-
Bet I could change your life
You could be my wife
Could get into a fight
I'll say, "You're right"
And you'll kiss me goodnight
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Tylko uważaj - ostrzegła ją jeszcze nim zwolniła uścisk na radiu i sięgnęła wolną dłonią do uda, aby wyrwać w końcu z niego gwóźdź.
Miała pecha, że akurat gwoździarka trafiła w miękką tkankę. Gdyby chodziło o jakąś inną część ciała to pewnie pocisk nie byłby w stanie nawet utkwić w ciele.
Zaczęła się rozglądać po pomieszczeniu. Miała obolałą nogę, ale nie wypłynęło to szczególnie na jej umiejętność chodzenia. Chciała bliżej przyjrzeć się rzeczom, które znajdowały się na wierzchu. Narzędziom używanym do torturowania i krojenia McMurphy'ego oraz przedmiotom, które Blythe pozostawił po sobie na stole ustawionym pod ścianą.
Nagle jednak w pobliżu rozległ się ogłuszający huk, który aż zatrząsł przybudówką. Zaskoczona Swanson zatoczyła się i wpadła na pobliski regał z kartonami wypełnionymi wszelkiej maści śrubkami, gwoździami i innymi narzędziami. Metalowe części zaszczękały tuż nad jej głową, a ona sama sięgnęła do krótkofalówki i odetchnęła z ulgą, gdy tylko usłyszała głos narzeczonej.
Brzmiała jakby nic się jej nie stało. Przerażona, ale cała i zdrowa. Przynajmniej tyle wywnioskowała z jej głosu. Uspokoiła zatem bijące mocno w klatce piersiowej serce i dopiero wtedy doszło do niej w pełni znaczenie słów koronerki.
- Nigdzie się, kurwa, nie ruszaj. Wyjdę jak wlazłam. Zadzwoń do Sloana i powiedz, co się stało - poleciła jej, nie odpowiadając na razie na jej pytanie.
Wiedziała już, co czekało ją w drodze przez zbadane pomieszczenia. Na razie wolała nie ruszać drzwi prowadzących bezpośrednio do przybudówki, bo one również mogły wyzwolić jakiś mechanizm. W dodatku jeśli faktycznie jakimś cudem Blythe porozmieszczał jakieś miny na terenie przy domu to lepiej było nie obierać innej trasy.
Podniosła się z podłogi, na którą opadła. Udo zatętniło bólem, który wydawał się wprost nieproporcjonalny do jego uszkodzenia po czym skierowała się z powrotem w kierunku drzwi wejściowych. Uważała na to, aby niczego nie dotknąć. Stawiała kroki w tych miejscach, gdzie miała pewność, że nic się nie czai. Musiała wyjść z domu i znaleźć się w pobliżu koronerki. To był teraz dla niej priorytet. Wszystko inne mogło zaczekać. W końcu i tak zbadają to, co pozostawił po sobie Blythe.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Nigdzie się przecież, kurwa, nie ruszam! — wydarła się przez radio, dociskając dłoń do skroni. Dzwonienie w uszach było nieznośne, ale do przeżycia. Adrenalina robiła swoje. — A ty jak stamtąd wyjdziesz, to nie opuszczaj ganku. Chuj wie, gdzie ten padalec rozstawił jeszcze ładunki wybuchowe — mruknęła, przełykając głośno ślinę.
Posłusznie wyciągnęła telefon i wybrała w kontaktach numer Sloana, któremu streściła przebieg wydarzeń. Nie wspomniała na razie, że Gibbs nie żyje, ale wyjaśniła, że potrzebują wsparcia saperów. I to na wczoraj. Wcisnęła komórkę do kieszeni i podniosła wzrok akurat w momencie, gdy jeden z ratowników medycznych zbliżał się w jej stronę.
— Zostań tam, gdzie jesteś! — poleciła, wymierzając w niej ostrzegawczo palcem. — Tutaj może być więcej—
Nie zdążyła dokończyć.
