Przyjęła bez dyskusji jego kurtkę, cicho dziękując i czując, jak rozgrzewa ją przyjemnie jego własnym ciepłem. Oczywisty spór o to, że teraz on zmarznie jak raz zostawiła bez komentarza, nie chcąc mieszać w tej całej sytuacji i tej wielkiej niewiadomej, wynikłej z jego obecności. Na pewnym etapie naprawdę zaczynała przekonywać samą siebie, że on jest tutaj, aby to wszystko skończyć. Bo to było dla niego za dużo, bo to nie było coś, czego on chciał tworząc relację.
Coraz łatwiej było w to uwierzyć, jeśli brało się pod uwagę czas rozłąki i jego unikanie spotkań.
Ale potem spadły na nią przeprosiny, które jednocześnie pozwoliły jej odetchnąć, ale także ścisnęły trzewia w niezrozumieniu.
Dlaczego ją przepraszał. Nie zamierzała mu przerywać, ani odpowiadać, a po prostu milczała, wierząc że jest więcej, co chciałby powiedzieć. Chwyciła się jednak wspomnianej obietnicy, już wtedy chcąc zaprzeczyć.
Ale milczała, wodząc za nim spojrzeniem, gdy dreptał po werandzie, wyglądając jak gdyby chciał zebrać myśli. Dlatego się nie odzywała.
Jego kolejne słowa potwierdziły jej wcześniejsze obawy. Te same, które miała przed zrzuceniem na niego jej własnego wyznania. Spodziewała się, wcześniej robiąc dokładną i szeroką analizę tego, jak wyglądała relacja z nim i jak on sam w niej wyglądał, że to mogłoby go przytłoczyć. Dlatego tak to rozciągała w czasie, do samego końca nie będąc pewna – nie uczucia, ale tego, czy powinna o nim mówić.
Ale nie chciała tego ukrywać. Uważała, że choć szokujące, mogłoby być mu potrzebne.
Wciąż się nie odzywała, dawno już żegnając się z maską z uśmiechu, a wymieniając ją na… w zasadzie nic. Jeśli miało być temu bliżej czegokolwiek, to pewnie zamyśleniu.
W głowie analizowała kolejną część jego wypowiedzi, gdy opowiadał jak się po tym wszystkim poczuł. Nie miała mu za złe tego, że po jej wyznaniu nie doznał jakiejś wewnętrznej eksplozji konfetti, brokatu i balonów, tylko wręcz przeciwnie – jakby ktoś go zbutował, odbierając całą wyniosłość tego wyznania i jego sens. Szczerze wierzyła i była przekonana, że to nie wynikało z tego, że jej słowa były dla niego nie do przyjęcia, bo ich nie chciał. Nie do przyjęcia z zasady, którą sam sobie narzucał przez lata.
Gadam jak potłuczony.
Nie. Mówisz z sensem.
Opuściła na niego spojrzenie, gdy ukucnął przed ławką. Jego dotyk na jej skórze, choć tak subtelny, jakby prawie go nie było, rozhuśtał jej smutne serce, które aż podskoczyło w radosnej reakcji. Tak bardzo stęsknione za nim i jego bliskością.
Wysłuchała go do końca – kiedy przedstawiał wszystko w sposób taki, że mogła już mieć pewność, co było przyczyną. A także mogła mieć świadomość, jak ciężkie poczucie winy dźwigał, kiedy tak naprawdę nie powinien. Jaką presję kładł na siebie, kiedy nie powinno jej nawet być.
—
Hyunwoo — zaczęła cicho, wysuwając swoją dłoń na tyle, by móc zaczepić swoimi palcami o jego. —
Nigdy mi czegoś takiego nie obiecałeś. — Postanowiła najpierw odnieść się do zarzutu, który sam sobie postawił i za który sam pociągał się do odpowiedzialności.
— Nigdy mi nie obiecałeś, że mnie już więcej nie skrzywdzisz. Powiedziałeś przecież, że nie możesz mi tego obiecać, bo często mówisz lub robisz rzeczy, których nie powinieneś, ale że się uczysz.
