-
Bet I could change your life
You could be my wife
Could get into a fight
I'll say, "You're right"
And you'll kiss me goodnight
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wciąż jednak pozostawały obawy związane z obecnością wałęsającego się na wolności Anthony’ego Blythe’a, który odgrażał się Swanson. Co prawda od jakiegoś już czasu przebywał w ukryciu i nie manifestował swojej obecności, ale to musiało w końcu się zmienić. Czuła to w kościach.
Zdawało się, że w końcu udało im się uzyskać jakiś przełom w sprawie. Policja była skupiona na badaniu okolicy, w której aktywnie działał złodziej będący ostatnią ofiarą mordercy. Evina była tą, która wysunęła teorię na temat tego, że chłopak po prostu włamał się do niewłaściwego domu i ze względu na to podpadł Blythe’owi.
Wciąż nie odnaleźli całego ciała Były jeszcze inne przesyłki zawierające pojedyncze części ciała, ale te od razu przechwytywane były przez techników. Za każdym razem, gdy tylko jakakolwiek paczka na komendzie była adresowana do Swanson to do akcji wkraczał cały zespół mający się zająć badaniem tej sprawy.
W końcu jednak udało im się namierzyć potencjalną kryjówkę Blythe’a, która znajdowała się na samych obrzeżach miasta. W końcu jednak wysiadła z auta niedaleko wspomnianej chatki. Upierała się, że chciała zbadać to miejsce. Zobaczyć, że faktycznie znajdowało się w nim coś, co było charakterystyczne dla już raz ujętego przez nią mordercy…
Obrzuciła spojrzeniem pobliski budynek, który nie wyglądał zbyt ciekawie. Zapuszczony, zaniedbany i znajdujący się w stanie, gdzie Evina zastanawiała się nad tym czy został już opuszczony czy może był zamieszkiwany przez lokalną patologię. Na pierwszy rzut oka mogło się nie kryć w nim nic cennego, ale dalej mógł być łatwym celem dla złodzieja, który już kilka razy wpadł za to, że wziął na celownik zbyt bogaty dom, który był przygotowany na podobne wypadki.
- Planujesz mnie pilnować przez cały czas? - zapytała, spoglądając na narzeczoną, która nie opuszczała jej nawet na krok.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A jednak ta radość nigdy nie przychodziła sama.
Gdzieś w tle nieustannie czaił się niepokój, który nie pozwalał im w pełni odetchnąć. I chociaż przez dłuższy czas Anthony Blythe nie zrobił nic, co mogłoby zagrażać zdrowiu i życiu Swanson, Zaylee nie ufała temu spokojowi. Zbyt długo współpracowała z policją, żeby wierzyć, że takie sprawy kończą się same. Bo jeśli ktoś taki jak Blythe milczał, to tylko dlatego, że planował kolejny ruch. Wciąż bała się o narzeczoną, o Sama i o ich wspólną przyszłość.
Śledztwo w sprawie wreszcie zaczęło nabierać kształtu. Hipoteza Eviny miała sens — włamanie, niewłaściwy dom, zły moment. Przypadkowa ofiara czyjegoś chorego umysłu. Zaylee obserwowała, jak jej narzeczona coraz głębiej zanurza się w śledztwo, analizuje, łączy fakty i nie potrafi (ani nawet nie chce) się od tego odciąć. Podziwiała ją za to, ale jednocześnie martwiła się, że Blythe może zrobić dokładnie to, czego oczekiwały — ponownie skierować całą uwagę właśnie na Swanson.
Ciało Finnegana McMurphy'ego nadal nie zostało odnalezione, a to nie dawało jej spokoju. Te pojedyncze, makabryczne przesłanki były celową prowokacją i za każdym razem, jak nowa jakieś pakunki trafiały na komisariat, żołądek Zaylee zawiązywał się w ciasny supeł. Profesjonalizm kazał jej zachować zimną krew, ale prywatnie miała ochotę zamknąć Evinę w najbezpieczniejszym miejscu na świecie i nie wypuszczać jej stamtąd aż do moment schwytania Blythe'a.
