-
'Cause I'm the serpent, I'm the flame, the mortal world is scared to say my name.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A później niosła mu odpowiedź i to taką, która zdawała się, na pozór, pieczętować to, co jej zaproponował.
Ale i tak wybieram ciebie
Nie uruchomiło to w nim emocji, bo te dla niego nigdy nie stanowiły siły sprawczej w jego ciele. Jego serce nie zabiło mocnie, a trzewia nie skręciły się w ekscytacji. Wystarczyło jednak to jedno zdanie, aby mechanizm, który dotąd pozostawał w fazie obliczeń, przeszedł w działanie.
Bez zbędnych pauz skrócił dystans, choć po ruchu z jej strony, zdawało się go już nie być. On go sprowadził do ujemnej wręcz wartości i ujął jej podbródek pewnie w dłoń. To nie był jednak gest czułości, przecież tej próżno u niego szukać. Dla niego to było jak pieczęć. Pieczęć własności.
— Jeśli wciąż będziesz bała się mnie, to znaczy, że nie zrozumiałaś kierunku, który chcę temu nadać — wypowiedział cicho, a jednak z tą charakterystyczną dla siebie stanowczością. Jakby chciał przeorganizować jej punkt widzenia i to za pomocą samych tylko slow. — To nie ty masz się bać. To świat ma bać się ciebie, bo należysz do mnie. Nie dlatego, że jesteś po mojej stronie. Dlatego, że jesteś moją stroną. — To był logiczny fakt, jego oczywistość. Coś, o czym powiedział już dawno temu – gdy jeszcze w Kalabrii mówił jej, że stała się integralną częścią każdego jego dnia. Nie była więc z nim; jeśli była to nim. Jego częścią – nierozerwalną częścią jego własnej konstrukcji. — A jeśli to ty kiedykolwiek poczujesz strach, to będzie oznaczało, że mnie przy tobie zabrakło. A ja nie zamierzam do tego dopuścić.
Jego kciuk zatrzymał się na jej ustach, jednak nie po to, by ją uciszyć. A raczej – nie tylko po to. Przesunął opuszką po wierzchu jej warg, wpatrując się w nią intensywnie. Milczał, chcąc dać wcześniejszym słowom możliwość na wchłonięcie się w jej umysł. Ale nie chciał do nich komentarza – chciał aby je zrozumiała. I aby zaczęły w niej grać, rozpoczynając proces przebudowy perspektywy.
Chwilę później dłoń zsunął na jej szyję i zatrzymał się palcami na skórze tuż nad miejscem, gdzie pulsowała jej tętnica. Nie zaciskał swojego chwtu, bo nie potrzebował teraz tego poczucia kontroli, które zawsze mu dawało. Być może uniknął tego gestu również z innego powodu – z czegoś, co chciałoby się nazwać troską, ale on przecież troski nie znał. Znał za to mechanizmy i sposób oddziaływania.
Nachylił się bliżej, minimalnie przechylając ciało w jej stornę, lecz na tyle wystarczająco, aby mógł poczuć, jak jej oddech rozbija się na jego twarzy.
— Słowa wypowiedziane na głos działają jak obietnica, Navi. — Świadomie jeszcze zawrócił do tego, co konstatowała chwilę wcześniej. Co miało być jej wyborem. — A ja nie wierzę w obietnice; wiesz co o nich myślę — Ton jego głosu zszedł nieco niżej, do chrapliwego półszeptu. Ledwie parę dni temu jasno powiedział, co sądzi o obietnicach i jakie mają dla niego znaczenie. Żadne. — Wierzę w fakty.
Jego druga dłoń odnalazła jej biodro, subtelnym ruchem zaciskając na nim palce, i przyciągnęła ją bliżej do niego, nie pozostawiając centymetra wolnej przestrzeni pomiędzy nimi. Ten dystans, który wcześniej miał dawać jej bezpieczeństwo, a który sama skróciła, przestał istnieć. Zamiast niego, powstawała redefinicja dla niego. I dla tego bezpieczeństwa, które miał wcześniej nieść.
— Więc teraz mnie pocałujesz — powiedział to z jednej strony: ciężko i stanowczo, a jednocześnie – nie jak imperatyw czy rozkaz. Ani też nie jako prośbę. Jako coś, co było wyzwaniem, a może bliżej bezpośredniej sugestii. — I udowodnisz, że to nie strach cię do mnie prowadzi. Tylko wybór.
Nie przymknął oczu, ani też nie pochylił się w jej stronę. Nie zrobił niczego, co choć w małym stopniu mogłoby rozpocząć gest, którego żądał. Stał i czekał, nie na jej reakcję w emocji czy odpowiedzi, lecz na wynik w jej działaniach. Na ów fakt, który stać się miał potwierdzeniem wszystkiego, co przed chwilą wypowiedzieli oboje. Bo teraz to ona miała wykonać ruch, który domknie ich układ – ona miała być przekonana tego, czy faktycznie wybiera go. I ona miała być w kontroli, co było mocnym odwróceniem całego jego jestestwa. Niewidocznym ukłonem w jej stronę od niego.
Navi Yun
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
To jej krew zawrzała w żyłach, gdy ujął jej podbródek.
I wrzała coraz bardziej wraz z każdym kolejnym słowem. Jak raz to jej mieli się bać. To ona miała stanowić zagrożenie ze względu na nazwisko, które miała przyjąć. Mieli jej unikać, bo miała zostać żoną kogoś, kto samym swoim imieniem wywoływał strach w ludziach. To nie ona musiała uginać głowę przed innymi, tylko miało być na odwrót.
To była przyjemna wizja. Sama się miała przy tym przekonać, że to nie jego powinna się obawiać. Niestety emocje były skomplikowane i chociaż jej serce mocniej biło w jego obecności, wbrew wszystkiemu, to wciąż pamiętała to poczucie strachu, które w niej wzbudzał tamtego dnia. Głupia by była, jakby się go nie obawiała.