Doskonale pamiętała to, co powiedział jej tamtego dnia, gdy zdecydowali się spróbować wszystko odbudować. Dla niej było to ważne wyznanie, bo było szczere – a przede wszystkim: samoświadome. Nie składał jej obietnicy, której wiedział, że nie będzie mógł zawsze dotrzymać, bo doskonale znał siebie. Istniała oczywiście granica dla tego stwierdzenia, granica rzeczy, które mogłaby mu odpuścić, bo wynikały z nauki, a między tymi, które były świadomą decyzją łamiącą jej serce. Jak to, że poszedłby na kluby po tym wszystkim, aby
uciszyć w głowie to, że coś spieprzył czy aby
przestać myśleć.
Szczerze wierzyła, że tego nie zrobił; a jednocześnie postanowiła, że nie będzie o to pytała, bo – mimo wszystko – bała się odpowiedzi. A przy okazji obawiała się tego, jak ona wypadłaby z takim pytaniem w momencie, gdyby okazało się, że niczego takiego nie zrobił, a cały ten okres był po prostu dla niego trudny.
—
Odkąd cię poznałam, uczę się tego, jaki jesteś. Ale nie tego, jakiego pokazujesz tylko na co dzień, ale takiego, jakiego pokazujesz między wierszami, kiedy się nieświadomie odsłaniasz. Tego, jak odbierasz sobie swoją własną wartość — ukrywając ją za lekkodusznym usposobieniem —
bo uważasz, że skoro od początku byłeś sam, bo twoja prawdziwa rodzina cię nie wybrała, ani żadna inna, to nikt inny tego też nie zrobi. Jiwoong to zrobił, od lat przecież wybiera ciebie. Na swojego najbliższego przyjaciela.
Przez ten cały czas zdołała się nauczyć ich relacji; zawsze widziała, że kiedy Hunter opowiadał o Jiwoongu, to oczy mu się świeciły, a kąciki ust nierzadko drgał niekontrolowanie. Pewnie nawet sam nie był tego świadom. Ale kiedy miała nieliczne okazje obserwować dwójkę w swoim towarzystwie, potrafiła dostrzec to zżycie między nimi. I to była wyjątkowa więź, na poziomie niemal rodzinnym.
—
I ja też wybrałam ciebie. — Zsunęła się z ławki na tyle, by zejść do jego poziomu; by przyklęknąć przed nim. By pokazać mu, że nie ma podziału góra-dół; na kajającego się i przepraszaną, tylko wskazać, że jest z nim. Nie jako ktoś, kto dominuje czy poucza go, ale jako ktoś, kto mu w tym wszystkim
towarzyszy. Bardzo ostrożnie, jakby nei była pewna, czy może, sięgnęła do jego policzka, podejmując dalej: —
Każdego dnia wybieram. Każdego dnia po tym, kiedy odszedłeś wtedy też wybierałam. I zostanę. — To był świadomy dobór słów, bo kiedy spotkali się w jej domu po raz pierwszy od rozstania, i kiedy on odsłonił się przed nią po raz pierwszy bardziej, niż kiedykolwiek, to sam powiedział, że nie wierzył, że ktokolwiek może przy nim zostać. —
Tak długo, jak mi na to pozwolisz. — Świadomie oddała sprawczość jemu, nie sobie. Nie żądała wzajemności, niczego nie rościła. Po prostu dała mu sygnał, że ona to robi, ale nie zabiera mu żadnego wyjścia.
—
A jeśli chodzi o to, że ja ciebie no wiesz — zaczęła, cieplejszym, troskliwym tonem, specjalnie – tak jak on – nie nadając temu teraz imienia —
to nie musisz nic z tym robić. Ani nie musiałeś. Chciałam abyś wiedział, nic więcej. — Posłała mu delikatny, czuły uśmiech. Przede wszystkim – autentyczny.
Nie oczekiwała odpowiedzi. Takiego samego wyznania, bo wręcz była pewna, że tak prędko go nie usłyszy po jego stronie. Ale chciała mu to powiedzieć, aby pokazać, że
ktoś może. Go wybrać i zostać. Bo te dwa słowa, których się obawiał, oddawały to wszystko i jeszcze więcej.
Hunter Jang