Jako koronerka rzadko brała udział w działaniach terenowych, które nie łączyły się bezpośrednio ze zwłokami znalezionymi na miejscu zbrodni. No chyba, że sama się w nie pchała. Ale ta sprawa od dawna przestała być standardowa. Dokumenty, które analizowała przez ostatnie tygodnie układały się w spójny schemat. Blythe był metodyczny. Cierpliwy. Lubił kontrolę, a to czyniło go jeszcze bardziej niebezpiecznym. Gdy wysiadła z samochodu, od razu poczuła charakterystyczne mrowienie pod skórą. Nie potrafiła tego wytłumaczyć, dlatego kiedy Swanson krążyła wokół budynku, Miller podążała za nią jak cień. Na jej pytanie zareagowała wzruszeniem ramion.
— Tak — odparła natychmiast. — Masz z tym jakiś problem? — spojrzała na narzeczoną, żeby zaraz wykonać zamaszysty gest ręką, który objął pobliską chatkę. — Blythe mógł gdzieś tutaj ukryć zwłoki McMurphy'ego, a zwłoki to moja działka — przypomniała jej, opatulając się szczelniej szalikiem. Zima w Toronto była bezlitosna i nie odpuszczała. Zupełnie, jak Zaylee. — Rób swoje i udawaj, że mnie tutaj nie ma — dodała, bo już wcześniej zapewniała narzeczoną, że nie będzie się wpierdalać i przeszkadzać jej w śledztwie.
Evina J. Swanson
-
Bet I could change your life
You could be my wife
Could get into a fight
I'll say, "You're right"
And you'll kiss me goodnight
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Szkoda tylko, że znowu musiały się zmierzyć z kimś kto stanowił dla nich wyjątkowe zagrożenie. To nie była sprawa zawodowa. To było niezwykle personalne. Nawet polowanie urządzone przez Fostera nie miało takiego charakteru, bo do samego końca nie były pewne czy na pewno ten obrał sobie Miller za cel. Tym razem jednak było to pewne od samego początku.
Jeszcze wielu rzeczy nie udało im się dowiedzieć. Przed sobą mieli naprawdę sporo pracy, ale zdawało się, że chociaż zrobili jakiś postęp i krok do przodu jeśli tylko chodziło o kwestie namierzenia Blythe'a. Może zbadanie domu przyniesie im odpowiedzi na kolejne pytania gromadzące się w głowie... albo wskaże kierunek, w którym powinni się udać.
Przede wszystkim spodziewali się znaleźć ciało. Swanson tylko nie była pewna na ile mogło im się przydać. Wiedzieli kim był zabójca. Zagadką było tylko to gdzie on się podziewał oraz w jaki sposób potraktował ciało. Czy było w tym coś, co było charakterystyczne dla niego te całe dekady temu?
- Rozmawiałyśmy już o tym tyle razy, że chyba nie muszę ci mówić - odpowiedziała spokojnie, bo znały już doskonale swoje zdanie jeśli chodziło o podobne kwestie. - Nie pchaj się zbytnio do przodu.
Nie bardzo mieli pojęcie, co takiego może się kryć w środku. Dlatego też wolała, aby koronerka zaczekała na to, aż wpierw sprawdzą dokładnie każdy zakamarek domu, aby mieć pewność, że na pewno będzie tam bezpiecznie.
Kilku funkcjonariuszy czekało na nich przed domem. Najwyraźniej nie chcieli wchodzić do środka nim nie upewnią się, że Swanson również jest na miejscu, aby upewnić się czy mieli do tego zielone światło. W końcu musieli działać dosyć
Wyciągnęła i odbezpieczyła broń. Tak na wszelki wypadek. Następnie sięgnęła do klamki, upewniwszy się, że inni również zdają się gotowi do tego, aby wejść do środka. Naparła na drzwi i wtedy... Poczuła jakby o coś zahaczyły.
