35 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Gdy zaczynał, nie myślał nawet o tym, że kiedykolwiek dojdzie do momentu w którym zostanie zesłany na miejsce zmasakrowania młodej kobiety. A to dlatego, że nie chciała dobrowolnie zrzec się prawa do domu, który od pokoleń należał do jej rodziny. Jako prawnik obiecał przecież strzec prawa i sądzić tych, którzy dopuszczają się złych uczynków. A on - jako osoba bardzo dobrze znająca się na prawie; nie tylko chronił ludzi mających krew na rękach, ale też sam uciszał tych, którzy domagali się sprawiedliwości za wyrządzone im krzywdy.
Ale to było dla niego za wiele. Krzyk, płacz i prośby kobiety wywołały w nim nie tylko pierwsze od dawna objawy człowieczeństwa, ale też coś, co potocznie nazywał w y r z u t a m i. I nie wytrzymał. Momentalnie stanął w samym środku sporu, samemu dając się skatować na kilka minut przed przyjazdem policji, która natychmiast aresztowała osiłków, z którymi miał egzekwować ich należność.
Był skończony
Ale w tym momencie to był najmniejszy problem, jaki go obchodził. Krew rozlewająca się naraz z wielu miejsc na jego ciele, zmasakrowana twarz, być może zwichnięta ręka, oraz fragment żebra, który ewidentnie został parę razy dziabnięty czymś, co dla niego przypominało ogromny nóż, a może nawet i sztylet. Nie zgodził się na podwiezienie do szpitala. Wiedział, że to tylko spowoduje większy rozgłos, a ostatnią rzeczą, o której marzył, to wielogodzinny pobyt w klatce, nie tylko pod opieką lekarzy, ale i policji.
Zniszczą go…
Dlatego intuicyjnie, z ogromnym bólem przeszedł kawałek do miejsca, w którym zaparkował swoje świeżo zakupione auto, i nie patrząc na rozlewającą się wszędzie krew ruszył w stronę domu, który dzielił z ukochaną. Miał nadzieję, że nie zastanie tam Lacey. Bo choć ostatnio nie było im dane wspólnie czerpać przyjemności ze swojego uczucia, tak sam Devon darzył ją ogromną swoją miłością - nie potrafiącej jej tego ukazać.
Gdy dotarł na miejsce, zaparkował ubrudzone auto w swoim ulubionym, przeznaczonym tylko dla niego miejscu. By następnie powolnym krokiem skierować się w stronę mieszkania, tamując czarną koszulą krew, masowo rozlewającej się w okolicy zranionych żeber.
- Lacey, jesteś? - zapytał dość głośno, wciąż mając nadzieję że jej nie zastanie Nie chciał jej martwić. Nie chciał, żeby zadawała masę pytań. NIE CHCIAŁ, by zaczęła interesować się tą tajemnicą brudnych interesów, które tak mocno przed nią ukrywał.
002
Lacey Tadwell
33 y/o
Welkom in Canada
170 cm
dyrektor finansowa w northex industries
Awatar użytkownika
skupiona na pracy służbistka w otwartym związku, któremu nie potrafi poświęcić dostatecznie dużo uwagi, aby działał jak należy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie była jedną z tych osób, które nie znosiły zabierać ze sobą do domu pracy. Prawdę powiedziawszy robiła to często, zdaniem niektórych prawdopodobnie zbyt często, ale to właśnie w zaciszu własnego mieszkania pracowało jej się najlepiej.
Miała ku temu sporo możliwości, ponieważ Devon wydawał się równie pochłonięty swoimi sprawami. On też nie widział wiele poza pracą, dzięki czemu każde z nich znajdowało sporo czasu i przestrzeni na to, aby zająć się własnymi sprawami. Być może dawali im się pochłonąć zbyt mocno, ponieważ dla siebie nawzajem mieli ostatnio wyjątkowo dużo czasu.
Tego jednak Lacey nie żałowała, ponieważ miała wrażenie, że ilekroć spędzali go razem, skutkowało to niczym więcej, jak kolejną kłótnią.