— Wszystko wymaga czasu — mruknęła cicho w odpowiedzi, nawet jeśli jej nie potrzebował.
Nie ruszyła się z miejsca nawet na centymetr. Jej spojrzenie także nie uciekło z jego twarzy, nawet wtedy, gdy czuła jego palec na własnych wargach, a potem szyi. Chociaż ciało pamiętało, to zamiast się odsunąć, uniosła wyżej podbródek, akceptując jego obecność na tej kruchej części ciała. Tej samej, którą mógł ująć zaledwie jedną dłonią i zmiażdżyć bez większego wysiłku. Rozsądek podpowiadał, aby spiąć mięśnie w odruchu obronnym, a jednak tego nie zrobiła.
Nie tylko on potrzebował faktów, aby w pełni uwierzyć.
Ona dodatkowo potrzebowała czasu.
Nie uciekała jednak, nawet gdy się nachylał na tyle blisko, że mogła wyczuć na skórze bijące od niego ciepło. Jego perfumy, które tak przyjemnie pieściły jej zmysł węchu. Całą tą przytłaczającą, silną aurę, która wypełniała pomieszczenie w którym się znajdował. Czuła jego obecność na całej sobie i nie zamierzała się wycofać. Im dłużej się znajdowała w takiej odległości, tym bardziej się z nią na nowo oswajała. Jakby to właśnie było miejsce w którym powinna się znajdować.
Dokładnie tak samo, jak zaledwie dwa miesiące temu.
Przywarła do niego na długości ciała, gdy ją do ciebie przyciągnął. Kącik ust jej drgnął na jego słowa. Tak wymowne i podniecające zarazem. Pocałunek. Coś, co w tej relacji nie było tak oczywiste i łatwo dostępne. Nie dało się tego nie zauważyć, gdy było się kobietą, która zwracała uwagę na takie rzeczy i gesty.
Przesunęła raz jeszcze kciukiem po jego karku, drugą dłoń układając na jego ramieniu.
— To nigdy nie był strach — przyznała cicho.
Ledwo wypowiedziała te słowa, a uniosła się delikatnie na palcach, aby zmniejszyć dzielącą ich odległość do absolutnego zera i jak raz połączyć się z nim w pocałunku, który miał być przytwierdzeniem podjętej decyzji. Decyzji małżeństwa w którym jak raz miała prawo głosu.
Pocałowała go pewnie, bez wahania, przyciągając go do siebie za kark w który wpijała swoje palce. I nie przestała na jednym muśnięciu warg. Przeciągała tą chwilę tyle, ile mogła. Aż można byłoby to uznać za nieprzyzwoite.
Teraz ta dziwna niepewność, którą czuła przez ostatni czas, została rozwiana w ciągu zaledwie kilku milisekund. Została ona zastąpiona przez ten sam żar, który ją rozpierał, gdy wcześniej ją dotykał. Ale nigdy nie był on tak silny. Tak wyczuwalny jak teraz. Zawsze był mocny, ale ten pocałunek był czymś więcej niż tylko buzującym napięciem pod jej skórą.
Może to przez to, że teraz całowała narzeczonego.
Giovanni Salvatore
-
'Cause I'm the serpent, I'm the flame, the mortal world is scared to say my name.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Świadomość tego, co właśnie zrobiła, przyszła natychmiast. Dotąd całe ich zbliżenia funkcjonowały bez tego jednego elementu. Wargi nie były obszarem, który dopuszczał w ich układzie jakikolwiek kontakt. Wcześniej wolał trzymać ten gest poza zasięgiem, bo w przeciwieństwie do dotyku, kontroli nad ciałem, nacisku dłoni, ten jeden punkt przekraczał nieco inną granicę. Był zbyt bezpośredni, zbyt osobisty, zbyt bliski tej definicji, której nigdy nie potrzebował. Aby nie mówić, że nigdy nie był potrzebny w zwykłych, cielesnych pieszczotach. A jednak teraz, pzycisnęła swoje usta do jego, nie cofnął się, ani nie wzdrygnął. Tak, jakby był na to gotowy. Nie było jednak też przy tym wielkiej, emocjonalnej eksplozji; żadnych nagłych zrywów w jego ciele, żadnych fal gorąca, które by go przecinały.
Ale była świadomość zmiany i świadomość bezpośredniej bliskości. Takiej, której nie miał z nikim innym. Bliskości, którą budował tylko i wyłącznie z nią.
Początkowo pozwolił, by to ona wyznaczyła intensywność pocałunku, ale już po sekundzie, a może dwóch, poczuł w sobie znajome napięcie, które nie znosiło bycia pasywnym. Niesławną potrzebę kontroli. Bo chociaż ustąpił jej na początku, to próżno było oczekiwać, że nagle wszystko się w nim zmieni i to ona będzie go prowadziła, a on za nią podążał.
Pocałunek pogłębił się i nadał mu jeszcze większego ciężaru i intensywności, swoimi wargami domykając każdy ruch jej warg. Dłoń, która do tej pory spoczywała luźno na jej szyi nie zacisnęła się, a przesunęła na jej kark i wyżej – wsuwając się między jej miękkie włosy. Wtargnął wkrótce między jej wargi językiem, początkowo subtelnie, jakby z zapowiedzią, później już bezpośrednio zapraszając ją do wspólnej pieszczoty.
Jego ręka, ta która spoczywała na jej biodrze, najpierw zacisnęła się wyczuwalnie na jej sylwetce, a później przesunęła powoli w górę po materiale jej ubrania, aż do żebra, a następnie wyżej, sprawdzając każdą z jej reakcji na dotyk na kolejnych fragmentach jej ciała.
Zatrzymał dłoń właśnie na wysokości jej żeber, nie sunąc dalej.
