-
She was sweet like honey
But all I can taste is
The blood in my mouth
And the bitterness in goodbyе
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Dobra. Niech tak będzie - przystała, bo na razie wydawał jej się to całkiem dobry pomysł.
Na razie nie warto było szczególnie wybiegać myślami w przyszłość. Swanson wychodziła z założenia, że takie rzeczy przyjdą im naturalnie z czasem. Może któreś z kolei święta, gdy chłopiec będzie już starszy umocnią go w przekonaniu, że to jednak nie było coś, co sprawiałoby mu szczególną radość albo znajdzie jakiś lepszy sposób na wspólne spędzanie czasu w święta. Na razie jednak był to dosyć ciekawy początek.
Świąteczna atmosfera robiła swoje i udzielała się chyba także im. Przede wszystkim jednak zajmowała Samuela na tyle, że były w stanie skraść kilka momentów wyłącznie dla siebie. Ukradkowe spojrzenia czy skradzione pocałunki miały jakiś swój niepowtarzalny urok i z reguły były dosyć niewinne. Choć nie zawsze.
- Postaraj się, żeby bombki były na każdej gałązce, a nie tylko w jednym miejscu - przytaknęła narzeczonej po czym zahaczyła lampki choinkowe o ostatnią gałązkę i odsunęła się na chwilę, aby podziwiać ich piękne dzieło.
We dwójkę udało im się rozłożyć światełka równomiernie i elegancko. Przynajmniej w tej kwestii pedantyzm Zaylee mógł zostać zaspokojony, bo na Sama niestety nie mogły liczyć w tej kwestii. Swanson mogła odnajdywać swoiste piękno w pewnym chaosie, który panował na choince, bo świadczył on nie tyle o niechlujstwie, ale raczej stanowił piękne połączenie różnych elementów i świadczył o włożonym w to wszystko sercu niż chłodnej kalkulacji, która wskazywała, w które miejsce najlepiej zawiesić tę czerwoną bombkę, a tę w kształcie bałwanka lepiej zostawić na dnie kartonu. W końcu ich ozdoby świąteczne stanowiły same w sobie zbiorowisko różnych przedziwnych rzeczy, które udało im się zebrać.
- Pójdę już po tę drabinę - powiedziała krótko, muskając dłonią biodro koronerki, gdy tylko przechodziła obok.
Choinka wyglądała coraz piękniej i ewidentnie zbliżały się do zakończenia dekorowania, więc wypadało się nieco pospieszyć, aby Sammy nie musiał zbytnio czekać na upragnione zatknięcie gwiazdy na czubek.
Skierowała się od razu do przybudówki, w której mieścił się garaż, gdzie drabina znajdowała się oparta o jeden regałów z narzędziami. Teraz wystarczyło jedynie przenieść ją do salonu i uważać, aby po drodze faktycznie nie zahaczyła nią o nic, co mogło być pewnym wyzwaniem. Nie cierpiała lawirować nią w mieszkaniu, ale niektóre czynności z pewnością wymagały użycia czegoś, co pozwoliłoby im się wspiąć na pewną wysokość.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zaylee była dumna ze starannie zawieszonych lampek. Pośród krzywo rozwieszonych ozdób, które zdawały się nie trzymać żadnej logiki, przynajmniej one prezentowały się sensownie. Naturalnie, cały ten nieład miał swój własny urok i świadczył o beztroskiej radości dziecka, które nie miało jeszcze żadnego wyczucia stylu ani poczucia symetrii. Choć bombki dyndały pod różnymi kątami, a girlandy plątały się w zupełnym chaosie, Zaylee dostrzegała w tym przebłyski magii świąt.
Kiedy Evina oświadczyła, że idzie po wyczekiwaną drabinę, Miller właśnie zawieszała ostatnią bombkę w kształcie kota powyżej głowy Sama. Uśmiechnęła się do narzeczonej, czując jej dłoń na swoim biodrze. W tym też było coś magicznego. Za każdym razem dotyk ukochanej wywoływał u niej ciarki, które przebiegały przez całą długość kręgosłupa. Odprowadziła ją wzrokiem do drzwi, a kiedy ta wróciła z przybudówki, przesunęła Młodego na bezpieczną odległość, aby nie kręcił się pod nogami, kiedy Swanson będzie rozstawiać drabinę.
