-
Ta wkurzająca baba z telewizji, która zawsze wyściubi nos w nieswoje sprawy. Służby porządkowe Toronto jej nienawidzą, a politycy trzęsą portkami, gdy tylko pojawia się gdzieś w pobliżu z mikrofonem w ręku.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
charleen a. bourque i helena peregrine
Kiedy wybuchła bomba, była tam na miejscu. Obserwowała budynek, w którym odbywała się akcja ratownicza z bezpiecznej odległości i chociaż wiedziała, że nic nie może jej się stać, to jej serce biło równie szalenie, co osobom grających w całym zdarzeniu pierwsze skrzypce.
Przez cały ten czas czuła, że powinna zrobić coś więcej; zaangażować trochę bardziej, pogrzebać odrobinę głębiej. Od czasu ujawnienia pierwszego ciała, towarzyszyło jej to dziwne uczucie, że to nie koniec, że niedługo stanie się coś jeszcze gorszego i jak się okazało, powinna słuchać swej intuicji, a nie niezainteresowanych głosów panów siedzących na wygodnych fotelach, dla których to była tylko kolejna, niezbyt dobrze klikająca się sprawa.
Charleen zdawało się, że widziała wszystko - przegnitych do szpiku kości polityków, interesujących się tylko swą własną przyjemnością i zarobkiem oraz gangsterów, gotowych zrobić wszystko dla pieniędzy, ale nic nie było w stanie przygotować jej na atak terrorystyczny. W końcu żyła w Kanadzie; w kraju, gdzie życie było trochę mniej szalone i trochę bardziej prostsze niż to, toczące w miastach Ameryki, ale jak się okazało, źli ludzie rodzili się wszędzie nawet w najspokojniejszych zakamarkach globu.
I może dlatego tak walczyła; po to maczała swe palce w najbrudniejszych sprawach, po to poszukiwała informacji i spędzała tysiące godzin ślęcząc nad zdobytymi, dzięki nieuwadze policyjnego archiwisty i ślepemu szczęściu. I po to ujawniała te wszystkie szemrane interesy, i podejrzanych obywateli Toronto, by chociaż w małym procencie przyczynić się do tego, by ludzi takich, jak ten kto postanowił pobawić się w Boga i zadecydować, komu dane będzie wziąć kolejny oddech, było mniej.
Kara za złe uczynki nie kończyła się w mniemaniu reporterki tylko na tej fizycznej, gdy odbierali Ci wolność, a rozpoznawalność, nierzadko niosła za sobą jeszcze gorsze konsekwencje.
Dlatego robiła to, co robi najlepiej - zaczęła drążyć; poszukiwać poszlak, odwiedzać miejsca, gdzie znaleziono ofiary, rozmawiać z osobami, które mogłyby podzielić się z nią chociaż ułamkiem informacji. Nie zwracając uwagi na to, że nie jest już anonimowa, że jej imię, i nazwisko, i twarz są powszechnie znane, ani na groźby, których niemożliwym było policzyć na palcach obu rąk.
I w końcu coś się stało; stary, wyświechtany laptop, pierwszy, jaki kupiła za swoje własne, ciężko zarobione pieniądze, odmówił posłuszeństwa.
Na ekranie widniał tylko ciąg losowych liczb, zdjęcie młodszego brata kobiety oraz dwa, najprostsze w swej formie słowa - przestań grzebać.
Trzęsące palce z trudem wystukały wiadomość. "Potrzebuje pomocy, wiem, że nigdy o to nie prosiłam, ale sprawa jest poważna." Wklepała uparcie, zastanawiając się przez chwilę czy powinna kliknąć ten pieprzony przycisk "wyślij", czy to wszystko było warte bezpieczeństwa jej bliskich, ale już inaczej nie potrafiła. Obojętność w słowniku Char po prostu nie istniała, a macki osoby, na której trop wpadła nie były w stanie sięgnąć na drugi koniec półkuli. Przynajmniej taką miała nadzieje.
