-
Jestem kobietą. Burzą, ogniem, wodą, perłą, ale nie na dnie.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona | jejtyp narracjiklasycznyczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Hej, wszystko okej? — rzuciła jeszcze zanim zdążyła się zatrzymać, kucając przy postaci na lodzie. To było silniejsze od niej. Lata pracy zrobiły swoje. Upadek w przestrzeni publicznej nie był czyjąś sprawą, tylko potencjalnym urazem, który należało sprawdzić. Głowa? Biodra? Nadgarstki? Krótkie skanowanie wzrokiem, szybka analiza. I wtedy dotarło do niej, kogo właściwie ma przed sobą. Uniesione brwi. Uśmiech, który pojawił się zanim zdążyła go powstrzymać.
— No nie… — mruknęła pod nosem, a potem już głośniej, z rozbawieniem, które rozbroiło napięcie szybciej niż cokolwiek innego. — Powiedz mi tylko, że nie planowałaś tego jako performance art — jej ton był zaczepny, ciepły, dokładnie taki, jaki zostawiała dla ludzi swoich. Jednocześnie dłonie Elsie były już blisko, gotowe, czujne — nie dotykając jeszcze, dając przestrzeń, ale będąc na miejscu.
— Dobra, pielęgniarka pyta — dodała, przechylając głowę. — Nic sobie nie zrobiłaś? Nic nie strzeliło, nie chrupnęło, świat nie zgasł na sekundę? — wokół nich miasto toczyło się dalej. Ktoś minął ich zbyt blisko, ktoś inny rzucił szybkie spojrzenie i przyspieszył kroku. Pług śnieżny ryknął gdzieś w oddali. Elsie jednak miała wrażenie, że czas na chwilę się zatrzymał — zawieszony między lodem a śmiechem, między profesjonalnym odruchem a absurdalną radością przypadkowego spotkania.
Dopiero teraz pozwoliła sobie w pełni uświadomić, jak bardzo to „przypadkowe” było. Toronto było ogromne. Dni krótkie. Zima chaotyczna. A jednak los postanowił połączyć je dokładnie tu, dokładnie w tym momencie, dokładnie w tej najbardziej kanadyjskiej z możliwych okoliczności.
— Serio — kontynuowała, już ciszej, bardziej z wyczuciem. — Zanim zaczniemy się z tego śmiać, chcę mieć pewność, że wszystko gra — jednym okiem zlustrowała okolicę, myśląc o tym, jak bezsensowne bywały niektóre miejskie decyzje i jak bardzo liczyło się to, że ludzie reagują. Drugim — wróciła do twarzy przyjaciółki, czując, jak napięcie w jej własnych ramionach powoli puszcza. Bo jeśli już ktoś miał się poślizgnąć na lodzie w środku torontońskiej zimy, to przynajmniej dobrze było wiedzieć, że w pobliżu znalazła się pielęgniarka.
Nawet jeśli była nią ona sama.
Nelly Rowley
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Opatulona aż po czubek nosa w ogromny, mięsisty szal, żwawym krokiem przemierzała ulice. Jak na złość musiała załatwić kilka spraw na mieście akurat wtedy, gdy pogoda uległa pogorszeniu, ale niestety - nie miała na to wpływu. Plusem całej tej sytuacji - na dodatek chyba jedynym - była okazja do założenia nowych śniegowców, które wyczaiła na takiej promce, że aż grzech byłoby ich nie kupić. Śliczne. Beżowe, z futerkiem u góry i wiązaniem z przodu. Takie, o których marzyła już od dawna, ale zawsze szkoda jej było pieniędzy. Aż do teraz, bo wreszcie miała swoją własną parę i dumnie przemierzała w nich zaśnieżone alejki, zachwycając się w myślach tym, jak ciepło jej teraz w stopy. Niestety buty te miały jedną, ale kluczową wadę - fatalną przyczepność, więc Nelly co jakiś czas wpadała w mniejszy lub większy poślizg, skrupulatnie to oczywiście ignorując, bo kto by się przejmował takimi drobnostkami, skoro były takie ładne?
W pewnym momencie grunt okazał się jeszcze gorszy niż dotychczas, a zbity, udeptany przez setki osób śnieg zamienił się w piękną taflę lodu, idealną do jazdy na łyżwach, ale niekoniecznie do spacerowania w nieprzystosowanych do takich warunków butach.
Właściwie, to Nelly nie wiedziała kiedy się to stało i jak do tego doszło. Jej nogi w pewnym momencie po prostu odjechały, a działo się to tak szybko, że brunetka nie miała czasu na żadną, przemyślaną reakcję. Instynktownie wystawiła lewą rękę do tyłu, mając głupią nadzieję, że to zamortyzuje upadek. Nie zamortyzowało. Gruchnęła całą sobą z taką siłą, że w pierwszym momencie nawet nie próbowała się podnosić. Trwało to kilka sekund, długich sekund, podczas których zastanawiała się, czy jej mózg nie został uszkodzony, kiedy odbijał się od ścian czaszki i zostało przerwane wraz z damskim głosem. Znajomym głosem.
