłoby głupie. Nawet zbyt zły kąt mógłby jej tylko zaszkodzić. W drugim kroku, złapał za poły własnej marynarki, by ściągnąć ją z ramion i wsunąć po jej głowę. Następnie przesunął się w klęczkach by być bliżej jej boku i rany. Wyszarpnął koszulę z własnego ciała, zrywając jednym, mocnym ruchem guziki, zostając w samym ciemnym podkoszulku. Zdartego materiału użył do tamowaniarany.
—
Patrz mi w oczy Navi — powiedział, dokładając dłoń z tkaniną między palcami do miejsca, gdzie była rana, dociskając ją do niej precyzyjnie. Ani za mocno, ani za lekko. Drugą ręką wybierał numer w telefonie.
Jego wzrok spadł z powrotem na nią.
—
To nie jest śmiertelne, jeśli —
nie będziesz się ruszać i jeśli nie odpłyniesz. Doskonale wiedział, jak ma wyglądać to zdanie, a mimo to jego mózg przerwał wątek, zacinając się nad jej bliskim śmierci spojrzeniem sprzed tych kilku miesięcy.
Tylko przez sekundę wyglądał jakby coś próbowało przebić się przez jego logikę, jednak natychmiast, swiadomie to zdusił.
Brak racjonalności. Brak kontroli. Defekt.
Cazzo.
—
Spójrz na mnie — ponowił tonem, który nie był ani cierpliwy, ani też troskliwy. Był wręcz obligatoryjny, bliski nakazowi. Sięgnął dłonią, która wypuściła telefon do jej podbródka, wymuszając na niej, aby patrzyła na niego. —
Nie umrzesz, Navi. — Deklarował właśnie coś, nad czym nie miał kontroli, ale na pewno usilnie próbował mieć w tej chwili. Swoim działaniem. —
Nie pozwolę na to — dodał twardo, niemalże cedząc to jedno zdanie przez zęby. To wszystko było i tak najbliższe emocjom, na jakie było go stać.
Nawet jeśli całym sobą, nawet teraz, wyglądał jak ktoś, kto tylko rzuca precyzyjne, chłodne nakazy, to dla niego było dużo.
Dla niego to było
za dużo. Niemalże czuł, jak jego umysł się blokuje, zawiesza i odbija od ścian w chaosie, który nie był mu znany i którego nie powinno w ogóle być.
Navi Yun