— Poczekaj chwilę — poprosiła, bo ten już rwał się do zawieszenia gwiazdy. — Daj mi najpierw rozwiesić pozostałe bombki, żeby te najwyższe gałązki nie zostały całkiem puste — oznajmiwszy to, wspięła się ostrożnie po kilku stopniach i korzystając z pomocy Samuela, który podawał resztkę ozdób, ozdobiła choinkę na wysokości, gdzie trudno było sięgnąć nawet na palcach. — Dobra, wskakuj — poleciła i nie musiała dwa razy go zachęcać, bo chłopiec od razu wpakował się na drabinę. Zrobił to jednak tak gwałtownie, że ta zachwiała się niebezpiecznie i gdyby nie szybka reakcja Eviny, mogło skończyć się to nieszczęściem.
Zaylee aż podeszło serce do gardła. Posłała narzeczonej zaniepokojone spojrzenie i pokręciła głową, bo Młody nic sobie nie zrobił ze swoich brawurowych akrobacji.
— Podajcie mi gwiazdę! — zawołał, kiedy znalazł się już praktycznie na samej górze. Wyciągnął rękę i przechwycił od Swanson ozdobę. — Tak jest dobrze? — upewnił się, wciskając ją na czubek drzewka. — Nie jest krzywo?
— Jest idealnie — oznajmiła natychmiast Miller, bo chociaż dałoby się to zrobić dokładnie, to naprawdę wolała, aby Sam zszedł już z tej drabiny, zanim stanie mu się faktyczna krzywda. Już i tak wiercił się na niej i podskakiwał, chociaż obie upominały go, żeby tego nie robił. A przecież widać było, że szczebelki miały już swoje lata.
Evina J. Swanson
-
She was sweet like honey
But all I can taste is
The blood in my mouth
And the bitterness in goodbyе
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Jako dobra narzeczona Evina starała się dbać o komfort koronerki, co czasami oznaczało, że musiała zwracać szczególną uwagę na to, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik i prezentowało się nienagannie. Ten pedantyzm na jej mógłby spokojnie się kwalifikować na jednostkę chorobową i być zwyczajną nerwicą-natręctw, ale póki faktycznie jakoś funkcjonowały to mogła to znosić. W końcu nie było jeszcze tak ogromnej tragedii.
Rozstawiając drabinę w pobliżu choinki miała jeszcze chwilę na to, aby jej się przyjrzeć. Na pewno robiła wrażenie chociaż lampki jeszcze nie były podłączone do prądu, a kilku górnym gałęziom przydałoby się jeszcze kilka bombek czym postanowiła zająć się Zaylee. I słusznie, bo któraś z nich musiała się upewnić czy na pewno drabina stała stabilnie.
Dopiero wtedy młody otrzymał upragnioną gwiazdę, a jego energia i entuzjazm sprawiły, że włażąc na drabinę o mało jej nie przewrócił. Całe szczęście Swanson była na to gotowa i przytrzymała całą konstrukcję, aby go asekurować.
Nawet nie musiała patrzeć w kierunku Miller, aby wiedzieć jak bardzo ta przeżywała całe to widowisko. No, ale całe szczęście chłopcu nic się nie stało, a choinka oficjalnie została przez nich ubrana. Wystarczyło tylko, żeby włączyć wtyczkę do kontaktu, a już zaraz wielokolorowe światełka rozświetliły salon: rzucały barwne refleksy na ścianę za drzewkiem zamieniając ją w świetlistą mozaikę oraz odbijały się w gładkich powierzchniach bombek, które błyszczały niesamowicie urokliwie.
- Wygląda wspaniale - oceniła, gdy tylko mogli wspólnie przyjrzeć się swojemu dziełu, któremu do ideału brakowało jeszcze sterty prezentów. - Zaylee, ogarniesz te kartony? Ja w tym czasie z głodomorem skontroluję czy nasza kolacja będzie się nadawała do postawienia na stole.
Liczyła na to, że jedzenie nieco rozproszy Samuela i da chwilkę na to, aby podłożyć pakunki pod drzewko tak, aby nie domyślił się, że były one ich sprawką. Niech przynajmniej jeszcze przez jakiś czas wierzy w Świętego Mikołaja... Chociaż Evina podejrzewała, że wkrótce, co do jego istnienia mogą go brutalnie uświadomić rówieśnicy.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Pewnie, zaraz poskładam je w jedno miejsce — skinęła głową, jeszcze raz zerkając na kolorowe drzewko.