Usłyszała pod jego butem charakterystyczny trzask. Przez ułamek sekundy wszystko zwolniło. Miller zdążyła jedynie zobaczyć, jak twarz medyka drgnęła w niezrozumieniu, jak jego stopa zaczęła się unosić, a śnieg wokół buta zapadł się nienaturalnie głęboko.
Tym razem huk był trochę mniejszy od poprzedniego. Albo to ona nadal była przygłucha po wcześniejszej eksplozji. Oślepiający błysk rozdarł biel śniegu, a powietrze wypełniło się pyłem i oblodzonymi kawałkami gleby. Coś ciężkiego uderzyło ją w pierś, a inne fragmenty smagnęły po twarzy i ramionach. Ciepła krew rozbryzgała się na płaszczu, wsiąkając w materiał i zostawiając ciemne, nieregularne plamy na jasnej tkaninie. Coś miękkiego przykleiło jej się do rękawa. Zaylee nawet nie spojrzała. Kurwa, lubiła ten płaszcz.
— Mówiłam — prychnęła z poirytowaniem. Westchnęła ciężko i spojrzała pod nogi. To, co w nią trafiło było głową medyka. Gdyby nie była przyzwyczajona do takich widoków, pewnie zemdlałaby już co najmniej trzy razy. Machinalnie wcisnęła na przycisk w krótkofalówce. — Nic mi nie jest — powiedziała w przekonaniu, że Evina słyszała kolejny wybuch. — Jak stamtąd wyjdzie to nawet nie próbuj do mnie podchodzić. Stoję w samym jebanym epicentrum tych przeklętych min — warknęła przez zaciśnięte zęby.
Samo odwrócenie się czy przestąpienie z nogi na nogę było ryzykowne, a co dopiero stąpanie na oślep. Najgorszy był śnieg, który przysypał ładunki, skutecznie utrudniały ich zlokalizowanie wyłącznie przy pomocy wzroku. Miller nie miała pojęcia, czy taki był zamysł Blythe'a, bo jeśli tak, to świetnie to rozegrał. A jeżeli to wyłącznie zbieg okoliczności, bo nie przewidział tak silnych opadów śniegu, to nieźle ich tym przypadkiem urządził.
Evina J. Swanson
-
Bet I could change your life
You could be my wife
Could get into a fight
I'll say, "You're right"
And you'll kiss me goodnight
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Wrócę po własnych śladach - przekazała jeszcze przez komunikator. - To będzie bezpie...
Kolejny wybuch przeszkodził jej w dokończeniu wypowiedzi. Przez otwarte drzwi huk zdawał się być jeszcze donośniejszy. Raz jeszcze Evina miała wrażenie, że ziemia usuwa jej się spod stóp w momencie, gdy siła i odrzut eksplozji powybijały pobliskie szyby i wpadły do środka domu.
Zatrzymała się na pobliskiej ścianie. Stojąca niedaleko szafka wbijała jej się nieprzyjemnie w biodro, ale zaraz udało jej się dopaść do drzwi i wyjrzeć na zewnątrz. W pewnej panice rozejrzała się po polu przed chatą, ale udało jej się dostrzec postać narzeczonej. Całe szczęście wyglądało na to, że była cała. Przynajmniej na razie...
- W porządku? - krzyknęła w jej kierunku, ale zdawała sobie sprawę, że w takich warunkach nic nie mogło być w porządku, a samo pytanie jak najbardziej nie było na miejscu, ale to były rozważania na kiedy indziej.
Ślady w śniegu miejscami były niezwykle mocno zniekształcone przez wybuch, ale wciąż była w stanie odczytać miejsca, w których stawiała kroki, gdy zmierzała w kierunku drzwi. Mogła zatem podjąć ostrożną, ale w miarę bezpieczną próbę przedostania się od wejścia w kierunku auta. Gorzej jednak było, gdyby chciała zboczyć z tej drogi i skierować się do koronerki.