Oderwał się od jej ust, gdy oddech zaczął mu się łamać z braku tlenu. Prześlizgnął rękę z jej skalpu na podbródek, który ujął, w mocniejszym i bardziej stanowczym geście, wymuszając na niej spojrzenie. Sam zmierzył ledwie w ułamek sekundy całą jej mimikę, w szybkim, niedostrzegalnym wręcz, skanie za jakąkolwiek wątpliwością z jej strony. A chwilę później zabrał rękę, a drugą ją pchnął stanowczo w wybranym kierunku. Tak, aby straciła równowagę, a jednak nie upadła na ziemię, a osiadła twardo na starym, niskim, biurowym fotelu.
Nim zdołała się zorientować w swojej sytuacji, odebrał jej wizję, lekkim ruchem rzucając w ślad za nią swoją marynarkę od garnituru, która opadła miękko na nią, zasłaniając twarz. Gdy ją z siebie zsunęła, był znacznie bliżej, niż chwilę temu, tuż przy niej, przyklękując najpierw na jedno, później drugie kolano, luzując w tym czasie pętlę czarnego krawatu, który miał na sobie. W ślad za tym, sięgnął dłońmi do kołnierza koszuli, odpinając pierwszy z jej guzików, a później kolejny i jeszcze jeden.
Nie uśmiechał się, nie pozwalał żadnej sztucznej emocji grać na swojej twarzy jakiekolwiek roli. Jednak w jego ciemnobłękitnych oczach coś się tliło. Był żar, którego nie sposób było przypisać prostemu uczuciu; nie sposób powiązać z banalnym podnieceniem, bo nawet to go nie dotykało. Chodziło o coś zupełnie innego, znacznie wyżej we wszystkich schematach. O cos, czego do tej pory nie chciał nazywać. O coś, co nie było miłością – tej nie mogło być.
Ognista fascynacja całym systemem, w którym był. Nowym porządkiem i przesunięciem, które miało miejsce. I wszystko to za sprawą jednej osoby, którą zdawał się kontrolować. Którą myślał, że ma pod kontrolą cały czas.
Navi Yun
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Była świadoma wszystkiego, co się za tym kryło, bo było większe zobowiązanie niż dotychczas.
Przekaz oraz siła tego gestu, były zupełnie inne, niż wcześniej.
Ona w przeciwieństwie do niego czuła całą gamę różnych emocji, które rozpływały się po jej ciele. Cała ta niepewność oraz strach były zastępowane charakterystycznym, przyjemnym ciepłem, które rozlewało się po jej trzewiach. Serce się skurczyło, a elektryczny impuls przeszedł wzdłuż jej kręgosłupa, rozbudzając uśpione wcześniej tkanki.
Odczuwała wszystko zupełnie inaczej. Intensywniej.
Wszystko się spotęgowało, gdy przejął kontrolę nad pocałunkiem. Tą samą, którą z przyjemnością mu oddała. Rozwarła usta, aby móc połączyć się z nim językiem, tym samym czując jak kolejny dreszcz ekscytacji przechodzi po jej skórze. Nie oponowała, wręcz przeciwnie. Z ochotą przyjmowała jego czułości, odwzajemniając je z tym samym zaangażowaniem.
Zacisnęła mocniej palce na jego karku, przyciągając się bliżej niego tak, aby w jak największym obszarze stykać się z nim swoim drobnym ciałem. Czuła jak jego palce zostawiają pod materiałem ubrania mierzwiący ślad. Nie uciekała od niego, nie odsuwała się, a mocniej wpijała się w jego dłonie oraz klatkę piersiową, jak gdyby odległość między nimi wciąż była zbyt wyczuwalna.
A może to tylko warstwy ubrań stały się irytujące.
Oderwała się od niego, łapiąc oddech. Wlepiła w niego swoje ciemne, rozochocone spojrzenie, oddychając ciężej przez lekko rozwarte, spierzchnięte od pocałunku wargi. Nie miała w sobie tej samej niepewności, co kilka dni temu, gdy na nią patrzył. Gdy się zbliżał. I chociaż w głębi wiedziała jak niebezpiecznym człowiekiem miał być dla otoczenia, to teraz nie czuła strachu. Czuła przede wszystkim to silne przywiązanie do jego osoby, które wypierało wszystko inne.
Pchnięta opadła na stary fotel, łapiąc na nim równowagę. Zaraz potem straciła też wizję.
Chwyciła marynarkę, aby ją z siebie zsunąć, a serce jej mocniej zabiło, gdy okazało się, że jego osoba była na tyle blisko, że niemalże czuła gorąc jego ciała. Kolejny dreszcz ekscytacji przebiegł po jej kręgosłupie, gdy w milczeniu obserwowała jak klęka na jedno, a potem drugie kolano. Widok tego, jak luzuje swój krawat, a następnie kolejno odpina guziki swojej idealnie dobranej koszuli był.. mocno podniecający. Na tyle hipnotyzujący, że nie umiała zwyczajnie oderwać od niego spojrzenia.
Wychyliła się do niego i schwyciła go za poluzowany krawat. Jednym gestem przyciągnęła go do siebie, albo też siebie do niego, aby raz jeszcze złączyć się z nim w namiętnym pocałunku. Raz go już zasmakowała i wciąż nie była najedzona. Skoro udało jej się zdobyć zakazany owoc, to zamierzała go jeść tak często, jak mogła, nawet jeśli mocno uzależniał.
Drugą ręką sięgnęła do reszty guzików jego koszuli, aby sprawnie zacząć je odpinać, aż w końcu mogła palcami przejechać po jego idealnie wyrzeźbionych mięśniach brzucha. Zapoznawała się z ich strukturą oraz każdym zagłębieniem, jakby przez ten czas ich rozłąki zdołała o nich zapomnień. Powoli znaczyła paznokciami wszystkie struktury na jego klatce piersiowej, stopniowo przenosząc się nimi na jego ramię. Wypuściła krawat spomiędzy palców, aby obiema dłońmi móc zsunąć z jego ramion materiał koszuli. Tę odrzuciła w okolice marynarki.