- Elsie? - zapytała z niedowierzaniem, patrząc na górującą nad sobą postać lekko zmrużonymi oczami. - Co ty tu robisz? Czy wy, pielęgniarki, macie jakąś sekretną moc, że pojawiacie się tam, gdzie ktoś zrobił sobie krzywdę? - zapytała, a na jej ustach zamajaczył uśmiech. Cieszyła się, że ją widzi, ale okoliczności nie były zbyt korzystne, bo im bardziej dochodziła do siebie, tym bardziej zaczynała odczuwać ból.
- Nie wiem, tak mnie boli dupa, że nie myślę o niczym innym - zaśmiała się, choć na jej twarzy permanentnie gościł grymas bólu. Powoli zaczęła się podnosić, ale wyglądało to mocno pokracznie, bo śliskie podeszwy wcale nie współpracowały, a Nelly i bez tego czuła, jak policzki zaczynają ją palić od rumieńców wstydu.
- Boli mnie jeszcze palec, chyba sobie stłukłam - powiedziała bez większego entuzjazmu i uniosła lewą dłoń do góry, by ocenić jej stan, ale wygląd małego palca co najmniej ją zaskoczył. Był nienaturalnie wygięty do boku, a gdyby było mało, to już zaczynał sinieć i puchnąć. Widząc to, Nelly momentalnie zrobiła się blada jak ściana. Uniosła wysoko podbródek i popatrzyła w niebo, bo o ile mogła oglądać przeróżne urazy u kogoś, to u siebie już nie była taka hop do przodu.
- Trochę mi słabo, Elsie - uprzedziła, ale nie zamierzała mdleć. Tak przynajmniej jej się wydawało. Jej twarz natomiast mówiła co innego i rzeczywiście trochę zakręciło jej się w głowie, więc złapała przyjaciółkę asekuracyjnie za ramię i wzięła kilka głębokich oddechów.
- Powiedz mi, jak bardzo źle to wygląda? - bo, że wygląda źle, to zdążyła już zauważyć. Wystawiła w kierunku dziewczyny potłuczoną dłoń, sama odkręcając głowę w drugą stronę. Okej, może i była pussy, ale nie zamierzała pozwolić na drugie bliskie spotkanie z chodnikiem. A przynajmniej nie dziś.
elsie swanson
-
Jestem kobietą. Burzą, ogniem, wodą, perłą, ale nie na dnie.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona | jejtyp narracjiklasycznyczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Wygląda na zwichnięcie, możliwe, że z przemieszczeniem — powiedziała spokojnie, tonem, który znała z dyżurów. — Nie jest to koniec świata, ale zdecydowanie nie jest to nic takiego — nie pozwoliła sobie na żart od razu. Najpierw bezpieczeństwo. Upewniła się, że ciężar ciała nie opiera się na kontuzjowanej stronie, że oddech się wyrównuje. Zimno i adrenalina potrafiły robić paskudne rzeczy z układem krążenia, a Elsie nie miała ochoty na dodatkowe atrakcje w postaci omdlenia na środku oblodzonego chodnika.
Dopiero gdy sytuacja się ustabilizowała, pozwoliła sobie na ten charakterystyczny błysk w oku, który zwykle rozbrajał pacjentów.
— Jeżeli to ma być twoja próba dostania się do szpitala bez kolejki, to muszę przyznać, że metoda jest… kreatywna — dodała, unosząc brew. — Ale następnym razem polecam coś mniej spektakularnego. Na przykład potknięcie się o dywan w domu. Ciepło, miękko, zero lodu — rozejrzała się wokół, oceniając możliwości. Warunki były fatalne, a przechodnie poruszali się ostrożnie, z minami ludzi, którzy wiedzieli, że jeden zły krok może ich dołączyć do statystyki dnia. Wiedziała, że nie ma sensu próbować dłuższego marszu. Zimno zrobiłoby swoje, ból by się nasilił, a palec wcale nie poprawiłby humoru. — Zaraz znajdziemy bezpieczniejsze miejsce i to jakoś opanujemy— oznajmiła rzeczowo. — Dzisiaj miasto rozdaje urazy hurtowo, ale damy radę wcisnąć się w grafik — czuła tę znajomą mieszankę empatii i ironii losu. Spotkać kogoś znajomego w takich okolicznościach — klasyk. Jakby wszechświat miał specyficzne poczucie humoru i lubił testować jej gotowość zawodową poza godzinami pracy. Nie była na dyżurze, ale to niewiele zmieniało. Tego nie dało się wyłączyć jak telefonu.
Zbliżyła się odrobinę, osłaniając przed wiatrem własnym ciałem, choć miała świadomość, że przy tym mrozie to raczej gest symboliczny.
— Oddychaj spokojnie. Nic się nie rozsypało na dobre — dodała ciszej. — Poza dumą. Ta może potrzebować trochę więcej czasu — i pomyślała, że mimo całego chaosu, lodu, śniegu i wycia syren, to właśnie takie momenty przypominały jej, dlaczego wciąż lubiła swoją pracę. Bo nawet na najbardziej zdradliwym chodniku można było znaleźć punkt równowagi. Trzeba było tylko wiedzieć, gdzie postawić stopę.
Nelly Rowley