
Miała wrażenie, że jeszcze trochę i całkiem zamarznie. Mimo włączonego ogrzewania (które on non stop zmniejszał, bo „robiło się za gorąco”), podgrzewanego siedzenia i grubej, za dużej zresztą bluzy, którą mu zabrała. Jeszcze do niedawna przesiadywali w ciepłej Lizbonie, w Kanadzie o tej porze roku temperatura w nocy spadała do minusa. Przeszedł ją dreszcz, gdy zjechali z drogi na stację benzynową.one for the money,
two for the show
— Chcesz coś? Może jakiegoś batona? — spytał Clyde.
Zastanowiła się przez chwilę, gapiąc się na neonowy szyld z nazwą małego sklepu 24/7, której nawet nie kojarzyła.
— Snickersa — rzuciła w końcu, odwracając się w jego stronę.
— Dobra… A, prawie bym zapomniał — powiedział, grzebiąc gdzieś po kieszeniach. Wyciągnął portfel, a z niego dokument, który podał dziewczynie.
Pachnący świeżością dowód, na którym widniało jej nowe imię i nazwisko: Laura Collins. Uśmiechnęła się pod nosem.
— Może powinniśmy cię też przefarbować.
— No już, pewnie — oburzyła się, naciągając bardziej kaptur na głowę. Clyde się tylko zaśmiał. Typowo.
— Lena nie istnieje. Zadbałem o to. — Posłał jej oczko, odpinając pasy. — No dobra, zaraz wracam… Co chciałaś? Marsa, tak? — Wyszedł z auta zanim doczekał się odpowiedzi.
Zerknęła na datę urodzenia. Właśnie stała się o pięć lat starsza. Zajebiście… Poczuła przyjemny zastrzyk energii. Rok zaczynający się od 19 brzmiał jakoś tak poważniej. Pasował jej. Pasował do niego. Jakby nagle przestała wyglądać przy nim jak dzieciuch.
Wpatrzona w plakietkę blondynka dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego, co powiedział.
— Co? Nie! S n i c k e r s a — krzyknęła, opuszczając szybę, jednak za Clydem zamykały się już drzwi do sklepu.
Dostała Marsa i kawę, o którą nie prosiła, ale do Toronto zostało im jeszcze wiele godzin. Nawet jeśli nie prowadziła, kiedy sytuacja tego nie wymagała, musiała mieć się na baczności. Ktoś musiał też pilnować, żeby prowadzący auto Clyde nie zasnął za kierownicą. Robiła za passenger princess i jego osobisty budzik – głośniejszy i skuteczniejszy od tego, który miał ustawiony w telefonie. Na pieprzoną 3:17 w nocy. Budził ją za każdym razem, a jego – jak na złość – nie.
Była pewna, że minie trochę czasu zanim przyzwyczai się do nowej tożsamości. Nigdy wcześniej tego nie robili – nie zmieniali jej imienia, nazwiska, daty i miejsca urodzenia. Ale im więcej miast odwiedzali, tym większa była szansa, że ktoś w końcu połączy kropki. I choć strasznie tego nie chciała, wiedziała, że pomysł z przefarbowaniem jej włosów też w końcu może się ziścić. Kto wie ile razy Clyde tak naprawdę zmieniał nazwisko. Imię… Nigdy o to nie pytała – czy faktycznie miał na imię Clyde.
Za każdym razem gdy wchodzili do nowego hotelu, pachnącego luksusem apartamentu, w którym mieli przez chwilę zostać, przypominał jej się Nowy Jork. Marzenie z dzieciństwa, marzenie nastolatki, marzenie Leny, która wyjechała z New Hope, bo dostała się do szkoły aktorskiej, za którą zapłacili rodzice. Ci sami, którzy tuż przed wyjazdem stwierdzili, że wróci do nich z podkulonym ogonem, bo z aktorstwa nie wyżyje. Nie wyżyła. Ba, nawet dobrze tego całego wymarzonego aktorstwa nie zaczęła, a już tonęła w długach. Mniejszych i większych pożyczkach od znajomych i nieznajomych naiwniaków. Zgubiło ją myślenie, że należało jej się na starcie coś więcej niż rola w podrzędnej reklamie. Kelnerowanie na boku skończyło się przy pierwszym oblaniu klienta piwem, gdy złapał ją za tyłek. Nie miała też zamiaru pracować na zmywaku, ale jeszcze bardziej – wracać do domu. Łatwiej było kogoś okraść niż znaleźć pracę, z której nie wyleciałaby po tygodniu.
