Ależ przecież
nic nie było w porządku.
Wystarczył jeden rzut oka - okolonego markizą długich, ciemnych rzęs i podbiegłego wielogodzinnym zmęczeniem, ale nadal bystrego - by Oleander wbrew własnej woli rozpoznał mieszaninę głębokiego niepokoju i desperacji przetaczającej się przez sylwetkę blondyna niczym nagły sztorm. Nie było w tym nic logicznego, nie było w tym nic, na co pomogłyby machinacje nawet najbystrzejszego umysłu. Ten rodzaj kompletnego rozedrgania był sprawką
instynktu - o czym Everhart wiedział aż za dobrze;
z doświadczenia.
Ile to było bowiem poranków w ostatnim czasie, i ile wieczorów, gdy nagle - wbrew wszelkim planom, i wbrew wszelkim próbom doprowadzenia się do porządku i względnej równowagi - Olliego ogarniała fala atawistycznej paniki, na którą rada była tylko jedna: przeżyć ją jakoś, przeczekać? Nawet, gdy wydawało mu się, że
u m i e r a, że trawią go płomienie - tak z zewnątrz, jak i od środka; że się dusi, dławi, zapada we własne wnętrze. Każdy pożar wreszcie gasł, każdy kryzys przemijał. Nieprzetrawiona rozpacz i wycieńczenie były po prostu niezbędną ceną za przetrwanie.
Nie rozumiał w pełni, czego dokładnie świadkiem był w bieżącym momencie, a mimo to dał chłopakowi czas i tyle przestrzeni, na ile pozwalała im teraz intymna, biblioteczna rzeczywistość. Nie spytał
czy wszystko w porządku?, nie wbił weń pytającego spojrzenia; przeciwnie - cierpliwie, subtelnie odwrócił wzrok, niemal tak, jakby nie dostrzegł gwałtowności, z jaką De Launay musiał przytrzymać się blatu. Jakby nie zauważył barwy rękawiczki, biegnącej od koniuszków palców do bladego konturu chłopięcego nadgarstka. Jakby
takie spotkania nie były niczym nadzwyczajnym. Ba, jakby w bibliotece przytrafiały mu się niemalże co zmianę.
Kryzys zdawał się przeminąć tak prędko, jak się rozpoczął: dwa oddechy, pięć uderzeń serca, i blondyn nagle znów patrzył na Oleandra z tym samym rodzajem konfrontacyjnej zuchwałości, z jakim robił to chwilę wcześniej. Odruchowo, Everhart podążył za chłopięcym wzrokiem, natrafiając na splot własnego swetra. A sweter ów był nie
z plastiku, ale z bawełny; wystarczająco miękkiej, by nie drażnić oleandrowej skóry zwłaszcza w tych miejscach, gdzie ciało nadal było nadwrażliwe po długim procesie gojenia się; niedrogiej, to prawda - dokładnie takiej bowiem, na jaką stać było studenta na zasiłku, dorabiającego na dwie zmiany by nie tylko powiązać jakoś jeden koniec egzystencji z drugim, ale i przy okazji szarpnąć się czasem na jakieś kino, na podróż za miasto, albo więcej niż jedną kolację
na wynos w miesiącu. Ale przecież nie było teraz ani czasu, ani miejsca, by Oleander mógł wytłumaczyć się oceniającemu go chłopakowi ze stanu własnego konta i własnej garderoby, i faktu, że - faktycznie - nie było go stać na jedwabie i kaszmiry.
Zniósł więc jakoś manierę, z jaką rozmówca lustrował go pobłażliwym wzrokiem, powstrzymując się jednocześnie od wejście z chłopakiem w męczącą, i kompletnie niepotrzebną pyskówkę.
- Tak zrobię - odparł tylko, choć z tonu jego głosu prędko można było wyczytać, że bynajmniej nie zamierza ani przez sekundę rozważać emilowej sugestii. Że co, ze miałby pójść w ślady Dany, drobnymi, bibliotecznymi machlojkami finansującej sobie podobno dodatek do dobrobytu? To nie byłoby w jego stylu równie mocno, jak uciekanie się do złośliwości by poradzić sobie z fanaberiami zestresowanych studentów.
Pozwolił zatem Émile'owi odejść,
choć długo jeszcze nie spuścił zeń oka.
Nie ruszył się z miejsca - ponownie opadłszy na nieco zbyt niskie na jego gabaryty dopiero wtedy, gdy słomiana w barwie czupryna zniknęła między strzelistymi regałami.