Przeciągnęła spokojnie, powolnie wręcz palcami po jego odkrytych, rozbudowanych plecach. Po gorącej skórze, która przelewała na nią swoją temperaturę. Rozpalała się z każdym jego gestem oraz pocałunkiem. Z każdym oddechem, który rozbijał się na jej ciele.
W tym momencie zapominała o całym bożym świecie. Liczył się tylko on.
Giovanni Salvatore
-
'Cause I'm the serpent, I'm the flame, the mortal world is scared to say my name.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Z pewnym zgrzytem odnotował fakt, w którym jej palce zacisnęły się na poluzowanym przez niego krawacie i kiedy ona, z siłą, której mógł się bez problemu sprzeciwić, pociągnęła go w swoją stronę. A jednak, zamiast stawiać opór, uległ, znacznie bardziej z ciekawości niż chęci poddania się. Werdykt jednak zgubił w słodkim smaku jej warg, zamykających się na jego własnych.
Ale pozwalał jej na wiele, znacznie więcej niż kiedykolwiek.
Od początku swoje ciało traktował jak sanktuarium, do którego nie dawał dostępu. Było mu potrzebne, aby spełniać proste pobudki, które sięgały nawet jego, ale gdy przychodziło do samego aktu, zawsze był w pełni kontroli i nigdy nie pozwalał na to, by tak po prostu go dotykać. Nie pozwalał się całować, ani sam nie całował. Nie pozwalał się dotykać, chyba że akurat tego chciał i zażądał. Nie można było liczyć na rewolucję, że nagle to wszystko wywróci, ale wraz z przesunięciem w jego umyśle i akceptacją odmienionego porządku, otwierał głowę na coś więcej niż tylko sztywne ramy tego układu, który znał.
Na tyle, na ile potrafił. Na tyle, na ile chciał.
Jego dłoń odnalazła jej nadgarstek i zamknęła się na nim pewnie, choć bez większej siły, zatrzymując go dokładnie tam, gdzie jej palce dotknęły jego skóry. Chwilę potem z wolna poprowadziła ją po jego klatce piersiowej w dół, tak aby jej dotyk znalazł się tam, gdzie chciał go poczuć. Tak, aby kontrolować jej wędrówkę w roli przewodnika. Ruch musiał wyjść od niej, on jedynie przykładał do niego kierunek.
Wypuścił ją, dopiero gdy poczuł, jak jej chwyt na jego krawacie lżeje. Potem jego skóra na korpusie spotkała się z chłodem powietrza w pokoju. Gdy materiał jego koszuli zsunął się z jego ramion, on zrobił miejsce na chwilę oddechu, odsuwając się od jej warg.
— Togliti i calzoni — zakomenderował, zniżając ton. — Zdejmij spodnie — dodał, tłumaczenie cedząc już z naleciałością włoskiego akcentu, aby zaraz potem dodać, schodząc jeszcze o ton niżej, do chrapliwego brzmienia w szepcie: — Non farmelo ripetere. — Nie tłumaczył tego, zamykając się już tylko i wyłącznie w naturalnym dla siebie dialekcie.
Imperatyw, tak charakterystyczny dla niego, gdy mówił – musiało zostać zrobione. Bezwzględnie i bezdyskusyjnie.
Gdy materiał zsunął się z jej pośladków, ud, a później łydek, sam domknął ruch, ściągając go najpierw z jednej jej kostki, a później drugiej. Bez pośpiechu, bez gwałtowności. Tkaninę odłożył na bok, nie wypuszczając przy tym spomiędzy palców jej chudej kostki. Podniósł spojrzenie na kobietę, a następnie przechylił się nieznacznie, unosząc jej nogę, tak, by mógł przycisnąć swoje wargi do skóry na jej kostce, ucałował ją jeszcze raz, milimetr dalej, przenosząc spojrzenie na twarz Navi, by złapać jej spojrzenie.
— E la camicetta — odezwał się, wciąż nisko i wciąż z tą samą chropowatością we własnym głosie. Musnął ustami kolejny centymetr jej skóry, wypowiadając w nią kolejną dyrektywę. — Toglila anche. — Kolejne polecenie wypowiedział tak samo i tym samym, nieznoszącym sprzeciwu, choć spokojnym i wyważonym tonem. Nie potrzebował krzyczeć, nie potrzebował grozić, by mieć kontrolę.
Palcami drugiej dłoni wsunął się pod udo uniesionej delikatnie przez niego nogi, aby wyczuć pod opuszkami każde, nawet najmniejsze napięcie jej mięśni. Usta tyczyły powolny, zaplanowany szlak, odbijając mokre pocałunki na jej skórze; niebolesny, choć znaczący i wyczuwalny chwyt pod jej kostką, jedynie przypominał o tym, że chociaż był subtelny, to w pełnej kontroli.
Nie sprawdzał tego, czy zdjęła bluzkę, gdy ją poprosił – tak jakby wiedział, a wręcz był pewien, że to zrobi. Jego uwaga była skupiona na jej nodze; gdy sam powoli przesuwał się po łydce wyżej, w kierunku kolana, wkrótce przekraczając granicę jej uda – wtedy też dłoń, która jeszcze chwilę temu pod nim była, przesunęła się spokojnie na wierzch drugiego, w subtelnym, gładzącym ruchu muskając jego skórę.
Navi Yun
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Na początku ich znajomości, po prostu była pod wrażeniem jego zdolności, a także aury. Przyciągnięta jego hipnotyzującą, ale zadowalającą jak raz kontrolą, która spełniała jej wszystkie fantazje i zachcianki, po prostu brnęła głębiej, nie oczekując niczego więcej niż orgazmu. Albo kilku. Nie planowała się w nim zakochiwać. Nie planowała jakiegokolwiek zaangażowania emocjonalnego, a jednak była tu teraz, całkowicie w nim zatracona.