Mechanizm, który znajdował się za progiem ożył. Swanson w ostatnim momencie uchyliła się przed tasakiem, który wbił się w drewno drzwi tuż przy jej twarzy... Blythe musiał naszpikować cały dom pułapkami, spodziewając się tego, że w końcu natrafią na jego małą kryjówkę.
Evina mimo pozornie zachowanego spokoju czuła jak serce łomocze jej w klatce piersiowej. Adrenalina była już pompowana w żyły, a na skórze czuła dalej chłodny pęd powietrza chociaż ostrze dawno już utkwiło w powierzchni drzwi kilka centymetrów dalej.
- Ostrożnie. Może być tego więcej - poleciła, a wymówienie tych słów uświadomiło jej to jak mocno zaschło jej w ustach.
Wytężyła zmysły jak tylko mogła i weszła do ciemnego pomieszczenia, gotowa do akcji. Z wnętrza domu dobiegał znajomy fetor, który stał się mocniej wyczuwalny z każdym kolejnym krokiem.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tyle że tym razem było inaczej. Analizując dokumentację Blythe’a, Zaylee nie potrafiła oddzielić pracy od strachu. Morderca nie działał przypadkowo, a zbyt wiele elementów wskazywało na to, że Swanson była dla niego osią całej gry. A to budziło w Miller gniew. Z kolei luki w wiedzy powodowały narastającą frustrację. Zbyt wiele niewiadomych. Zbyt wiele elementów układanki, które wciąż nie chciały wskoczyć na swoje miejsce. Jako koronerka była przyzwyczajona do tego, że odpowiedzi przychodzą po czasie. Były zapisane w ciele i w mikroskopijnych szczegółach. Ale teraz brakowało jej tego komfortu. Nie miała przed sobą zamkniętej przestrzeni prosektorium, tylko żywego przeciwnika, który wciąż poruszał się gdzieś pomiędzy nimi. Mimo to dostrzegała postęp. Namierzenie potencjalnej kryjówki było dowodem, że Blythe popełnił błąd. Że zostawił po sobie ślad. A jeśli dom na obrzeżach miasta faktycznie był jego schronieniem, mógł skrywać odpowiedzi, których tak desperacko potrzebowały.
— Nigdzie się nie pcham — fuknęła jak kot. Faktycznie pozostawała z tyłu, ale na tyle blisko, żeby nie stracić Swanson, a jej spojrzenie nieustannie przesuwało się po linii drzew, oknach chatki i po ziemi wokół budynku. Każdy szczegół mógł mieć znaczenie. Skinęła głową do policyjnych funkcjonariuszy, którzy odpowiedzieli tym samym gestem. — Nie jestem głupia — zaznaczyła, gdyby narzeczona przypadkiem zapomniała, z kim rozmawia.
Ustaliły już, że Miller nie będzie wychodzić przed szereg. Ani teraz, ani w innych sytuacjach, które mogłyby zaważyć nie tylko na losach sprawy, ale także na jej życiu. I chociaż Zaylee można było zarzucić naprawdę wiele, to z pewnością nie można było powiedzieć, że była gołosłowna.
Poczekała, aż Swanson naprze na drzwi i wtedy zobaczyła ruch; metal błysnął w powietrzu i przeciął przestrzeń z głuchym świstem. Jej oddech urwał się gwałtownie, a serce podeszło do gardła, gdy tasak wbił się w drewno tuż obok twarzy Eviny.