Na to natomiast nie miała ochoty. Była zbyt zmęczona swoimi obowiązkami, aby jeszcze dzień w dzień toczyć walkę z osobą, która przynajmniej według teorii powinna być jej najbliższa. I z którą przecież wszystko było kiedyś tak przyjemne i proste, choć to uczucie również w ostatnim czasie się zatarło. Tadwell nie wiedziała już, jak się względem niego czuła. Miała wrażenie, że jej uczucia nie wygasły, ale jednocześnie obawiała się, że darzyła nimi osobę, której już przy niej nie było. Podobnie zresztą musiało być z nim - zakochał się w starej Lacey, która teraz wydoroślała i myślała o życiu znacznie poważniej.
Ale tylko w aspekcie zawodowym.
Ślęczała właśnie nad końcoworocznym raportem finansowym, kiedy usłyszała dobiegające z korytarza wołanie. Wypuściła głośniej powietrze i odstawiła na stolik szkło, które wypełnione było do połowy czerwonym winem. To miał być długi wieczór, dlatego w ten sposób zdecydowała się go sobie uprzyjemnić. — Tutaj — zawołała, mając jednak nadzieję, że Devon nie postanowi jej p r z e s z k a d z a ć. Miała naprawdę dużo pracy i to jej chciała poświęcić dziś swoją uwagę.
To jednak nie było jej dane. Wystarczyło bowiem, że na krótką chwilę ruszyła się z miejsca, aby sięgnąć teczkę, która znajdowała się na jednej z kuchennych szafek, aby moment później upuściła ją na podłogę. Devon wyglądał t r a g i c z n i e.
Co gorsze, istniało ryzyko, że za moment zakrwawi ich nową wykładzinę.
Co ci się, kurwa, stało? — zapytała ze szczerym przerażeniem i ruszyła w jego kierunku. Zatrzymała się w niewielkiej odległości, niepewna nawet tego, czy powinna choćby go dotknąć, aby nie sprawić mu bólu. — Dzwonię po karetkę — oznajmiła, odwracając się na pięcie po to, aby sięgnąć po własny telefon.
W tym momencie nie pamiętała już o tym cholernym raporcie.

Devon Koncecny
Magda
unikam wątków nierozwijających relacji oraz opisów przemocy na tle seksualnym i przemocy nad zwierzętami
35 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Jeżeli chodziło o niego, większość swoich zawodowych spraw musiał załatwiać poza domem. Im dłużej jednak o tym myślał, tym bardziej preferował taki tryb, by to jedno, jedyne miejsce zwane domem, było dla niego azylem. Świątynią, w której wszystkie problemy zanikały… przynajmniej wtedy, gdy był sam.
Niestety, z Lacey układało mu się coraz gorzej. I to głównie z jego winy. Często ignorował jej prośby, propozycje wspólnych randek czy wyjazdów we dwoje. Devon do tej pory był mężczyzną, który rzadko, albo wcale okazywał czułość, bojąc się M I Ł O Ś C I.
K O C H A Ł Lacey. Jednak z powodu własnego lęku, a może też przywiązania do ciemnych interesów, nie chciał zbytnio pokazywać się z nią publicznie. Bał się, że największy diament w jego życiu zostanie zakażony brudem. Brudem, który był z nim od chwili, gdy zaraz po studiach podpisał dokument bardziej przypominający pakt z diabłem; niż zwykłą umowę. Dopiero z czasem, po latach, zrozumiał, że stał się częścią piekła, z którego wyjście oznaczało śmierć; jego… i najbliższych.
A jedyną osobą, która była mu naprawdę bliska… była właśnie ona.
Jak mało kto, był mocno zaprzyjaźniony z bólem. Wraz ze swoim znajomym otworzył małą, prywatną salkę, w której często, głównie wieczorami trenowali boks, tocząc intensywne sparingi. Jednak żaden z zadanych mu ciosów nie bolał tak bardzo, jak ten dzisiejszy. Siedząc na wspólnej kanapie, która była już zaplamiona kilkoma kroplami krwi, modlił się, by ten ból w końcu zanikł. Widział wiele, czuł wiele, ale jeszcze nigdy w całej swojej dotychczasowej karierze nie czuł bólu sztyletu wbitego w okolicę żeber.