W dodatku z nim zaręczona.
Gdyby ktoś kiedyś jej powiedział, że ta relacja się tak rozwinie, to by go wyśmiała.
A teraz ten chłodny, niebezpieczny człowiek ją całował. Dotyk jego warg na sobie był niebezpiecznie uzależniający. Jakby właśnie dostała zakazany owoc, którego nie wiedziała, że potrzebuje. Szybko jednak okazało się, że był to smak, który chciała zatrzymać na dłużej.
Prowadzona, palcami wodziła po jego skórze dokładnie tam gdzie chciał. Przynajmniej do momentu w którym nie nadszedł nakaz, któremu nie chciała i nie zamierzała się sprzeciwiać. Miała też dziwne wrażenie, że gdy mówił do niej po włosku, tym bardziej nie umiała mu powiedzieć „nie”. A w tej chwili i tak nie planowała.
Posłusznie oderwała od niego ręce, aby móc sięgnąć do zapięcia swoich spodni. Odpięła je i bez słowa zaczęła zsuwać ze swoich pośladków, aż do końca, pozwalając mu w pewnym momencie je przejąć. Serce biło jej w piersi w podekscytowaniu, gdy lustrowała spojrzeniem, jak nie wypuszcza po wszystkim jej kostki. Jego dotyk w tej chwili parzył jej jasną skórę w najbardziej przyjemny sposób z możliwych.
I wtedy jego wargi zostawiły niewidoczne oparzenie, a zaraz potem kolejne.
Oddech jej zadrżał, gdy usłyszała kolejne polecenie. Tym razem już nie przetłumaczone, ale zrozumiała wszystko. Może i nie była biegła jeszcze w języku włoskim, ale coraz więcej zdawała się rozumieć. Nie mówiąc o tym, że w tym momencie, jego polecenie było na tyle wymowne, że nie musiałaby nawet znać języka.
Sięgnęła palcami do guzików własnej luźnej koszuli, aby zacząć je rozpinać. Robiła to całkowicie na ślepo, bo spojrzenie miała ulokowane w jego sylwetce. Zahipnotyzowana, w tym czasie, obserwowała jak sunie ustami wzdłuż jej smukłej łydki, rozpływając się przy każdym muśnięciu jego warg. To było dla niej ważne bardziej, niż chciałaby przyznać. I nie tylko przez decyzję, która zapadła ledwie kilkanaście minut temu. To nie był tylko kolejny fizyczny akt. Nawet ona czuła, że granice się przesunęły.
To było kolejne potwierdzenie, którego potrzebowała.
Całe życie ją okłamywano, wykorzystywano i mamiono. Takie drobne akty, jak pocałunek, zwłaszcza od niego i teraz, gdy zdecydowała się na przyjęcie zaręczyn, były dla jej uczuciowej osoby niesamowicie ważne. Bo ona zwracała na to uwagę. Chcąc nie chcąc pamiętała doskonale moment oddania Subinowi. Pamiętała to jak się czuła i to jak była traktowana. Z brakiem szacunku, jak przedmiot do spełnienia zachcianek. A przy Giovannim zaczęła zwracać uwagę na rzeczy, które wcześniej w ogóle nie istniały w jej świecie. Bo nawet jeśli Salvatore był najbardziej kontrolującą i niebezpieczną osobą jaką znała, to nigdy nie czuła się jak narzędzie ani jak coś, co ma spełnić czyjeś potrzeby.
Gdy rozpięła ostatni guzik, zsunęła z siebie satynowy materiał i odłożyła go na bok, odsłaniając swoją bladą skórę, która tak mocno kontrastowała z jego złociście opaloną. Jedyne co się odznaczało, to różowa, zszyta rana po nie tak dawnym postrzale.
I nie zrobiła nic więcej, niż mniej. Tylko tyle, ile jej nakazał, zostając ostatecznie w samym, koronkowym komplecie.
Nie czuła nawet chłodu pomieszczenia. Jedyne co teraz czuła, to dreszcze przechodzące po jej plecach, gdy przesuwał się wyżej jej nogi, w okolice wrażliwych ud, które same się przed nim zapraszająco rozwierały, ledwie wyczuła jego palce. Doskonale przy tym czuła jak uczucie podniecenia staje się coraz silniejsze. Jak pojawia się w podbrzuszu i odznacza się wilgotnością między nogami.
Serce jej biło mocno i chociaż chciała, to nie zrobiła nic więcej, rozkoszując się sceną, która rozgrywała się przed jej oczami.
Giovanni Salvatore
-
'Cause I'm the serpent, I'm the flame, the mortal world is scared to say my name.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tak jakby jeden wystrzał wystarczył, aby wiele zmienić. Wiele przesunąć w nim, a przez to – ściągnąć ją z powrotem na jego orbitę, gdzie miało być jej miejsce. Teraz potwierdzone faktami i z jego własnymi słowami, jako ciężarem grawitacji, która miała ją trzymać przy nim.
Tak, jak powinno zawsze być.
Przyciskał swoje wargi do jej miękkiej skóry z nabożną wręcz dbałością, pozostawiając po sobie wilgotne echo pieszczoty. Centymetr po centymetrze, konsekwentnie przesuwał się w górę, z jej łyki, przez kolano, na udo, aż nie uznał, że tyle wystarczy i nie podniósł głowy, jednocześnie powoli wypuszczając jej kostkę ze swojego chwytu.
Dopiero wtedy na nią spojrzał, zsuwając się wzrokiem po jej filigranowej sylwetce, ubranej w materiał, którego obecność pozostawiała mrowienie w umyśle, prowokujące do poruszenia wyobraźni.