Angażując Samuela w doglądanie indyka, zyskiwały dokładnie tyle czasu, ile potrzebowały, aby w tajemnicy podłożyć prezenty pod choinkę. Dlatego gdy Evina poprowadziła chłopca do kuchni, Zaylee faktycznie zabrała się za porządkowanie kartonów porozstawianych w salonie. A kiedy już się z nimi uporała, po cichu weszła na piętro i otworzyła szafę, w której od kilku dni piętrzył się stos paczek. Miller do późnych godzin starannie pakowała prezenty, owijając je w świąteczny papier w złote gwiazdki i przewiązując czerwonymi wstążkami. Nie trzeba chyba wspominać, że wolała sama zająć się tym zadaniem, żeby mieć całkowitą pewność, że wszystko będzie dopięte na ostatni guzik. Dbała o równe zagięcia papieru, symetrię kokardek i o to, aby żaden róg kartonu nie przebijał się na zewnątrz.
W kuchni Sam z zainteresowaniem zaglądał do piekarnika, obserwując dochodzące w nim mięso. Co jakiś czas oblizywał się od unoszących zapachów i podążał za Eviną krok w krok.
— Co jeszcze jada się w święta? — zapytał, sięgając po piernikowego ludzika, którego jednym gryzem pozbawił nogi. — To też zależy od tradycji? — w końcu przysiadł na krześle, gdzie miał jeszcze lepszy dostęp do ciastek.
W międzyczasie Zaylee zdążyła znieść wszystkie prezenty do salonu, gdzie skrupulatnie ułożyła je pod przystrojoną choinką. Drzewko, już wcześniej migoczące światłami i błyszczące bombkami, nabrało jeszcze więcej uroku i świątecznej magii. Poprawiła jeden z pakunków i wygładziła zwisającą wstążkę, po czym cofnęła się o krok. Salon wyglądał teraz jak wyjęty z kartki świątecznej pocztówki.
Zajrzała do kuchni i od progu wymieniła z narzeczoną porozumiewawcze spojrzenie, dając jej do zrozumienia, że wszystko było gotowe. Podeszła bliżej, chcąc objąć ją w pasie, ale wtedy dostrzegła dziewięciolatka, który w najlepsze obżerał się piernikami.
— Poważnie, Sam? — popatrzyła na niego ostrzegawczo. — Słodycze tuż przed kolacją? — skrzyżowała ręce na piersiach i tym razem zerknęła na Swanson, jakby to ona była temu winna, bo nie dopilnowała dzieciaka.
— Ale ja obiecuję, że zjem wszystko! — zarzekał się Młody. — Naprawdę! — przysięgał dalej, ale dla bezpieczeństwo odrzucił na bok piernika w kształcie choinki, którego jeszcze nie zdążył nadgryźć.
Zaylee westchnęła i pokręciła z politowaniem głową. Były święta, więc nie mogła być dla niego aż taka surowa. W końcu to miał być czas radości i drobnych ustępstw, nawet jeśli rozsądek podpowiadał coś zupełnie innego. Przez myśl przemknęło jej, że w domu dziecka nawet w ten szczególny okres podopieczni zapewne nie mieli nieograniczonego dostępu do słodyczy. Być może każda czekoladka była tam wyliczona, a słodkości pojawiały się dosłownie od święta.
Evina J. Swanson
-
She was sweet like honey
But all I can taste is
The blood in my mouth
And the bitterness in goodbyе
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Całe szczęście jeśli chodziło o prezenty to miały mniej więcej ustalony plan działania. Wszystko jednak zależało od tego czy faktycznie uda im się znaleźć tę chwilę na to, aby podrzucić pakunki pod choinkę. Całe szczęście Samuel był żywa zainteresowany tym, co działo się w kuchni i bez większego problemu pozwolił się tam zaprowadzić.
W momencie, gdy Zaylee upewniała się, że wszystko wyląduje pod świątecznym drzewkiem, Evina skontrolowała stan indyka, który niedługo powinien trafić na stół oraz zaangażowała dziewięciolatka w przygotowywanie tłuczonych ziemniaków oraz stawianie naczyń z niektórymi potrawami czy przystawkami na stół, aby dać mu zajęcie.