— Kurwa — wypaliła, ale w głowie już analizowała mechanizm — naciąg, punkt zaczepienia i kąt uderzenia. Prosta pułapka. Skuteczna. Zaprojektowana może nie po to, żeby od razu zabić, ale by przypomnieć, kto tu rozdaje karty. — Czyli mamy powtórkę z podziemi Nowego Początku? Zajebiście — prychnęła, przewracając z poirytowaniem oczami. Już to przerabiały. I wcale nie było miło. — Nie powinnaś wysłać ich jako pierwszych? — zapytała i zerknęła wymownie w kierunku stojących przed chatką funkcjonariuszy. Skoro Swanson miała ich pod sobą, to oni powinni nadstawiać karku i ryzykować oberwaniem tasakiem w łeb.
Odór w środku nie robił na niej wrażenia. W prosektorium miała do czynienia ze znacznie gorszym fetorem. Sięgnęła do kieszeni płaszcza i wyciągnęła latarkę. Jeśli wnętrze budynku było naszprycowane pułapkami, nie zamierzała wdepnąć w nie na oślep.
Evina J. Swanson
-
Bet I could change your life
You could be my wife
Could get into a fight
I'll say, "You're right"
And you'll kiss me goodnight
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Blythe był na tyle niebezpieczny, że miał wiele lat na to, aby się przygotować. Może i więzienie nie dawało mu zbyt sporych możliwości spędzania wolnego czasu, ale na pewno mógł go wykorzystać na to, aby przemyśleć dokładnie, co takiego chciał zrobić. Dojrzał. Wiedział, co powinien robić i chociaż świat poszedł do przodu to jednak zdawał się w nim całkiem dobrze odnajdywać.
Nie chciała się kłócić, ale chyba można było odnieść inne wrażenie, patrząc na to, że zdecydowała się zwrócić uwagę narzeczonej i przypomnieć jej o tym, że powinna się trzymać z tyłu. Sama zapewne też powinna, ale jak zwykle była skłonna do tego, aby utrzymywać, że było zupełnie inaczej.
- Wiem, że nie jesteś - odpowiedziała na wypadek, gdyby Zaylee zapomniała, że faktycznie nie uważała jej za głupią... najwyżej za porywczą.
Sama powinna uważać o wiele bardziej. Przekonała się o tym, gdy przeżyła spotkanie trzeciego stopnia z tym cholernym tasakiem, który nieomal nie wbił jej się w czaszkę. Biorąc pod uwagę to jak mocno wbił się w drewno to skutki mogłyby być naprawdę katastrofalne, gdyby w porę się nie uchyliła.
- Raczej nie życzył sobie gości - skomentowała, licząc na to, że odrobina zwyczajowego czarnego humoru oraz sarkazmu pomoże jej się uspokoić i przywrócić wewnętrzną równowagę. - Będzie dobrze... Wiem, co robię.
Nie była tego do końca pewna, ale mimo wszystko ruszyła do przodu, stawiając ostrożnie kroki i rozglądając się uważnie czy przypadkiem nie natknie się na kolejny mechanizm odblokowujący jakąś prymitywną pułapkę. Lewo jej się udało, ale dostrzegła nikłe przecięci na linii wzroku tuż nad podłogą. Była to żyłka wędkarska, której pociągnięcie wyzwoliłoby jakiś nowy efekt. Nie zdążyła jeszcze właściwie go przestudiować, gdy do jej uszu doszedł donośny huk, po którym rozległ się rozdzierający krzyk jednego z policjantów.
Petarda.
Ostatnio ze względu na noc sylwestrową można było je kupić niemal wszędzie, a Blythe najwyraźniej znalazł sposób na to jak można byłoby je odpalić za pomocą jakiejś podrzędnej sztuczki.
- Cholera jasna - zaklęła i nagle poczuła pewną ulgę ze względu na to, że mieli w pobliżu kogoś z doświadczeniem medycznym.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Huk sprawił, że Miller wzdrygnęła się i skierowała strumień światła na narzeczoną, unosząc przy tym wysoko brwi.