Przystanęła jakoś w połowie odległości między najbliższym samochodem, a domem. Jej spojrzenie od razu przylgnęło do postaci Zaylee. Starała się w całym tym szaleństwie przyjrzeć jej się na tyle uważnie, aby móc dojść do tego czy coś jej dolegało. Szukała na jej ciele jakichkolwiek śladów obrażeń, czegoś co mogłoby świadczyć o tym, że ucierpiała w trakcie wybuchu, ale ku jej uldze na ten moment nie dostrzegała nic podobnego.
- Ładunki musiał rozłożyć tak, żeby detonacja jednego nie wywołała reakcji łańcuchowej... - powiedziała bardziej do siebie niźli do Miller.
Miała pewność, że bezpieczne na pewno były fragmenty podłoża, w których widniały ślady stóp. Już raz przeszli w tych miejscach i nic im się nie stało. Podobnie musiało być tam, gdzie doszło już do eksplozji. Dawało im to zatem pewien wąski obszar, na którym z pewnością mogły się poruszać. Może uda im się stamtąd uciec zanim przybędą saperzy...
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
W oddali dostrzegła Evinę. Z tej odległości wyglądało tak, jakby utykała na jedną nogę, ale Miller nie była pewna, czy to świat się kołysze, czy ta naprawdę odniosła jakieś obrażenia w trakcie przeszukiwania chatki. Zanim nie zdoła przyjrzeć się temu z bliska, nie chciała wyciągać pochopnych wniosków i opierdalać narzeczoną, że przecież miała uważać.
— Nawet, kurwa, nie próbuj po mnie iść — syknęła przez radio. Podniosła na nią wzrok i pokręciła głową, dając jej do zrozumienia, że to jest fatalny pomysł. — Będę tu stała do przyjazdu saperów. Sloan powiedział, że są już w drodze — zapewniła zgodnie z tym, jaką otrzymała informację od zastępcy komendanta. — Nie kombinuj, Swanson — dodała jeszcze, bo zbyt dobrze ją znała, żeby nie wiedzieć, że ta obmyśla teraz w głowie plan, jak wybrnąć z tej patowej sytuacji.
Nie miały jednak żadnej pewności, że zagrożenie ograniczało się tylko do miejsca, w którym stała. To było najgorsze. Ładunki mogły być rozmieszczone nieregularnie, ukryte pod warstwą świeżego śniegu, który zdradliwie wygładzał teren i zacierał wszelkie ślady. Przecież wcześniej po tym samym obszarze ktoś już chodził — ona sama, Gibbs, ratownik — i nic się nie stało. Do czasu.
To nie oznaczało, że teren był bezpieczny. Mina, która rozjebała Gibbsa nie wybuchała dlatego, że po niej przeszedł. Wybuchała wtedy, gdy postawił stopę w tym jednym, krytycznym punkcie. Kilka centymetrów w lewo albo w prawo mogło decydować o życiu albo śmierci. Śnieg tłumił dźwięki, maskował nierówności i przykrywał mechanizmy zapalników. To, że wcześniej nic się nie wydarzyło, było czystym przypadkiem. Może nawet statystycznym fartem, który właśnie się skończył. Miller wiedziała to aż za dobrze. I wiedziała też, że każdy kolejny krok Swanson zwiększał ryzyko, że los przestanie być łaskawy.
— Nic mi nie jest — zapewniła, widząc w postawie narzeczonej wyraźne zaniepokojenie. — Postoję tu sobie i poczekam. Wprawdzie strasznie chce mi się siku, ale chyba jeszcze trochę wytrzymam — starała się zażartować, żeby nieco rozładować atmosferę. Ciągle, zamiast ubolewać nad pałętającą się pod nogami głową ratownika, myślała o płaszczu. Niby nie czas żałować róż, gdy płoną lasy, ale Zaylee chyba zaczynała diagnozować u siebie objawy szoku.
Evina J. Swanson
-
Bet I could change your life
You could be my wife
Could get into a fight
I'll say, "You're right"
And you'll kiss me goodnight
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie sposób było zignorować leżące w skrwawionym i osmolonym śniegu części ciała, które zostały rozdarte przez wybuch. Nie był to jednak z pewnością najgorszy widok jakiego doznała w życiu, ale na pewno sytuacji nie poprawiał fakt, że wyobrażała sobie obecnie narzeczoną w podobnym scenariuszu.