- Też zależy od tradycji. Są rzeczy, które w większości ludzie w Kanadzie jadają na święta, ale to potrafi się różnić w zależności od regionu czy danej rodziny... Niektórzy mogą rezygnować z niektórych potraw, bo po prostu ich nie lubią, dodawać jakieś, które przykładowo pochodzą z miejsc, z których przybyła ich rodzina albo dokonywać jakiś innych zmian - tłumaczyła spokojnie, nie patrząc chwilowo na chłopca, bo zajęta była tym, co działo się aktualnie w rejonach kuchenki. - My mamy typowo kanadyjskie dania. Większość według przepisu mojej babci.
Kobiety w jej rodzinie przekazywały sobie recepty z pokolenia na pokolenie. Niektóre pozostawały od dziesięcioleci jak nie dłużej niezmienne, a niektóre bywały lekko modyfikowane przez kolejne gospodynie, które dokonały tego czy innego odkrycia.
Słysząc głos narzeczonej, odwróciła się w kierunku drzwi i natychmiast dostrzegła Sama zajadającego się piernikami. Mogła jedynie westchnąć. Nie chciała być kolejną która go ganiła i zdawała też sobie sprawę z tego, że z jego apetytem na pewno byłby w stanie zjeść całą kolację.
- Zaraz wszystko będzie gotowe. Chcesz pokroić indyka? - zaproponowała, bo chociaż sama mogłaby to zrobić bez problemu to jednak chciała w jakiś sposób zaangażować w podawanie kolacji również samą koronerkę.
Przynajmniej na razie wszystko szło doskonale i miały idealne święta. Niczym żywcem wyjęte z filmu Hallmarku.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Czyli na co dzień raczej nie jada się nic odświętnego? — dopytał jeszcze, przestawiając sztućce tak, jak pokazała mu to Miller.
— Raczej nie — przytaknęła, poprawiając po nim widelce. — To znaczy, można, ale zwykle takie posiłki przygotowuje się na specjalną okazję. Nie każdy codziennie ma czas na pieczenie indyka czy pierniczków. W te wyjątkowe dni takie jedzenie smakuje inaczej. Właśnie dlatego, że jada się je raz na jakiś czas — wyjaśniła, chyba na razie zaspakajając ciekawość chłopca. Pewnie tego wieczoru pojawi się mnóstwo podobnych pytań, które będą związane ze świętami. Ale nie tylko, bo przecież Sammy przyzwyczaił ich do tego, że nurtowało go wiele rzeczy.
Skinęła głową, dając narzeczonej do zrozumienia, że chętnie zajmie się krojeniem indyka. Kto mógłby zrobić to lepiej niż lekarz medycyny sądowej? Chyba tylko chirurg. Oczywiście nigdy nie kwestionowała kulinarnych talentów Swanson. Jej przepyszne dania były legendą wśród rodziny i przyjaciół, a Miller doceniała każdy gest, który pozwalał jej uczestniczyć w świątecznej kolacji. Było coś wyjątkowego w tym, że Swanson chciała, aby ona też miała swój udział.
Sięgnęła po ostry nóż i widelec, który miał ułatwić stabilizację mięsa, po czym zajęła się za oddzielanie elementów od korpusu, przecinając uda tam, gdzie łączyły się z tułowiem. To samo zrobiła ze skrzydłami, natomiast piersi wycięła poprzez głębokie, pionowe nacięcie wzdłuż mostka, a potem pokroiła je w perfekcyjnie równiutkie plastry.
Wystarczyło jeszcze zapalić dla klimatu świeczki i cała trójka mogła zasiąść do stołu. Samuel nie mógł zdecydować się, którą porcję indyka wybrać, więc od razu nałożył sobie na talerz dwie w obawie, że ktoś go uprzedzi, na co Zaylee posłała Evinie rozbawione spojrzenie. Chyba jeszcze długo nie przywyknie do tego, że w ich domu nigdy niczego dla niego nie zabraknie.
— Może nawet polubię święta — stwierdził nagle, dając tym samym do zrozumienia, że dotychczas niespecjalnie za nimi przepadał. Zresztą nie można było się dziwić, w sierocińcu z pewnością Boże Narodzenie nie miało aż takiego wydźwięku.
Evina J. Swanson
-
She was sweet like honey
But all I can taste is
The blood in my mouth
And the bitterness in goodbyе
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Nic nie staje na przeszkodzie, aby upiec od czasu do czasu indyka jeśli będziemy mieć na to czas czy przyrządzić coś innego ze świątecznego menu, ale tak bogate uczty z wieloma daniami na ogół się przyrządza jedynie na takie wyjątkowe okazje - dodała jeszcze na wypadek, gdyby to pomogło nieco lepiej zrozumieć chłopcu naturę świąt.