I nie na długo - bo ledwie parę minut później, De Launay znów stał przy kontuarze, rozchwiany jak igła wadliwego metronomu.
Czujka dymu nie działa.
Ciemne brwi Oleandra zbiegły się u nasady jego nosa w grymasie konsternacji zbyt nagłym, by dwudziesto-ośmiolatek zdołał go powstrzymać.
Na piętrze było czterdzieści sześć czujek dymu: jedna na każde pięćdziesiąt metrów kwadratowych, zgodnie ze standardem dla czujek punktowych w przestrzeniach publicznych. Na sali czytelnianej: jedna co osiem metrów. Dodatkowo osobna pula w pomieszczeniach publicznych, i belki podczerwieni w korytarzach. Jedna usterka nie oznaczała nieuchronnej tragedii - w razie prawdziwego pożaru, inne czujniki przejęłyby funkcję, a awaria i tak najprawdopodobniej wynikała z czegoś banalnego - powierzchni pokrytej kurzem, czynności zaburzonych wilgocią, błędną kalibracją urządzenia. Każdy inny bibliotekarz zapewne wzruszyłby ramionami, mlasnął sennie i zapewnił Émile'a, że zgłosi sprawę do administracji. Jutro rano.
Ale Everhart nie był
każdym innym bibliotekarzem, tak żałośnie niezdolny, aby swoje
dawne życie zostawić za drzwiami uczelni. Jego spojrzenie natychmiast powędrowało ku sufitowi, wzdłuż rzędu błyskających zielono światełek, skrupulatnie szukając małego, białego krążka z numerem identyfikacyjnym przypisanym do strefy, przy którym nie jawiły się żadne błyski. I oto był - o ironio, dokładnie nad miejscem, w którym przed chwilą usadowił się blondyn. Zabębnił palcami o blat biurka, wciągając w płuca suche kurzem, biblioteczne powietrze.
– Daj mi chwilę. Sprawdzę panel – powiedział, jakby była to tylko kolejna czynność wchodząca w zakres jego obowiązków (nie była). Zgarnął pęk kluczy, ruszając zza kontuaru w stronę zaplecza. Niezobowiązującym ruchem dłoni wskazał Émile'owi, by ten podążył za nim - choć Ollie nie zdziwiłby się, gdyby blondyn buńczucznie odrzucił jego zaproszenie. Idąc, brunet utykał - ale na tyle nieznacznie, że lekkie kolebanie się jego ciała można by wytłumaczyć kontuzją albo odciskiem; nogawka szczelnie przykrywała nasadę protezy.
Panel SSP znajdował się w wąskiej wnęce, za niepozornymi drzwiami, które większość użytkowników biblioteki mijała, nie zdając sobie sprawy z ich znaczenia. Oleander otworzył je jednym ruchem i wprowadził kod; potem, przez ułamek sekundy tylko patrzył — na rząd diod, na schemat piętra, na znajomą topografię bezpieczeństwa rozrysowaną w liniach i numerach. Czterdzieści pięć zielonych punktów. Jeden martwy. Samotny. Niegroźny, statystycznie rzecz biorąc.
– To tylko mała, lokalna usterka, wilgoć albo kurz. Nic poważnego – odezwał się w końcu, półszeptem, tak rzeczowo, jakby czytał instrukcję obsługi.
– System ją widzi. Reszta czujek działa poprawnie, nie ma alarmu strefowego. Wszystko jest okay. Ale zgłoszę to do administracji, naprawią to z samego rana.
Dopiero teraz, gdy wreszcie zamilkł, i między nim i De Launay zapadła napięta cisza, Ollie zorientował się, że przez ostatnie kilka minut działał w
trybie awaryjnym, który jego organizm aż za dobrze znał z rzeczywistości sprzed wypadku. Oleander podrapał się w kark, spoglądając na Émile'a z ukosa. Skonsternowany, może trochę zmieszany. Odchrząknął, jakby w próbie zmiany tematu.
– Będziesz w stanie wrócić do nauki? – Zapytał, tłumiąc jakiekolwiek przypływy ciekawości nakazującej mu zapytać,
czemu blondyn tak gwałtownie zareagował na banalną, łatwo-naprawialną awarię
- Bo wiesz... W razie czego, jest jeszcze pokój do cichej nauki. Zamykamy go po dwudziestej, ale – wymownie poruszył nadgarstkiem, wprawiając klucze w lekkie brzęczenie
– Świat się chyba nie skończy, jeśli zrobię dzisiaj wyjątek. Hm?
èmile de launay