Była idealna w tej estetyce, a ta zawsze skutecznie oddziaływała na jego podświadomość. Nigdy nie była źródłem impulsu, który był sygnałem do zwierzęcego ataku, ale była czymś, czego nie potrafił zignorować, ale potrafił docenić jej wartość dla samego siebie.
— Guarda che spettacolo sei… — odezwał się, ciągnąc słowa niskim i chropowatym w brzmieniu głosem. Niech spojrzy ona, niech spojrzą wszystkim, jak niesamowitym spektaklem była. — E guarda per chi — dodał, subtelnie sunąc swoimi dłońmi po jej udach. Nie musiała rozumieć słowo w słowo, co mówił – słusznym było założenie, że w tej sytuacji więcej mówiło wszystko inne, niż słowa. Wystarczył ton głosu, dotyk i spojrzenie, aby wiedziała, że mu się podoba. Tyle i tylko tyle było jej potrzebne.
Dłonie zsunął tak, aby subtelnie wsunęły się pod jej uda, wślizgując między nie, a fotel na którym siedziała. Przesunął je jeszcze wyżej, pod wypukłość jej pośladów, wszystko bez pośpiechu, świadomie rozciągając w czasie każdy ruch i każdy pokonany milimetr. Tak, jakby wieczność nie miała być problemem, a tym, co chciałby osiągnąć.
Zacisnął z wyczuciem palce na jej mięśniach, a potem przysunął bliżej krawędzi fotela, wypychając jej biodra wyraźnie w swoją stronę. Poluzował swój chwyt, a potem wysunął spod niej najpierw jedną dłoń, a później drugą. Zahaczając przy tym wilgotny materiał jej bielizny, po którym przeciągnął palcami, wyczuwając pod nim jej nabrzmiałą i rozochoconą kobiecość.
Opuszki jego palców zagościły na tkaninę na dłużej, ślizgając się po niej i uciskając prowokacyjnie intymność kobiety.
Nie patrzył na nią, nie obserwował. Jego usta znów sięgnęły do skóry na jej udzie, by odcisnąć na niej kolejny pocałunek; za nim kolejny i kolejny. Sukcesywnie coraz bliżej linii z jej bielizny, którą chwilę później odsunął na bok, zahaczając palcami. Wolnym ramieniem owinął się wokół jej uda, podchwytując je, by zrobić więcej miejsca i przejąć kontrolę, na później. Kolejny raz wargi przycisnął do jej kobiecości, witając ją także ze swoim językiem. Przeciągnął jego koniuszkiem leniwie, zbierając całą tę wilgoć, a następnie sięgnął nim do epicentrum jej kobiecości, drażniąc bez pośpiechu i metodycznie, jak gdyby znał ją już tak dobrze. Ślizgał się po niej nie bez planu i niechaotycznie, nie spiesząc swoich ruchów, budując w niej z wolna napięcie. Każde, nawet najdrobniejsze muśnięcie jego języka miała poczuć w sobie; jak głębokie i namacalne przypomnienie o tym, kto ją znał do rdzenia i kto pamiętał o tym, gdzie była słaba i gdzie należało ucisnąć, aby miękła w jego ramionach.
Przyciskał do niej język mocniej, by zaraz musnąć jej łechtaczkę paroma szybszymi ruchami, które wymieniał na metodyczne, głodne posunięcia. Chwyt jego ramienia ściskał jej udo, z naciskiem wzrastającym proporcjonalnie do pojawiającego się w niej oporu; a ten miał rosnąć z każdą kolejną pieszczotą.
Navi Yun
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Mimowolny dreszcz przeszedł po jej jasnej skórze, gdy podniósł głowę, aby zlustrować ją spojrzeniem. Widziała to w jego oczach. Łatwo było dostrzec wzrok pożądania. Wielu znajomych Subina na nią patrzyło jak na obiekt, który chcieli posiąść. Ich brudne myśli często były wypisane na ich twarzach, chociaż głośno nigdy nic nie mówili. Ale w spojrzeniu Giovanniego widziała coś zupełnie innego. Coś subtelnego, a jednocześnie tak niesamowicie pociągającego. Nie patrzył na nią jak na obiekt, który chciało się jedynie przelecieć. Patrzył zdecydowanie głębiej.
Jego spojrzenie budziło ekscytację, a nie odrazę.
A dźwięk jego głosu powodował ucisk w podbrzuszu.
Pozwalała mu na każdy subtelny gest, wiedziona ciekawością, a także narastającym podnieceniem. Tak wyczuwalnym na jej rozgrzanej skórze oraz wilgotnej bieliźnie. Każde sunięcie jego dłoni było jak rozkosz dla jej zakończeń nerwowych. Wiedziona jego ruchami, wyciągnęła biodra bardziej w jego kierunku, mocniej opadając plecami na oparcie fotela. Instynktownie sięgnęła dłońmi do podłokietników, chcąc gdzieś ulokować własne ręce, przez cały czas go obserwując z walącym od ekscytacji sercem.
Czuła każdy, nawet najmniejszy dotyk, a nawet podmuch powietrza. Pierwszy, wyraźny impuls jednak przebiegł po jej ciele w momencie jak wyczuła jego palce na wilgotnym, koronkowym materiale, który zdradzał jak podniecona była. Wciągnęła mocniej powietrze do płuc, a jej nogi wyraźniej się przed nim rozwarły, gdy zagościł w tych rejonach na dłużej. Sama chciała dać mu jak najwięcej miejsca, aby móc poczuć każde muśnięcie jego palców.
Jej skóra na udzie wydawała się palić pod jego wargami. Wiedziała gdzie się zbliżał i szczerze mówiąc, nie mogła się doczekać, aż dotrze do celu. Wraz ze zmniejszającą się odległością, jej wewnętrzne napięcie rosło. I gdy w końcu wyczuła jak odsuwa materiał, układając ją przy tym wygodnie, ekscytacja urosła do bardzo wysokiego poziomu.