Mogła spokojnie zasiąść do stołu, pozwalając na to, aby koronerka dokonała rytualnego pokrojenia indyka. Przynajmniej w ten sposób mogły się uzupełniać i sprawić, że każdy miałby swój wkład w przygotowanie oraz podanie posiłku.
Nie mogły oczywiście przeoczyć tego w jaki sposób Sam postanowił sięgnąć od razu zachłannie po dwa kawałki indyka. Zupełnie jakby obawiał się, że ktoś inny mu go podwędzi. Nigdy by tego nie zrobiły. Ponadto na stole znajdowało się jeszcze wiele innych dobroci.
- Liczymy na to, że je polubisz - odpowiedziała i pogładziła chłopca po włosach. - A teraz smacznego.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Wyborne — skomentowała kulinarne dzieło narzeczonej, nie kryjąc zachwytu. Wszystko, co wychodziło spod rąk Eviny, zawsze smakowało wyśmienicie. Miller nie tylko uwielbiała jeść, ale także potrafiła docenić kunszt i staranność włożoną w przygotowanie potraw. Każde danie, które serwowała ukochana, było dopracowane w najmniejszym szczególe. Nie zdarzyło się jeszcze, żeby jakiekolwiek danie jej nie zachwyciło, nawet w najmniejszym stopniu. Tym bardziej podziwiała jej umiejętności, pamiętając, że Swanson nienawidziła stać przy garach.
Sam siedział przy stole jak mały odkrywca w świecie świątecznych smaków. Już trzeci raz nakładał sobie ziemniaki, a oczy błyszczały mu jak lampki na choince. Niewiele mówił, co akurat było dość niespotykane, bo przecież paplał bezustannie. Teraz był jednak zbyt zaabsorbowany kolacją.
— To co? — Zaylee przyklasnęła nad swoim pustym talerzem. — Może znajdziemy coś do oglądania, zanim przejdziemy do deseru? — zaproponowała, chociaż film miał być wyłącznie pretekstem, aby przenieść się do salonu.
Zadziałało, bo Młody poderwał się z krzesła z prędkością światła.
— To ja nam wybiorę! — zadecydował i już pędził do pomieszczenia obok niczym niezmordowana kula energii. Tylko tym razem zatrzymał się w progu, najwyraźniej zdumiony leżącymi pod choinką prezentami. — Są też jakieś dla mnie? — zapytał, odwracając głowę do Zaylee i Eviny, które od razu postanowiły do niego dołączyć. Nawet Miller stwierdziła, że na porządki przyjdzie jeszcze czas, co było do niej zupełnie niepodobne.
— Właściwie to... Te wszystkie prezenty są dla ciebie, Sam — odparła, posyłając Swanson rozbawione spojrzenie. Dopiero, kiedy pakunki znalazły się przystrojonym drzewkiem, widać było skalę, jak bardzo przesadziły.
Dziewięciolatek dalej stał jak wryty, kompletnie oszołomiony tym, co zobaczył. Zamrugał kilkakrotnie i znów na nie spojrzał, jakby w dalszym ciągu nie dowierzał oczom i jakby nie dotarła do niego odpowiedź Zaylee.
— Ale ja dla was nic nie mam — wyznał i momentalnie posmutniał. I teraz to Miller znieruchomiała, zaskoczona jego reakcją. Pospiesznie wymieniła z narzeczoną spojrzenia i od razu pochyliła się nad chłopcem, aby zmierzwić mu jasną czuprynę.
— Och, Sammy — zaczęła łagodnie. — Ale my nie oczekujemy, że będziesz nam cokolwiek kupował — zapewniła, unosząc jego podbródek. Młody znów zamrugał i zerknął na Evinę, oczekując potwierdzeń również z jej strony.
Evina J. Swanson
-
She was sweet like honey
But all I can taste is
The blood in my mouth
And the bitterness in goodbyе
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Posłała narzeczonej lekki uśmiech, gdy tylko usłyszała komplement. Cieszyło jej to, że Zaylee uznawała jej zdolności kulinarne, ale z drugiej strony wiedziała, że koronerka była w stanie zjeść niemal wszystko, więc pewnie dla niektórych nie byłoby to szczególne wyróżnienie.
- Tylko nóg nie połam - zawołała jeszcze za dziewięciolatkiem, który jak zwykle miał w sobie o wiele za dużo energii.