Gdy zauważył przerażoną partnerkę, od razu spojrzał na nią wzrokiem, którego zawsze unikał. Wzrokiem przerażonego, zlękniętego, bezbronnego mężczyzny, który jak nigdy wcześniej potrzebował wsparcia kobiety, z którą od paru lat mieszkał i tworzył ten chaotyczny związek. - Nie pytaj. Przynieś mi lepiej apteczkę. Spróbuję… sam… to zaszyć, albo chociaż jakoś zagoić - powiedział, zaciskając ranę jeszcze mocniej.
- NIE - krzyknął, wydając z siebie mocny, intensywny dźwięk, który kosztował go kolejną falę bólu. Ale ten ból, i tak nie mógł równać się z tym, co by się stało gdyby ciemnowłosa dama sięgnęła po telefon i zadzwoniła po karetkę. Setki pytań. Policyjna ciekawość. Śledztwo, które prędzej czy później dotarłoby do ludzi, którym podpadł stając własnym ciałem na drodze próby egzekucji nad kobietą, która chciała jedynie zachować dom należący do jej rodziny od pokoleń. - Nie dzwoń. Nie pozwalam. Nie chcę - mówił chaotycznie, pragnąc tylko jednego: by Lacey go posłuchała.
Bo jeśli by zadzwoniła…byłby to początek jego końca.

Lacey Tadwell
33 y/o
Welkom in Canada
170 cm
dyrektor finansowa w northex industries
Awatar użytkownika
skupiona na pracy służbistka w otwartym związku, któremu nie potrafi poświęcić dostatecznie dużo uwagi, aby działał jak należy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lacey zdecydowanie nie była bez skazy. Nie była też bez wątpienia tą, która o cokolwiek w tym związku z a b i e g a ł a, ponieważ już od dłuższego czasu stawiała raczej na znajomą wygodę. Wydawało jej się bowiem, że skoro byli ze sobą od kilku lat, dalsze starania nie były konieczne, ponieważ ich relacja była już czymś, co miało całkiem solidne fundamenty.
Ze szczerą przyjemnością zrezygnowała zatem z wszelkich wyjść i wspólnych wyjazdów, ten czas woląc przeznaczyć na coś, co rzeczywiście mogło zaowocować. Poświęcała się pracy, ponieważ w ostatnim czasie to właśnie ona stała się dla niej źródłem największej satysfakcji.
Może więc znudzili się sobą nawzajem, a może po prostu żadne z nich nie wiedziało, jak w tak poważnym związku mieli się odnaleźć. Pewne było jednak to, że jeśli nie dołożą odpowiednich starań, ta układanka w końcu się rozsypie, a oni dłużej już nie będą mogli udawać, że tego nie zauważali.
Nie będą mogli ignorować tego, że wspólna przyszłość być może wcale nie była im pisana.
Jednak niezależnie od tego, z jakimi trudnościami zmagali się obecnie, i jak napięta atmosfera panowała między ich dwójką, Lacey nie chciała dla niego źle. Może nie okazywała tego odpowiednio, ale przecież troszczyła się o niego i chciała, żeby był bezpieczny. Chciała też jego szczęścia, dlatego zgodziła się na tę irracjonalną propozycję, jaką było otworzenie ich związku, choć przeczucie podpowiadało jej, że nic dobrego z tego nie wyjdzie.
Miała jednak wrażenie, że była to ich ostatnia deska ratunku.
Teraz jednak poważnie się wystraszyła. Przeraziło ją to, że najwyraźniej w jego życiu działo się coś n i e d o b r e g o, a ona bynajmniej nie była tego świadoma. Co więcej, choć czerwona plama malowała się w okolicy jego brzucha, Devon sprawiał wrażenie, jakby solidnie uderzył się w głowę. Przynajmniej taka myśl przemknęła jej przez umysł w momencie, w którym usłyszała jego słowa.
