Faktycznie powstrzymywała się przed eskalacją konfliktu. Była to jedna z cech, które wpajali im na studiach godzinami. Rozwodzili się, jak to trzeba było trzymać emocje na wodzy i prywatne przekonania w rozmowach z pacjentkami, a przede wszystkim z ich rodziną. Bo to właśnie bliskim zazwyczaj strach i niemoc przesłaniały zaufanie do lekarzy, chowając się pod maską gniewu i całą listą pretensji.
Najważniejsze, to nie dać się wyprowadzić z równowagi, powtarzał jej ulubiony wykładowca Joseph,
nawet kiedy frajerzy będą was chcieli zrównać z błotem, kończąc tym jakże dosadnym stwierdzeniem. Cóż, nie bez powodu był jej ulubionym profesorem.
I właśnie według tej zasady Abby starała się zachować w przypadku policjanta, który bardzo dosadnie
d o m a g a ł się, by zająć się jego współpracownikiem. Wallace rozumiała, że ranga funkcjonariusza może w normalnych okolicznościach czyniła go nieco
lepszym, bardziej istotnym, jednak na sorze — kiedy to liczyło się życie a nie złote odznaki — pierwszeństwo mieli ci bardziej potrzebujący. Nawet przestępcy. Etyka lekarska wymagała ratowania nawet największych kryminalistów, chociaż serce niekiedy dyktowało zupełnie inaczej.
Szkoda tylko, że szanowny Pan policjant wcale tego nie rozumiał i wciąż drążył temat, wwiercajać intensywnie ciemne tęczówki prosto w te równie czekoladowe, należące do Abby. Nie chciała dać się wyprowadzić z równowagi, a jednak serce w piersi przyśpieszyło nieznacznie na jego kolejne słowa.
—
Świetnie — odezwała się w końcu równie chłodno, co on. —
W takim razie powinieneś doskonale rozumieć, że ja swoje również właśnie wykonuje — już nawet nie zwracała uwagi na fakt, że przeszła z nim na
Ty bez wyraźnej zgody z obu stron, ani na to, że nie wiedzieć kiedy, wykonała w jego stronę kolejny krok, praktycznie się z nim zrównując. Tylko głowe musiała zadrzeć, biorąc pod uwagę różnice wzrostu.
—
Pod skalpel pójdzie w pierwszej kolejności ten, kto bardziej tego potrzebuje — wyjaśniła, jakby jeszcze tego nie zrozumiał. Bo chyba nie rozumiał, biorąc pod uwagę jak gromił ją wzrokiem. Szkoda tylko, że Abby nic sobie tego nie robiła. Chociaż ogień w jego oczach powodował, że i krew w żyłach Wallace zaczęła szybciej płynąć. A kiedy się tak działo, człowiek potrafił powiedzieć o dwa słowa za dużo… —
My tu ratujemy życia. I gówno kogoś obchodzi fakt, że nosicie mundury — dodała już bez ogródek. Może niepotrzebnie, może faktycznie nie powinna, ale stało się. Nie było czasu się teraz nad tym zastanawiać, dlatego posłała mu jeszcze jedno spojrzenie, a potem w końcu trąciła z barku i poszła po krew, na którą czekał pacjent w
potrzebie.
Zaniosła krew, pomogła ją odpowiednio przetoczyć i szybko zajęła się innymi pacjentami. Kilkakrotnie minęła policyjnego gbura — siedział przy marnym kubku kawy, co jakiś czas gromiąc ją wzrokiem, nawet nie zdając sobie sprawy, że Wallace faktycznie zajrzała do jego przyjaciela i sprawdziła go dokładnie. Opatrunek na ramieniu był suchy, skóra ciepła, puls na nadgarstku wyraźny. Jeszcze dwie osoby i był następny do zabiegu, który już zdążyła potweirdzić z pielęgniarką dużyrującą.
Chociaż godziny była późna, na sorze wciąż panował istny chaos. Wciąż brakowało łóżek, ciągle ktoś się zatrzymywał, ktoś inny tracił krew, a rąk do pomocy było coraz mniej, żeby nie powiedzieć praktycznie wcale.
Nagle pisk monitora przebił się przez hałas, oznajmiając o kolejnym zatrzymaniu. Abby zareagowała odruchowo, zanim jeszcze zdążyła pomyśleć, podbiegając do łóżka, sprawdzając tętno.
—
Zatrzymanie! — ktoś krzyknął z drugiego końca sali, jakby to w ogóle było potrzebne.
Klęknęła przy pacjencie rozpoczynając masaż serca. Palce na mostku, mocno, rytmicznie. Klatka piersiowa uginała się pod jej ciężarem. Każdy ucisk był szybki, głęboki, z należytą pewnością.
Rozejrzała się, szukając wsparcia — pielęgniarki były zajęte przy innych łóżkach, lekarz dyżurny przy innym pacjencie. Nie było nikogo, kto mógłby pomóc założyć worek wentylacyjny.
Kurwa.
Jej wzrok w końcu padł na policjanta pod ścianą.
—
Hej!! — krzyknęła głośno, wciąż uciskając, jednach facet zdawał się nie zwracać na nią uwagi. —
Ty z kawą — warknęła jeszcze donośniej, a on w końcu podniósł na nią wzrok. —
Wstawaj. Już — rzuciła tonem nieznoszącym sprzeciwu. —
No chodź tu. Rusz się — potrzebowała pomocy. Absolutnie nie była w stanie samodzielnie utrzymać go przy życiu na dłuższą metę, a policjant z pewnością był przeszkolony w wykonywaniu masażu serca. —
Przejmiesz go ode mnie.
Chociaż Tony ruszając się z miejsca jeszcze nie wiedział, że facet, który właśnie się zapadał był tym, który postrzelił jego przyjaciela.
Tony Macallan