— Czyżby? — mruknęła, bo teraz nie była taka pewna, że Swanson wiedziała, co robi. Zwłaszcza kiedy na zewnątrz rozległ się krzyk jednego z funkcjonariuszy. Cofnęła się do drzwi, żeby zobaczyć, co tam się właściwie wydarzyło.
Jeden z policjantów leżał na ziemi, trzymając się kurczowo za nogę, a drugi kucał przy nim, próbując go uspokoić.
— Jak z nim?! — zapytała Zaylee, wychylając się zza framugi.
— Krwawi! — odkrzyknął policjant po tym, jak zdjął koledze buta. Przynajmniej nie urwało mu stopy.
— Będzie żył! — stwierdziła od razu. Skoro nie doszło do amputacji, na razie nie trzeba było wzywać medyków. — Uciskaj mocno! W samochodzie jest apteczka! — dodała, a gdy mężczyzna uniósł kciuk w górę, wróciła do Eviny. — Ja pierdolę, co za gówno — prychnęła, oświetlając latarką podłogę, żeby przypadkiem nie uruchomić kolejnego mechanizmu.
Przeszła ostrożnie wzdłuż ściany, przyklejając się do spróchniałych desek. Nie zauważyła jednak wystającego gwoździa i muskając o niego ramieniem. To wystarczyło. Z sufitu, tuż nad linią ściany, zsunęła się wąska metalowa rama, prowadząc za sobą stalową linkę uzbrojoną w drobne haczyki. Gdyby zrobiła jeszcze jeden krok, linka wbiłaby się w jej szyję. Zatrzymała się w ostatnim momencie, a potem odskoczyła gwałtownie, czując pulsującą w skroniach adrenalinę. Haczyki kilkakrotnie uderzyły o ścianę, aż w końcu zamarł w bezruchu. I Miller też zamarła, przenosząc wzrok na Swanson.
— Nic mi nie jest — zapewniła, choć w głowie jej huczało. — Powiem ci, że gość jest popierdolony. Takich sztuczek uczą w więzieniu? — tym razem to ona starała się żartować, robiąc dobrą minę do złej gry. Nawet jeśli się przestraszyła, nie zamierzała dawać tego po sobie poznać. Wiedziała, jak to działa i że w ten sposób niepotrzebnie zaniepokoi narzeczoną, która w końcu każe jej stąd spierdalać. I znów zaczną się sprzeczać w najmniej odpowiednim momencie, bo żadna nie będzie potrafiła odpuścić.
Evina J. Swanson
-
Bet I could change your life
You could be my wife
Could get into a fight
I'll say, "You're right"
And you'll kiss me goodnight
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie odpowiedziała. Dalej była przekonana o tym, że wiedziała, co robi. Nie była jedynie pewna tego czy na pewno jej towarzysze to wiedzieli. Biorąc pod uwagę, że jeden z nich naciął się na prostą sztuczkę zaimprowizowaną przez Blythe'a to mogła mieć, co do tego pewne wątpliwości.
Nie wycofała się całkowicie. Obserwowała uważnie trasę, którą Zaylee pokonała z powrotem do drzwi wejściowych, aby opatrzeć rannego policjanta. Widziała też to jak jego partner chwycił radio, aby poinformować o tym, że mieli poszkodowanego funkcjonariusza. Szczęśliwie jednak nie było to nic szczególnie poważnego.
Odetchnęła głęboko, starając się uspokoić i wciąż nerwowo zerkając na swoje otoczenie, starała się skupić przede wszystkim na postaci swojej narzeczonej. Narzeczonej, która ku jej wyraźnemu niezadowoleniu postanowiła wrócić do wnętrza domu zamiast zostać z ich ofiarą małej sztuczki pirotechnicznej.
Chciała już coś jej odpowiedzieć, ale wtedy serce zamarło jej w gardle, gdy tylko zobaczyła to jak Zaylee nieopatrznie uruchomiła jeszcze jeden mechanizm. Przez moment czuła się sparaliżowana strachem, ale po chwili otrząsnęła się z szoku, gdy tylko doszło do niej, że tak naprawdę koronerce nie stała się żadna krzywda.