Pokręciła głową i ruszyła do salonu za Miller i Sammym, ale wpierw jeszcze sięgnęła do jednej z kuchennych szafek, gdzie ukryła jeden wyjątkowy pakunek niewielkich rozmiarów owinięty w złoty papier ozdobny przewiązany elegancką wstążką. Niby nie miały robić sobie prezentów z Zaylee, ale trudno było jej się powstrzymać. Zwłaszcza po ostatnich kłótniach stwierdziła, że miło byłoby pokazać także w ten materialny sposób jak bardzo zależy jej na koronerce.
- Nie wiem czemu miałbyś mieć coś dla nas skoro to sprawka Mikołaja, a nie nas - odpowiedziała, gdy tylko stanęła w pobliżu narzeczonej, a chłopiec wbił w nią zaciekawione spojrzenie niebieskich oczu, aby uzyskać pewność, co do przeznaczenia wszystkich prezentów. - W końcu to on co roku przynosi prezenty dla wyjątkowo grzecznych dzieci i niektórych dorosłych.
Uśmiechnęła się jeszcze zachęcająco do chłopca i wskazała głową na choinkę, aby dać mu znać, że powinien już pędzić, aby rozpakować wszystkie prezenty.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Ale chłopaki z sierocińca mówią, że on nie istnieje — powiedział, chociaż w jego głos wdarła się nuta niepewności, jakby nie do końca wierzył w słowa starszych kolegów. I słusznie, bo miał dopiero dziewięć lat i pełne prawo do tego, aby sądzić, że prezenty nie są zostawiane pod choinką przez zwykłych dorosłych.
— Ach tak? — Zaylee skrzyżowała ramiona. — A myślisz, że skąd wzięłybyśmy na to wszystko pieniądze? Myślisz, że śpimy na forsie i stać nas na taką ilość prezentów? — zapytała, unosząc wysoko brwi. Młody wyglądał na skonfundowanego. Zerknął na pakunki owinięte w kolorowy papier, później na Swanson, później znów na podarunki pod choinką, aż w końcu przeniósł spojrzenie na Miller.
— Chyba nie — stwierdził po chwili namysłu, marszcząc lekko brwi.
Nie chodziło o to, by Zaylee chciała dać chłopcu do zrozumienia, że czegokolwiek mu żałują albo że musi obejść się bez rzeczy, o których marzy. Równie dalekie było jej jednak pozwolenie, aby trwał w błędnym przeświadczeniu, że kobiety, które pragnęły go zaadoptować, będą spełniały każdą jego zakupową zachciankę. Sammy musiał zrozumieć różnicę między troską a bezkrytycznym dogadzaniem. I że miłość nie zawsze mierzy się liczbą prezentów.
Zachęcony przez Evinę skinieniem głowy, przyklęknął przy choince i od razu zaczął odpakowywać prezenty z ozdobnego papieru. Najpierw zaczął od tych mniejszych, w których znalazł gry planszowe, odzież i mini figurki, a potem zabrał się za coraz większe. Zaylee, obserwując, jak dziewięciolatek raduje się z kolejnych upominków, wtuliła się w ramię narzeczonej i musnęła ustami jej policzek. Może jeszcze rano miała wątpliwości co do tego, czy aby na pewno nie przesadziły z ilością podarunków, to widok szczęśliwego Sama rozwiał wszelkie rozterki.
Co chwilę pokazywał im nowe zabawki, wyraźnie podekscytowany wszystkim, co znalazł pod przystrojonym drzewkiem. W końcu jednak przyszła kolej na gwoździa programu, jakim niewątpliwie była konsola do gier.
— Woah! — Młody aż poderwał się z miejsca. — Zaraz... Czy to jest PlayStation?! — rozdziawił w zdumieniu buzię.
— Na to wygląda — przytaknęła z uśmiechem Miller, a on natychmiast do nich podbiegł i chwycił Swanson za rękę.
— Podłączymy ją od razu?! Proszę, proszę, proszę! — zapiszczał radośnie i było w tym coś tak rozbrajającego, że żadna z nich nie byłaby w stanie mu odmówić. Zresztą, dlaczego miałby to zrobić? Plan na wieczór był prosty — bawić się nowymi prezentami, pić kakao i zajadać się słodyczami. Oczywiście wszystko w granicach rozsądku, bo potem dzieciak będzie tak nabuzowany cukrem, że nie zaśnie do późnej godziny, a przecież chciały mieć również chwilę dla siebie.
Evina J. Swanson