003.
Chaos and medicine can never coexist
or can they?
Dwa miesiące.
Tyle czasu minęło odkąd Abby Wallace rozpoczęła swoją rezydenturę w Mount Sinai Hospital. Było to wystarczająco długo, by przestała liczyć
dni, a zaczęła mierzyć czas
dyżurami oraz by zapach środków do dezynfekcji wgryzł się w ubrania już na stałe. Za krótko jednak, by przywyknąć do prawdziwych realiów pracy w szpitalu i ciężaru decyzji, jakie każdego dnia padały przy pojedynczych pacjentach i nad stołem operacyjnym. Decyzji, które całe szczęście
jeszcze nie jej było podejmować, ale które wciąż potrafiy przytłoczyć. Zupełnie jak widoki, które doświadczyła przy skrajnych przypadkach, trafiających na SOR. Bo to właśnie tam spędzała ostatnio najwięcej swoich zmian.
Dlaczego tam? W oficjalnej wersji, którą sobie powtarzała, było to spowodowane faktem, że miała nienaganną umiejętność trzymania nerwów na wodzy — tak wielką, że średnio co dwa dni lądowała w socialnej toalecie, rzygając jak kot — natomiast wersja nieoficjalna i zdecydowanie bardziej prawdopodobna była podyktowana tym, że Savannah po prostu jej nie lubiła. Czy mogło to wynikać z tego, że pierwszego dnia Abby wylała na nią kawę? Bardzo możliwe. A może chodziło o fakt, że zaraz potem zamiast przeprosić, powiedziała pierwsze, że
przynajmniej mleko było roślinne? Również istniało takie prawdopodobieństwo.
I chociaż nie było jej tam źle — uczyła się dużo, poznawała coraz to nowe przypadki — to jednak nie mogła się doczekać, aż w końcu będzie mogła zająć się dłużej chirurgią ogólną lub kardiologią. Zwolnić na moment i przestać na okrągło wsłuchiwać się w donośne krzyki ludzi, przepełnione bólem.
Dzisiaj był nawet jeden z takich dni. Zamiast na SOR, została przydzielona do wcale nie hańbiącej pracy papierologa i kuriera badań. Od samego rana segregowała katalogi, wypisy i sterty wyników diagnostycznych, które trzeba było odpowiednio dostarczyć na konkretne oddziały. Dla niektórych nudna, niewdzięczna robota, dla niej po prostu
praca. Może mniej ekscytująca niż rany postrzałowe i złamanie z przemieszczeniem w kilku miejscach, jednak wciąż coś, co należało załatwić.
A że Abby jako
pierwszak w dodatku ze swoim narwaństwem była zawsze chętna do pomocy, przy okazji przenoszenia próbek do badania, dostała od pielęgniarek całą stertę dokumentów, które należało zanieść do archiwum. Szybkim krokiem przeszła wzdłuż korytarza, na samym końcu odstawiając fiolki z moczem do przenośnej lodówki i
może, gdyby nie fakt, że za nic nie mogła wsadzić ostatniej na prosto, pewnie usłyszałąby donośne wołanie swojego imienia. Może wtedy miałaby pełną świadomość, że Stanley Knox kroczył właśnie w jej kierunku, gromiąc wzrokiem jej plecy. Ale nie wiedziała. Usłyszała go dopiero, gdy stał tuż nad nią, a wtedy było już za późno.
—
Co… — tyle zdążyła powiedzieć, nim zerwała się z miejsca i odwróciła z impetem bez żadnego ostrzeżenia, wpadając prosto na chirurga. Papiery, które trzymała w lewej dłoni w ułamku sekundy rozsypały się po podłodze. —
Kurwa — rzuciła niekontrolowanie. Dopiero kiedy jej ciemne spojrzenie osadziło się na twarzy Knoxa, wyprostowała się jak struna. —
To znaczy przepraszam — poprawiła się niemal od razu, w następnej chwili schodząc do parkietu, by zabrać się za zbieranie papierologii z wynikami badań. Dopiero klęcząc na podłodze doszło do niej, co właściwie chirurg starał się jej przekazać. Dlaczego Savannah jej szukała? I co do tego wszystkiego miał Knox?
—
Ja coś zrobiłam? — spytała głupio, wyciągając się po wykaz EKG, który wcześniej zwinięty w rulon, teraz wił się aż pod sam but lekarza. —
Nie ma takiej możliwości. Na pewno nie zrobiłam nic źle. Oczywiście, że byłam na spotkaniu i oczywiście, że wypełniłam wszystkie dokumenty — spojrzała na niego z dołu, może z nieco większym wyrzutem niż powinna. Wszystko to było spowodowane tą niecodzienną sytuacją, w jakiej się znalazła — bo od kiedy to chirurdzy chodzili po szpitalu, szukając rezydentów? Może faktycznie o czymś zapomniała?
Zgarnęła ostatni plik papierów, który zwinnie wcisnęła pod pachę i zebrała się z podłogi. Otrzepała ubrudzone od kurzu kolana, a na wspomnienie profesora Harvicka wytrzeszczyła szeroko oczy na Knoxa.
—
Nawet Havrick mnie szuka? — zdziwiła się, powtarzając jego słowa. Przecież Havrick nigdy nikogo nie szukał. Jak już to jego trzeba było szukać, bo pojawiał się w szpitalu raz na ruski rok. —
Dlaczego? — spytała, wbijając spojrzenie w jego jasne oczy. Ale przecież Knox nie mógł tego wiedzieć. Gdyby wiedział, nie zasypałby jej tymi wszystkimi pytaniami.
Nic z tego nie rozumiała. Rozejrzała się nerwowo dookoła, jakby to miało jej pomóc zebrać myśli i magicznie przypomnieć
dlaczego pół szpitala tak intensywnie jej poszukiwało. Nie pomogło. Chociaż ta czynność i tak okazała się całkiem przydatna, bo w ostatniej chwili zauważyła, że jeden papierek z wynikami ostał się tuż pod nogą Knoxa.
—
Mogę? — wskazała palcem na lewego buta lekarza, spod którego wystawała biała kartka. nie będąc do końca pewna, czy powinna się po to schylić, czy może Knox będzie tak miły i sam jej to poda?
Stanley Knox