- Lepiej zaczekaj przed domem z naszym kaleką - rzuciła w kierunku Miller, wiedząc już, że ta zaraz wyrazi sprzeciw. - Masz największe doświadczenie medyczne. My dokończymy zwiad.
Skinęła jeszcze na funkcjonariusza, którego spojrzenie podłapała. Nie chciał zostawić swojego partnera samego. Nie mogła mu się dziwić. Sama również chciałaby, aby ktoś monitorował stan rannego na wszelki wypadek.
- Przetrząśniemy ten dom. Bierz górę, a ja sprawdzę dół - poleciła mu krótko.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale potem pojawił się seryjny morderca koronerów i Miller potraktowała sprawę osobiście. Zwłaszcza po śmierci Beckera. Nie była to już tylko praca, a kwestia honoru. Postanowiła, że tym razem doprowadzi wszystko do końca, niezależnie od kosztów. Jej zdeterminowanie było tak silne, że nawet własne postanowienia wydawały się blednąć wobec obsesji na punkcie sprawiedliwości. I kiedy wreszcie myślała, że udało jej oddzielić życie prywatne od pracy, pojawił się Blythe, a ona znów nie potrafiła stać z boku i patrzeć, jak Swanson rzuca się w wir zdarzeń. Nowy Rok, stara Zaylee.
Już chciała zaprotestować, że nigdzie się stąd nie ruszy, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. Nie chciała wdawać się z nią w słowną potyczkę, która w którymś momencie na pewno eskalowałaby i przeobraziła w niespodziewaną kłótnię. Zresztą Evina miała rację — ktoś musiał zająć się poszkodowanym do przyjazdu karetki.
— Uważaj na siebie — powiedziała krótko, wycofując się w kierunku drzwi, jednocześnie wymijając wspomnianego funkcjonariusza. — I Evina — zatrzymała się w progu, aby jeszcze raz na nią spojrzeć. — Nie rób głupstw — poprosiła, po czym zbiegła po drewnianych schodkach i ruszyła w stronę wijącego się na trawie policjanta. Jego kolega nieporadnie próbował unieruchomić zakrwawioną stopę.
— Przesuń się — rzuciła stanowczo, kucając obok, bo nie mogła znieść widoku tej fatalnej pierwszej pomocy. Wyciągnęła z płaszcza rękawiczki, naciągnęła je na dłonie i obejrzała ranę. Była głęboka i mocno krwawiła, ale kość wyglądała na nienaruszoną. Sięgnęła po apteczkę i sprawnie oczyściła ranę z brudu i resztek materiału z petardy, która przebiła się przez obuwie. Dokładnie zdezynfekowała ranę i starannie owinęła stopę jałowym opatrunkiem. — Powinno być trochę lepiej — oznajmiła, mocno uciskając opatrunek, aby powstrzymać krwawienie. — Ale nie ruszaj tą nogą, w przeciwnym razie zrobi się jeszcze gorzej — zastrzegła, kiedy mężczyzna próbował zmienić pozycję.
Wraz z drugim funkcjonariuszem podparli go o drzewo, a gdy poszkodowany przymknął oczy, Zaylee klepnęła go w policzek. Może trochę za mocno, niż na początku zamierzała, ale nie chciała, żeby jej tutaj zasnął. Kątem oka zerknęła na jego kolegę.
— Gibbs, tak? — upewniła się, a gdy ten przytaknął, wskazała podbródkiem na krótkofalówkę. — Możesz mnie połączyć ze detektyw Swanson? — zapytała. Gibbs skinął głową, nacisnął odpowiedni przycisk i przysunął krótkofalówkę bliżej Miller. — Jak wam idzie? Znaleźliście coś? — zapytała, spoglądając w kierunku chatki, z której na razie nie dochodziły żadne niepokojące dźwięki.