Zignorowała to syknięcie przez radio. Wiedziała, co robiła, a wszelkie ryzyko, które teraz podejmowała było już wykalkulowane. Każdy krok stawiała z pełną premedytacją, uważając, aby stopa wylądowała dokładnie tam gdzie chciała. Wracała po tych samych tropach gwarantujących jej bezpieczny szlak.
- Jakoś tam wlazłaś, prawda? - zapytała jeszcze, bo w końcu MIller również była we wnętrzu domu, a następnie wycofała się na jej prośbę, aby przykucnąć przy poszkodowanym policjancie. - Przyjdę do ciebie.
Nie wszystkie ślady były wyraźne, ale wydawało jej się, że mogłaby bez problemu wybrać w miarę bezpieczną trasę, aby znaleźć się blisko Zaylee. Koronerka zawsze wydawała się niezwykle opanowana, ale Swanson domyślała się, że wizja tak ogromnego zagrożenia oraz fakt, że przed chwilą doświadczyła śmierci swoich towarzyszy musiał na nią mocno wpłynąć. Chociaż szok też robił swoje. Jej własny umysł jednak zdawał się pracować na podwyższonych obrotach, starając się obmyślić jak mogłaby się przedostać do narzeczonej.
Jeden krok po drugim, stawiała nogi w udeptanych wcześniej miejscach, obierając za cel punkt, w którym znajdowała się Zaylee. Nawet jeśli musiałaby wybrać okrężną trasę to chciała ją wyznaczyć, aby Miller miała pewność, że da radę się stamtąd wydostać.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— No i na chuj tu leziesz?! — krzyknęła, wyraźnie rozjuszona tym, jak narzeczona stąpa po śnieżnych śladach. Jakby tego było mało, znów zaczął prószyć śnieg. Miller westchnęła, wciągając w nozdrza lodowate powietrze, próbując odsunąć od siebie irytację. — Musisz być taka uparta?! — już nawet nie musiała używać radia, żeby się z nią porozumieć. Nie zliczyłaby, ile razy pytała ją o to w trakcie trwania ich związku. To samo tyczyło się stwierdzenia, że Swanson była pojebana. Zaylee określała ją w taki sposób średnio trzy razy w tygodniu. I teraz znów miała ochotę nazwać ją popierdoloną.
Naprawdę wolała poczekać na saperów. Zdecydowanie bardziej preferowała wizję, w której eksplozja rozrywa na strzępy jednego specjalistę od ładunków wybuchowych niż miłość jej życia.
Kiedy Evina była już w połowie swojej drogi, pod chatką właśnie parkował opancerzony samochód, z którego wyskoczyli wcześniej wspominani saperzy w towarzystwie Charlesa Sloana. Trzeba przyznać, że mieli naprawdę dobry czas. Zaylee myślała, że zastępca komendanta wcale nie będzie się spieszył i że utrudnienia na drodze opóźnią ich przyjazd, stąd to zaskoczenie.
— Swanson, co ty wyprawiasz?! — wydarł się natychmiast, kiedy tylko zobaczył, że detektywka próbuje przemieścić się w miejsce, w którym stała Miller.
— Pytałam ją dokładnie o to samo! — odkrzyknęła Zaylee, wracając spojrzeniem na narzeczoną. — Możesz po prostu tam wrócić? Naprawdę będę spokojniejsza, jeśli stąd pójdziesz — oznajmiła stanowczo, choć nie łudziła się, że Evina w jakikolwiek sposób zareaguje.
Saperzy zaczęli rozstawiać się ze sprzętem. Jeden z nich wyjął przenośny wykrywacz metali, drugi rozwinął sondę geofizyczną, a trzeci wyciągnął małego robota z kamerą lustrującą teren wokół chatki.
— Swanson, co ty robisz?! — powtórzył Sloan. — Tu może być więcej ładunków, wracaj, natychmiast!