W odpowiedzi zwrotnej otrzymała adres i informacje, że na miejscu powinna zapytać o Helen. Tak też zrobiła; z laptopem pod pachą, o porze nieludzkiej, w ubraniach, jakie nie pasowały do eleganckiej damusi, której twarz uśmiechała się do widzów zza szkła telewizora, zjawiła się w samym centrum wydarzeń, na posterunku policji.
Nie wiedziała czego powinna się spodziewać, poprowadzona do jednego z pokoju zapewniających stuprocentową prywatność, potulnie niczym baranek siadła na niewygodnym krześle. I pierwszy raz w życiu nie mogła być pewna niczego. Wiedziała jedynie, że anonimowa postać, która pomogła jej już kilka razy wcześniej, pomoże jej i tym razem. Wiedziała, że jest bezpieczna, że policjanci pomimo niechęci, jaką pałali do osoby wtrącającej się w ich sprawy, nie wyrządzą jej krzywdy.
Wiedziała też, że już nie ma nic do stracenia i nie da się zastraszyć temu bydlakowi.
-
If there was anyone to ever get through this life
With their heart still intact, they didn't do it right
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkijakiekolwiektyp narracji3os.czas narracjiteraźniejszypostaćautor
I myśl, że być może coś była jej dłużna. W końcu ją okradła, i to nie raz.
Wcale tego nie planowała. Była wtedy młoda, bardzo impulsywna i... głodna. Poznała Charleen zimą, dzień po tym, jak ojciec znowu znalazł jej skrytkę na pieniądze i przepuścił wszystko na tanią whisky i zakłady.
Wydawało jej się wtedy, że Bourque ma wszystko. I że na pewno nie zauważy zniknięcia przypadkiem upuszczonego kolczyka, braku kilku banknotów, a później – gdy poznała Helenę na tyle dobrze, by zaprosić ją do domu – paru innych świecidełek, które zapewne należały do jej matki. Peregrine szybko zniknęła z jej życia – gdy tylko zyskała pewność, że Tony nie będzie głodował, przyszedł wstyd. Drapiący i głęboki. Taki, który po latach czasami przypomina się jak na złość, pewnie tuż przed zaśnięciem.
Nie znosi tego uczucia, ale świadomość, że pomogła starej znajomej ugruntować dziennikarską karierę niwelowała poczucie winy.
Tak miało zostać – sporadyczny anonimowy kontakt, widywanie jej twarzy i intensywnego spojrzenia jedynie na ekranie telewizora. Jak każdy inny plan w jej życiu, i ten został pokrzyżowany. Pewnie powinna trzymać się na dystans w perspektywie Holdena interesującego się jej działalnością. Nie potrafiła jednak odmówić pomocy. Być może poczucie winy nie zniknęło nigdy do końca.
Spodziewa się jej więc dzisiaj. Dostrzega jej sylwetkę z głębi korytarza, gdy wraca z pokoju Swanson z folderem dokumentów ściskanym kurczowo w dłoni. Druga dłoń sięga do identyfikatora na piersi; jej krok jest i może nonszalancki, ale ten gest – nerwowy. Zanim dociera jednak do niej, kilka głębokich oddechów pomaga strząsnąć z siebie jakiekolwiek poczucie niewygody. Ostatecznie – jest w pracy, widzą się służbowo.
— Charleen Bourque — mówi niskim, mrukliwym tonem. Nie pyta; oznajmia, przyglądając się uważnie twarzy dziennikarki w poszukiwaniu oznak rozpoznania. Pamięta w ogóle tę krótką znajomość – która może mogłaby być przyjaźnią, gdyby głód nie był silniejszy? Czy zdaje sobie sprawę z tego, że Peregrine ją okradała? Czy może faktycznie nigdy nie zauważyła zniknięcia biżuterii, pieniędzy i Heleny? Obserwuje więc uważnie, bo pierwsza reakcja Charleen może zdradzić odpowiedzi na pytania, których przecież nie chciała zadawać głośno. — Atak hakera, tak? Będę miała kilka pytań i muszę zobaczyć sprzęt. — Ton zmienia się w profesjonalną neutralność, kwestie wybrzmiewają rutyną. Tylko spojrzenie wciąż jest czujne.
Charleen A. Bourque