Evina J. Swanson
-
Bet I could change your life
You could be my wife
Could get into a fight
I'll say, "You're right"
And you'll kiss me goodnight
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Przypadek Fostera był idealnym przykładem. Dla Miller było to coś niezwykle osobistego ze względu na to, że znała część ofiar. Dlatego pchała się do tego, aby brać czynny udział w śledztwie, a to z kolei było powodem do kolejnych kłótni, które miały miejsce póki Evina w końcu nie zdecydowała się na to, aby się wycofać i pozwolić jej robić to na co miała ochotę.
Ulżyło jej, że nie musiała się wykłócać teraz z narzeczoną. Zdawała sobie sprawę, że musiało się tak stać za sprawą tego, że odwołała się do jej profesji. Może i policjanci również przechodzili przeszkolenie w dziedzinie pierwszej pomocy, ale na pewno nie mogli się w żaden sposób równać z kimś po medycynie... Nawet jeśli jego specjalizacją było badanie martwych ciał.
- Zawsze uważam - zapewniła ją, ale obie wiedziały, że czasami bywało z tym różnie.
Odprowadziła ją wzrokiem, mając nadzieję, że tym razem koronerka nie natknie się na żadną skleconą naprędce pułapkę. Nie umiała opisać uczucia, które jej towarzyszyło przez cały ten czas, ale na pewno nie chciałaby go czuć ponownie.
Mogła odetchnąć dopiero, gdy narzeczona znalazła się poza terenem domu. Przynajmniej nie musiała teraz się nią martwić, a skupić się na tym, aby zapewnić sobie samej bezpieczeństwo. Każdy krok musiała stawiać z rozwagą i uważać na to, aby nie dotknąć niczego, co mogłoby posłużyć jako trigger wyzwalający jakąś niezidentyfikowaną pułapkę.
Na razie wszystko szło zgodnie z planem. Poza drobnymi śladami świadczącymi o tym, że ktoś pomieszkiwał w domu oraz małymi niespodziankami zostawionymi przez Blythe nie dostrzegła praktycznie nic szczególnego. W końcu jednak natrafiła na drzwi, które prowadziły do przybudówki stanowiącej warsztat czy też garaż. Powoli chwyciła w dłoń klamkę i wtedy usłyszała wydobywający się z krótkofalówki głos narzeczonej.
- Na razie nic - odpowiedziała, wciskając odpowiedni przycisk, który przytrzymała palcem na cały czas trwania komunikatu po czym ostrożnie nacisnęła na klamkę...
Spodziewała się tego, że uruchomi jakąś dziwną konstrukcję. Tym razem jednak zagrożenie znajdowało się w oddali... Była to gwoździarka. Dzięki zawiłemu systemowi linek i zacisków otworzywszy drzwi nacisnęła na spust. Całe szczęśnie taka broń nie czyniła spustoszenia takiego jak w filmach akcji, ale i tak jeden z gwoździ wbił jej się boleśnie w udo.
Syknęła i odsunęła się od drzwi dopóki atak nie ustał i dopiero wtedy uderzyła w nią dużo intensywniejsza woń rozkładającego się ciała... Znała doskonale ten zapach. Uderzał mocno w nozdrza i potrafił przyprawić o skurcze żołądka jeśli tylko dekompozycja osiągnęła już późniejszy proces.
Poczekała aż atak gwoździarki przeminie choć większość pocisków nie uczyniła większej szkody ze względu na odległość, która ją od niej dzieliła. Być może miał to być swoisty straszak albo Blythe liczył na coś więcej. Niemniej na samym środku pomieszczenia do jednej z belek pod sufitem przytwierdzony był solidny żelazny hak. Z niego z kolei zwisały gnijące zwłoki rozpłatanego od krocza do klatki piersiowej McMurphy'ego. Nogi miał związane w kostkach czymś, co wyglądało jak lina holownicza. To właśnie ona zahaczona była o hak. W pobliżu stał niewielki stolik, na którym wyłożone były zakrwawione narzędzia... Piła, nóż, młotek oraz kilka innych. Każde z nich z daleka już wyglądało na brudne od klejącej się do nich zbrunatniałej posoki.