Miller była autentycznie wkurwiona. W tym momencie Evina miała naprawdę dużo szczęścia, że wokół otaczały je miny, w innym wypadku chyba rzuciłaby się na nią z pięściami. Czy ona nigdy nie nauczy się, że brawura wcale nie była lepsza od nadmiernej ostrożności?
Evina J. Swanson
-
Bet I could change your life
You could be my wife
Could get into a fight
I'll say, "You're right"
And you'll kiss me goodnight
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Chuj wie kiedy przyjadą. Chcesz tam ciągle tkwić? - odkrzyknęła, bo w jej mniemaniu idealnie wiedziała, co robi.
Wiedziała, że niekiedy ściągnięcie odpowiedniego zespołu na miejsce potrafiło być prawdziwym wyzwaniem. Znajdowali się w odległej części miasta, a dodatkowo drogi pomimo starań drogowców wciąż nie były tak przejezdne jak życzyliby sobie tego kierowcy.
Całe szczęście czarne scenariusze, które rysowały jej się w głowie nie spełniły się, a wsparcie faktycznie dotarło dosyć szybko na miejsce. Co zaskakujące wraz z saperami przybył też Sloan. Zupełnie jakby się spodziewał tego, że te dwie zdążą wykręcić jakąś głupotę.
Zaklęła pod nosem, czując się w tej chwili zupełnie tak jakby ta dwójka zdecydowała się zmówić przeciwko niej chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że mieli oni rację. Powinna się wycofać póki jeszcze mogła.
- Ja pierdolę... Już raz ktoś przeszedł dokładnie tę samą trasą i nie wyjebało go w powietrze - zauważyła z rozdrażnieniem, zatrzymując się na chwilę w miejscu, w którym obecnie się znajdowała.
Znajdowała się dokładnie w połowie. W jej głowie taka odległość jawiła się jako zbyt bliska by się wycofać, ale jednocześnie zdawała sobie sprawę, że bezpieczniej byłoby jednak ostrożnie zawrócić. Na razie jednak nie bardzo potrafiła się zdobyć na którąkolwiek z opcji.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Obecność Sloana rzeczywiście zdawała się zaskakująca, ale to przynajmniej utwierdziło Miller, że zastępca policjanta nie wali w chuja i że naprawdę przejmuje się ich losem. Miła odmiana po tym, jaki numer wywinął im po akcji ze wspólnotą chrześcijańską, kiedy na początku nie chciał im wierzyć, a potem zafundował opierdol i zawiesił w pracy. Teraz przynajmniej nie bagatelizował powagi sytuacji, a kiedy faktycznie potrzebowały pomocy, nie tylko ją wezwał, ale zjawił się wraz z wydelegowanymi ludźmi.
— Evina — zaczęła spokojnie, bo obie znajdowały się na krawędzi emocjonalnego rozpierdolu, tylko każda z nich przeżywała to na swój sposób. — Zawróć i poczekaj w bezpiecznym miejscu. Zostaw tę robotę specjalistą. Możesz wierzyć albo i nie, ale wolałabym, żeby najpierw zaznaczyli miejsca, w których znajdują się miny, żebym mogła bezpiecznie przejść — powiedziała, ale widząc nieustępliwość narzeczonej, znów wyrzuciła ręce w powietrze. — Świetnie! W takim razie pierdolę to! Skoro mówisz, że już raz ktoś tędy szedł, to chuj z tym — prychnęła i zrobiła krok w jej kierunku, przechodząc ponad urwaną głową medyka.
— MILLER, ZOSTAŃ NA MIEJSCU — zakomunikował Sloan przez megafon. Najwyraźniej miał już dość wydzierania się w niebogłosy, skoro żadna z nich i tak nic sobie z tego nie robiła. — Obie macie się nie ruszać! Jeśli któraś z was wykona jeszcze jeden krok, zawieszę was w trybie natychmiastowym! — zagroził, a to zadziałało na Zaylee niczym płachta na byka.