Wtedy poznała Clyde’a, który okazał się łupem idealnym: wyglądał jak ktoś, kto miał wszystko. Jeszcze nie wiedziała, że nie miał praktycznie niczego. Ona miała za to śliczny uśmiech i aktorski dar ściemniania, on ego i ambicje większe niż ustawa przewiduje – razem z tym cholernym przekonaniem, że to, czego nie załatwi po dobroci, dostanie siłą. Zamiast wpakować ją w kłopoty, zaproponował współpracę. Od tamtej pory są w drodze. Zmieniają miasto jak tylko wyskubią z ludzi niezłą sumkę, a przy okazji się z a b a w i ą, zostawiając po sobie totalny rozpierdol.
Powinien zmienić jej imię na Bonnie, ale to byłoby za bardzo podejrzane…
Od razu po przekroczeniu progu hotelowego apartamentu podeszła do szyby, zza której rozpościerał się widok na wieżowce w centrum. Uśmiechnęła się szeroko. Do tego właśnie była przyzwyczajona; zapachu tych wszystkich pięciogwiazdkowych hoteli, szampanów na powitanie, lokajów, podsuwanego pod nos jedzenia i…
Zerknęła za siebie, w stronę pościelonego, małżeńskiego łóżka, na którym leżała koperta.
— Ja śpię bliżej okna — rzuciła do Clyde’a. — Zaklepuję.
W nocy widok z takiego piętra był jeszcze piękniejszy.
Stała przed tym cholernym lustrem od przeszło dwudziestu minut; już dawno powinna wychodzić. Poprawiała materiał obcisłej, czarnej mini, jakby uwierał ją bardziej niż wysokie obcasy od Prady. Marzyły jej się klasyczne, lakierowane szpilki od Christiana Louboutina. Obiecała sobie, że kupi je po skończonej robocie.
Odrzuciła pofalowane blond pukle na plecy, patrząc w odbiciu na Clyde’a, który tylko czekał aż przestanie się szykować.
— Clyde… — jęknęła. — Chyba nie dam rady…
Miała złe przeczucie. Ściskało ją w brzuchu, czuła lekkie mdłości, a chociaż on stwierdziłby, że to zwykły stres, ona wiedziała, że nigdy nie wróżył niczego dobrego. Coś musiało się wreszcie grubo spierdolić.
— Nie marudź, dasz radę.
— Brzuch mnie boli…
— Znowu masz okres? — spytał z rozbawieniem.
— Nie podoba mi się… to całe Toronto. — Odwróciła się do niego z miną skrzywdzonego kociaka, krzyżując ręce na piersi.
— Jezu… przecież sama chciałaś tu przyjechać.
— Nie chciałam, ja-…
— Laura — zaczął, podchodząc bliżej. Przyzwyczaił się do jej nowego imienia szybciej niż ona. Wymazał poznaną w Nowym Jorku Malenę jednym pstryknięciem palców i kilkoma uśmiechami, dzięki którym załatwił niezbędne dokumenty. — Nie mamy na to czasu. No, zmykaj. Masz telefon? Daj mi znać, jak już będzie czysto.
Standardowa akcja; spotkać się z kimś, zdobyć zaufanie, zmylić. Dosypać czegoś do drinka i zgarnąć błyskotki. Standardowo nie miała również niczego do gadania.
On wyznacza cele. Organizuje zaplecze, robi za mózg operacji i ochronę. Bierze na celownik bogaczy i śmietankę towarzyską, debili i kretynów, wszystkich, których można wykiwać, żeby coś zyskać; przygotowuje przekręty godne scenariusza z Hollywood. Jeżeli trzeba, wykonuje za nią najbrudniejszą robotę. To Clyde strzela.
Ona te cele wciela w życie, pakując się wszędzie tam, gdzie jej powie. Ona owija sobie ludzi wokół palca, ona z nimi sypia, ona ich okrada – z fantów, szmalu, informacji, godności. Nie patrzy mu na ręce tak jak on jej. Ślepo wierzy, że to co robią, ma sens. Oboje w to wierzą, oboje na swój sposób zaślepieni każdym przypływem łatwej gotówki, każdą chwilą luksusu i adrenaliny, która kiedyś pewnie ich zabije. Idzie za nim jak wierny pies, wychodząc daleko za granice moralności; zbyt daleko, by zawrócić, a zresztą… bez niego już dawno by się zgubiła.