Chyba tylko obecne warunki pogodowe sprawiły, że do środka nie zleciały się muchy, które oblazłyby całe ciało i zaczęły krążyć nad wiadrem ustawionym koło stolika. Od niego bił równie mocny odór... Chyba właśnie tam Blythe wyrzucił podroby z wypatroszonej ofiary.
Swanson syknęła z bólu i sięgnęła wolną dłonią raz jeszcze do radia, aby połączyć się z czekającym na zewnątrz funkcjonariuszem.
- Znalazłam ciało McMurphy'ego... Jest w przybudówce - poinformowała lakonicznie.
Nie sądziła, że to będzie tak proste, ale chyba jednak Blythe chciał im się pochwalić swoim dziełem i pokazać do czego był zdolny.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Przyjechali ratownicy medyczni — oznajmiła Zaylee, dostrzegając migoczące światła odbijające się między pniami drzew i zalewające drogę pulsującym błękitem. — Zaraz do ciebie przyjdę — nie czekając na odpowiedź, podniosła się z kolan i cofnęła o krok, robiąc miejsce medykom, którzy ostrożnie przedzierali się w stronę drzewa, pod którym na wpół przytomny funkcjonariusz majaczył coś pod nosem, z trudem utrzymując otwarte oczy. Dopiero gdy został przejęty przez ratowników, Zaylee odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę budynku.
Nagle ktoś szarpnął ją za przedramię. Zatrzymała się gwałtownie i spojrzała w bok. To był ten drugi policjant. Gibbs.
— Pójdę przodem, pani doktor — powiedział krótko, po czym cisnął jej do dłoni swoją krótkofalówkę, nie czekając na sprzeciw. Miller chciała coś powiedzieć, ale Gibbs wyminął ją i ruszył dalej.
I wtedy to się stało.
Nienaturalnie głośny trzask, a zaraz po nim oślepiający błysk. Ziemia zadrżała, powietrze eksplodowało falą uderzeniową. Zaylee poczuła, jak coś rzuca nią do tyłu. W pewnym momencie straciła równowagę i upadła na plecy i chociaż śnieg zamortyzował upadek, to w uszach zadzwoniło jej tak, jakby świat zapadł się w próżnię. Tam, gdzie przed sekundą stał Gibbs, unosił się kłąb dymu i pyłu. Zapach spalenizny mieszał się z ziemią i wilgotnymi liśćmi. Miller poderwała się, ignorując ból w ramionach, i rzuciła w tamtą stronę, nawołując go z nazwiska, ale odpowiedziało jej tylko echo wybuchu odbijające się w jej głowie.
— Proszę uważać! — zawołał jeden z ratowników. — Teren chyba jest zaminowany!
— No nie pierdol! — Zaylee wyrzuciła ręce w powietrze i spojrzała na porozrzucane szczątki. Nacisnęła przycisk w krótkofalówce. — Swanson? Jesteś tam? — zapytała, stojąc w miejscu, żeby przypadkiem nie wdepnąć w jakieś gówno. — Gibbsa wyjebało w kosmos. Przydałoby się wsparcie saperów — starała się brzmieć rzeczowo, ale serce łomotało o żebra jak oszalałe. Poza tym, że trochę dzwoniło jej w uszach, wszystko było w porządku. Gdyby nie Gibbs szedł pół kroku wolniej, gdyby ona była metr bliżej.... Gdyby nie on, to jej resztki trzeba byłoby zeskrobywać ze ścian chatki. — Jesteś cała? — dopytała jeszcze, bo wcześniejszy ton głosu narzeczonej wciąż nie dawał jej spokoju.
Evina J. Swanson