Wtedy poczuła jego język. Wciągnęła z syknięciem powietrze, wyginając plecy w delikatny łuk. Pierwsza fala była silna. Była ukojeniem jej oczekiwania. Rozkoszowała się każdą milisekundą. Tym jak ją traktował, jak pieścił językiem po jej obrzmiałej kobiecości, która się wręcz go domagała. Rozpływała się, dość prędko dopasowując się ruchem bioder do niego. To się działo samo z siebie. Jej ciało samo reagowało, samo odpowiadało.
Przymknęła oczy i oparła głowę o zagłówek, chcąc czuć absolutnie wszystko. Nie tylko jego język, który tak dokładnie drażnił jej partie, ale także palce zaciskające się na jej udzie. Musiała mu przyznać, że doskonale wiedział jak ją podejść, aby sprawić jak najwięcej przyjemności. Bo uwielbiała mieć jego twarz między nogami. To uczucie języka, który zlizywał całe podniecenie, jednocześnie budując w niej wyraźne napięcie.
Zacisnęła mocniej palce na podłokietnikach, kiedy jego subtelność zaczęła zyskiwać na prędkości oraz zawziętości. W jednej chwili jej serce mocniej uderzyło, a plecy raz jeszcze wygięły się w łuk, odczuwając silniejszy impuls podniecenia. Wciągnęła powietrze do płuc, aby zaraz westchnąć ciężej, gdy napięcie stało się wyraźniejsze.
Oddech stawał się coraz cięższy wraz z kolejnymi, intensywniejszymi pieszczotami. Im bardziej się nad nią pastwił, tym bardziej się pod nim wiła, czując jak podniecenie uciska jej podbrzusze. Napierała biodrami na jego usta, próbując się dopasować do niego, chcąc poczuć go jeszcze lepiej. Jeszcze wyraźniej. Chcąc, aby jego język był absolutnie wszędzie.
Gdy jednak napięcie było już mocniejsze, jej ciało probowało uciec. Z jednej strony chciała się wyrwać, a z drugiej pragnęła tego, aby był bliżej. Aby nie przestawał. Sięgnęła palcami do jego włosów, wsuwając w nie drobne palce, w jednej chwili napierając na niego biodrami, aby zaraz spróbować się wycofać. Tylko nie mogła uciec, bo trzymał ją na tyle pewnie, że to tylko potęgowało odczucia, które się w niej budowały.
— Jeszcze. Nie przestawaj — wymruczała, między kolejnymi westchnięciami. Dalej nie otwierała oczu, pozwalając sobie na to, aby po prostu go czuć. Aby dać się nieść podnieceniu, które było tak wyczuwalne.
Giovanni Salvatore
-
'Cause I'm the serpent, I'm the flame, the mortal world is scared to say my name.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie interpretował tego jako szczęście, bo szczęście było dla ludzi, którzy pozwalali sobie na złudzenia. To, co czuł wobec niej, było raczej cichym ustabilizowaniem układu; momentem, w którym chaos przestał się rozlewać, a zmienna, dotąd niebezpieczna, została wreszcie osadzona w strukturze i zapanował zaakceptowany porządek.
Od tej chwili nie była problemem do rozwiązania. Była decyzją, a decyzje, raz podjęte, traktował jak swoje najświętsze prawo, jako niepodważalne, trwałe i wymagające ochrony.
Navi nie stała się nagle jego bajkową księżniczką, której wyznawałby miłość zaraz za razem i dbał o nią, jak o najdelikatniejszy płatek róży. Ale zmieniło się miejsce w jego układzie i to, gdzie się znajdowała. Stała się jego częścią, a przez to – o wiele bardziej cenną, niż baśniowa księżniczka. Została nim, jego elementem, bo na to w końcu pozwolił i zaakceptował, przestając z tym walczyć. A przez to – stała się kimś, kto na tym świecie był dla niego najważniejszy – nie do ruszenia i jako integralna jego część – kimś, kto zasługiwał na to, co najlepsze.
Tak i teraz sprowadzało się to do jednego – do ucieleśnienia określenia co najlepsze. Jego myśli splątane były na satysfakcji, a jego własna, była bezsprzecznie zintegrowana z jej, a co za tym szło – pieścił ją. Poświęcał jej tyle czasu, ile nie poświęcił nigdy nikomu innemu. Oddawał w to tyle zaangażowania, ile zainwestowałby w samego siebie.
Bo ona była nim.
Skupiony w pełni na pieszczotach, na swoim własnym języku raz po raz muskającym ją, słuchał jej. Dostrajał się z pełną świadomością do niej. Do rytmu, którego szukała i do ucisku. Do jego natężenia, do jego nacisku, do wszystkiego, czego szukała. Nie drażnił jej, nie podjudzał, oddając absolutnie to, czego potrzebowała. Nie interesowały go szczeniackie zaczepki, próby podjudzenia jej dla własnej satysfakcji. To, czego szukał, to było jedynie jej własne spełnienie. Jej ud, coraz intensywniej walczących z nim, przy kolejnej próbie ucieczki. Jej oddechu, który miał zostać nienaturalnie niestabilny i jej głosu, który ześlizgiwał się z jej gardła w każdym westchnieniu i każdym krótkim pomruku.
Krótkimi, szybkimi ruchami końca języka budował w niej napięcie, by zaraz zmienić tempo, przeciągając swoim śliskim mięśniem po całej jej długości, spijając przy tym słodkie soki jej podniecenia. Jej smak osiadał ciężko na jego języku, zostawiając w umyśle echo jego własnej satysfakcji.