Zgromiła go spojrzeniem, gotowa ruszyć w stronę Swanson, ale wtedy saperzy wypuścili te swoje śmieszne roboty, które zaczęły kręcić się w pobliżu, zbierając dane. Urządzenia musiały być wyposażone w czujnik metalu, radar i termowizję, bo w międzyczasie operator sprawdzał lokalizację ładunków na monitorze. W którymś momencie robot przemieścił się w lewo i zakreślił coś dokładnie metr od miejsca, w którym stała Evina. Mina znajdowała się pośrodku wydeptanych śladów.
— Masz mi coś jeszcze do powiedzenia? — Miller podniosła na nią wzrok i uniosła i brwi. Jej wyraz twarzy mówił więcej, niż dobitne a nie mówiłam, które odbierało chęć do dalszej dyskusjji.
Nie miała jednak ochoty się z nią teraz licytować. Nie w tym miejscu. Nie w takich warunkach. Już nawet nie chodziło o to, żeby zawracała — wystarczyłoby, żeby po prostu została tam, gdzie stała. Nieruchomo. Nigdzie nie było bezpiecznie. Każdy ruch niósł ze sobą ryzyko, a najmniejszy błąd mógł uruchomić zapalnik ukryty pod warstwą śniegu. Szczególnie teraz, gdy pod naciskiem obuwia biały puch osuwał się na boki, zdradliwie zmieniając rozkład ciężaru.
Evina J. Swanson
-
Bet I could change your life
You could be my wife
Could get into a fight
I'll say, "You're right"
And you'll kiss me goodnight
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Już po raz kolejny Sloan udowodnił to, że faktycznie zależy mu na tej sprawie i pokazywał to swoim zaangażowaniem. Być może zdołał się przekonać o tym jakie zagrożenie faktycznie stanowił Anthony Blythe albo chciał zapobiec tragedii, do której mogłyby dopuścić obie narzeczone przez to, że naprawdę nie wiedziały kiedy należy odpuścić, co było widać idealnie na załączonym obrazku.
- Serio chcesz mi teraz coś udowodnić? - odwarknęła odruchowo, gdy tylko Miller wykonała krok w jej stronę.
Zanim jednak zdołała cokolwiek zrobić dobiegł do nich głos przełożonego, który wzywał je do tego, aby nigdzie się nie ruszały. Mogła jak najbardziej to zrobić chociaż czuła już powoli, że może jej to sprawić pewną trudność. Stała w półkroku i miała niemal pewność, że jeszcze trochę, a zaczną jej drżeć lub cierpnąć nogi przez to, że zatrzymała się w niewygodnym ustawieniu dopasowanym do rozkładu istniejących śladów należących do wyższego od niej policjanta. Machinalnie sięgnęła dłonią do uda, aby dotknąć palcami lepkiego od krwi miejsca, w którym wbił się gwóźdź. Krwawienie nie było szczególnie mocne, ale i tak mogła na palcach poczuć ciepłą posokę.
- Jakoś nie jestem w nastroju na rozmowy - odpowiedziała cierpko, wycierając palce o suchy skrawek materiału.
Sama również wbiła w nią harde spojrzenie. Wyczuwała w powietrzu kolejną kłótnię, która nie wybuchła jedynie ze względu na to, że nie był to odpowiedni czas ani miejsce. Na pewno nie powinny tego robić pośrodku pola minowego otoczone przez przełożonego oraz zespół saperów.
Szczerze mówiąc to w tym momencie była niezwykle zmęczona. Widziała to jak miejsce tuż przed nią zostało zamarkowane jako miejsce ukrycia jednego z ładunków i w jej głowie zupełnie niekontrolowanie pojawiła się myśl o tym, że tak prosto byłoby na nią wejść. Wystarczyłby jeden krok...