Wrócił do pieszczotliwej ofensywy, chwytając ją wyraźniej ramieniem, zaciskając swoje mięśnie. Muskał jej kobiecość, kiedy jej głos i słowa, które złożyła w czytelne zdanie, wyznaczyło mu stabilny kierunek i popchnęło w jego stronę. Niczego nie zmieniał w swojej strategii, tę którą nagrodziła prośbą, traktując jako idealną dla jej spełnienia.
Nie walczył z nią, bo wyszarpnięcie się z jego chwytu, a przez to i kontroli, nie było tutaj żadną opcją. Owinął swoje ramię wokół niej tak pewnie, przedramieniem drugiej ręki zachowując przestrzeń po drugiej stronie, że wykluczył jej opcję większego ruchu. Miała czuć, że chociaż to ona rozpływała się pod nim, to tylko prze to, że on chciał jej to dać.
Jego umysł zakleszczył się na jedynym postanowieniu, którym było doprowadzenie je ciała do ciężkich spazmów, a nawet wraz z nimi, nie przestając tak długo, jak była w stanie to znosić, a nawet jeszcze więcej. Od punktu, w którym prosiła go o to, by nie przestawał, do tego, w którym będzie go błagała, aby przestał, bo nie jest w stanie już więcej znieść.
A to była dla niego ledwie przystawka.
Navi Yun
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Czuła absolutnie każde muśnięcie palców, jego gorący oddech pomiędzy nogami, wilgotny język zlizujący jej podniecenie, a także drapanie jego zarostu o cienką skórę na udach. Miała wrażenie, że to zbliżenie było o wiele bardziej ekscytujące niż poprzednie. Że jej ciało odczuwało mocniej i więcej niż wcześniej, nawet jeśli był to ten sam człowiek, który wzbudzał w niej całą masę burzliwych uczuć. W tym też to niebezpieczne pożądanie, które raz za razem pchało ją na skraj przyzwoitości.
Teraz to uczucie gorąca było o wiele bardziej wyczuwalne.
I nie potrzebowała do tego słodkich słówek czy bajkowych obietnic. Ta szorstkość i jednoczesna subtelność, twarde zapewnienia i czyny były tym, co ją przy nim trzymały. Nigdy nie chciała księcia na białym koniu, z wielkim zamkiem. Nigdy też nie pasowała na prawdziwą księżniczkę Disneya, bo chociaż była delikatna i miała wrodzoną elegancję, to miała cechy, które mogłyby ją wykluczyć. Albo stworzyłaby nową generację bajek.
Takich gdzie księżniczka ulegała psychopacie i mordercy.
Doprowadzał ją na skraj rozkoszy. Z każdym kolejnym ruchem języka czuła jak ucisk w podbrzuszu był coraz bardziej wyczuwalny. Jak mięśnie mimowolnie napinały się w jednoczesnym proteście i prośbie o jeszcze. Dopasowywała się do niego tak, aby wynieść z tej pieszczoty jak najwięcej. Skupiała się przede wszystkim na tym co czuła i tym co pragnęło jej ciało. A jemu nie zamierzała odmawiać, zwłaszcza kiedy miała to co chciała na wyciągnięcie ręki.
Nie potrzebowała wiele, aby dojść na szczyt.
Gdy przeszedł do ofensywy, jej ciało wyraźnie się napięło. Biodra mocniej na niego naparły, chcąc dokładniej poczuć jego język. Oddech się spłycił, a pojedyncze westchnięcia stały się bardziej regularne. Tym wyraźniejsze im bliżej końca była. Wtedy też jej ciało zaczynało się buntować, starając się uwolnić od tego narastającego napięcia, które stawało się coraz bardziej nieznośne.
Wiła się pod nim, czując w podbrzuszu buzujące podniecenie, a gdy ono eksplodowało, mocniej oparła się o podłokietniki, to właśnie na nich zaciskając swoje palce. Głośniejsze stęknięcie opuściło jej wargi, gdy pierwsze spazmy targnęły jej ciałem… a za nimi szły kolejne, bo chociaż doszła, to on nie kończył. Urywany oddech i jęknięcia rozkoszy towarzyszyły jej coraz wyraźniejszym próbom wyrwania, gdy jej przebodźcowana kobiecość dostawała więcej niż mogła znieść.
W końcu jej odpuścił, a jej ciało jeszcze przez chwilę było targane spazmami przedłużonego orgazmu, który jej zapewnił. Serce mocno obijało się w jej klatce piersiowej, gdy otwierała po wszystkim oczy, by w końcu na niego spojrzeć spod rzęs.
Sięgnęła do jego karku, podnosząc się do siadu i wcisnęła mu na usta głęboki pocałunek, tym samym smakując swoje własne podniecenie, które w dalszym ciągu było wyczuwalne na jego wargach i języku. Odreagowywała w ten sposób orgazm, który dopiero schodził z jej ciała.
Drugą dłonią przesunęła po jego skórze na klatce piersiowej, czując jej rozgrzanie. Zjechała palcami po jej wyraźnych, napiętych nierównościach, kierując się jednoznacznie w dół. Tam, gdzie mogła sprawnym, niecierpliwym ruchem rozpiąć pasek od jego spodni w wymownym geście. Bo chociaż to on tu rozdawał wszystkie karty, to nie zamierzała siedzieć bezczynnie i tylko czekać, aż zostanie obsłużona.
Przeciągnęła dłonią po wybrzuszeniu na jego spodniach, zaciskając na nim z wyczuciem i niemym zaproszeniem palce. Sama się do niego bardziej przysunęła, bo odległość, która była między nimi była zdecydowanie zbyt duża, a ona w tej chwili potrzebowała tego, aby był blisko. Jak najbliżej. Chciała go czuć na każdym skrawku siebie, pozwalając podnieceniu przejąć kontrolę nad sobą.
Zapomniała już, że umiał wzbudzać lęk. Teraz budził przede wszystkim pożądanie.
Giovanni Salvatore