Jeden krok i byłoby po wszystkim. Trwałoby to sekundę. Pewnie nawet nie poczułaby bólu. Nie byłoby więcej gierek Blythe'a, które skutecznie prześladowały zarówno ją jak i Zaylee. Wszystko po prostu by się skończyło i choć Evina przysięgłaby, że nigdy nie miała myśli samobójczych tak teraz trudno było jej się oprzeć przed tym, aby nie stanąć w wyznaczonym przez robota miejscu.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Chciałaś to przede mną zataić? — zapytała z głośnym prychnięciem, wskazując głową na krwawiącą raną w jej udzie. Przecież pytała, czy wszystko w porządku, ale Evina była zbyt zaabsorbowana przeszukiwaniem chatki, żeby łaskawie odpowiedzieć. Pewnie nie chciała przysparzać jej zmartwień, ale co to zmieniło, skoro Miller i tak martwiła się teraz? Zyskała jakieś pół godziny na udawaniu, że nic się nie stało. — Nie ruszaj się. I nie grzeb w tym brudnymi rękami — nie byłaby sobą, gdyby nawet w takim momencie nie wyszła z niej mizofobia.
Dobrze, że nie słyszała myśli narzeczonej. Gdyby potrafiła w nich czytać, pewnie wyperswadowałaby je z jej głowy raz na zawsze. A jeśli Swanson poszłaby na łatwiznę i wybrała samobójstwo, dorwałaby ją i zabiła jeszcze raz. Jakkolwiek abstrakcyjnie to brzmiało.
Robot markował kolejne miejsca z ukrytymi ładunkami. Łącznie było ich osiem. Czyli w pierwszej wersji dziesięć, zanim Gibbs i ratownik wylecieli w powietrze. Petardy się w to nie wliczały. Chyba nawet Zaylee musiała przyznać przed samą sobą, że miała naprawdę ogrom szczęścia, bo jedna mina znajdowała się tuż za nią. Na myśl, że fala uderzeniowa z poprzedniego wybuchu mogła zmieść ją na plecy zrobiło jej się zwyczajnie niedobrze.
W końcu saperzy postanowili wkroczyć do akcji. Ostrożnie poruszali się pomiędzy punktami, aż dotarli najpierw do rannej Swanson, którą oddali w ręce ratowników, a później do Miller. Połowa z nich zajęła się rozbrajaniem ładunków, druga połowa zabezpieczała fragmenty porozrzucanych ciał.
— Czy was do reszty popierdoliło? — Sloan powitał je ciepłymi słowami. — Mogłyście tam zginąć!
— Uwierz mi Charles, że w moim bingo na ten rok nie było łażenie po polu minowym — mruknęła Zaylee, próbując doprowadzić swój jasny płaszcz do porządku. Bez skutecznie. — Ani lotu w kosmos — dodała i wychyliła się, żeby spojrzeć na Swanson, którą opatrywali ratownicy medyczni.
W końcu nie wytrzymała. Podeszła do niej szybkim krokiem i z pewnością wszyscy wokół spodziewali się, wszczęcia awantury, ale Zaylee po prostu ujęła jej twarz w obie dłonie i pocałowała gwałtownie. Dalej była na nią wściekła, ale to nie oznaczało, że się o nią nie martwiła i że zapomniała, jak bardzo ją kocha.
— Durna jesteś — skwitowała krótko, odsuwając się nieznacznie, aby nie przeszkadzać medykom. Mimo to trzymała się blisko, żeby mieć na oku ich działania i rugać, kiedy coś spartaczą.
— Rana jest dość głęboka — stwierdził jeden medyk, rozcinając spodnie na udzie detektywki. — Lepiej byłoby to zszyć. Możemy zrobić to na miejscu albo pojechać do najbliższego szpitala — zasugerował, zerkając na nią niepewnie.
Miller już otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale Sloan ją uprzedził.
— Daj się zszyć, Swanson — powiedział stanowczo, gdyby Evina zaczęła się przed tym za bardzo opierać. — Jak będziesz na siłach, a saperzy rozbroją wszystkie ładunki, to rozejrzymy się jeszcze po tej ruderze. Znalazłaś coś? — dopytał jeszcze, a Zaylee pokręciła z dezaprobatą głową. Nie mogła ukrywać, że wolałaby, aby narzeczona została opatrzona w bardziej sterylnych warunkach, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że wszelkie sugestie zostaną odrzucone. Nie miała siły na kolejne sprzeczki.
Evina J. Swanson