Nie pytaj? Pojebało cię? — warknęła i dosłownie spiorunowała go spojrzeniem. Nie podobało jej się to, co się działo. Nie podobały jej się jego protesty, ponieważ one oznaczały, że przytrafiło się coś naprawdę z ł e g o. A to burzyło jej poczucie bezpieczeństwa. — Co ty w ogóle wygadujesz, Devon? Pierwszą rzeczą, jaką powinieneś był zrobić jest telefon po karetkę! Co ci w ogóle przyszło do głowy, żeby przychodzić tu w takim stanie? I jeszcze jakieś głupie nie chcę. Nie będziesz robił z domu jakiegoś prowizorycznego szpitalika — nie mówiąc już o tym, że wątpiła w jego umiejętności w zakresie samodzielnego zszywania ran. Ostatnie, czego chciała, to obserwowanie tego, jak wykrwawiał się na tej kanapie, zatem nie, nie miała zamiaru go słuchać.
Wykręciła odpowiedni numer, czekając na połączenie, bo w tym momencie to jego zdrowie było ważniejsze niż jakiekolwiek kłopoty.

Devon Koncecny
Magda
unikam wątków nierozwijających relacji oraz opisów przemocy na tle seksualnym i przemocy nad zwierzętami
35 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Początek ich relacji przypadał na okres, w którym Devon był najgorszą wersją samego siebie. Nie przejmował się niczym, nie angażował się w żadne głębsze relacje, a towarzystwo ciemnowłosej było dla niego jedynie spędzaniem wspólnych wieczorów na seksie po dokonanych oszustwach. Ale czy nie kochał Lacey? Kochał; ale na swój dziwaczny sposób, niewyrażany poprzez miłe słowa, czułe gesty czy szalone ruchy. To właśnie spowodowało, że w momencie jej największego zaangażowania on traktował ją jak najpiękniejszą ozdobę, której nie chciał stracić.
Dopiero z biegiem lat zrozumiał wszystkie grzechy, które popełnił w trakcie tej relacji. Miały być one rozwiązaniami na wszystkie popełnione błędy z jego ex. Wtedy właśnie nie przypominał dzisiejszego siebie; zamiast lodowego i surowego adwokata był nieopierzonym studentem, próbującym zwrócić na wszystkich swoją uwagę. Był bardziej zaangażowany w potrzeby swojej partnerki, robiącym wszystko, by spełniać jej marzenia. Dopiero gdy June z nim zerwała, obiecał sobie, że kolejne miłosne przygody będą pozbawione jakichkolwiek głębszych uczuć, obawiając się, że oddając serce ponownie, zostanie rozerwany na kawałki i straci wiarę, którą przez kolejne lata doszczętnie odbudowywał.
I teraz to wszystko było dla niego p o j e b a n e
Sytuacja była dramatyczna, czuł to z każdą kolejną minutą, siedząc na środku ich kanapy przykładając coraz mocniej i tak już przesiąkniętą krwią koszulę do rany. Nie mógł pozwolić jej na telefon do szpitala, bo wtedy wszystko by się rozsypało. Znał już takie przypadki jak ten, gdy ktoś próbował oszukać i przechytrzyć tych ludzi tylko po to, by kilka dni później wszystkie możliwe media pisały o tajemniczej śmierci. To już nie była zwyczajna gra, której karą mogło być spędzenie kilku lat za kratami, lecz element układanki, który musiał jak najszybciej naprawić.
- Zabiją najpierw mnie, potem i ciebie - warknął w końcu, czując po chwili ciężar wypowiedzianych słów. Obiecał sobie, że Lacey nigdy nie dowie się prawdy o nim i o tym, do jakiej króliczej nory skoczył, dając się przekupić sławą, bogactwem i reputacją, które dano mu w zamian za podpisanie paktu z tamtejszym diabłem. Po chwili jednak w końcu odważył się spojrzeć w jej oczy i z przestraszoną miną powiedzieć - Nie dzwoń. Zaufaj, choć ten jeden raz -. Chciał by go P O S Ł U C H A Ł A. I nawet jeżeli teraz myślał o tym, jak to wszystko jej opowiedzieć, by nie zawrzeć całej prawdy, to i tak ta część mogła być dla niej zbyt ciężka do zrozumienia, nie będąc w środku tego bagna.
- Słuchaj. Tam są ludzie, którzy są gotowi oddać wszystko, by wynieść mnie martwym. Jeżeli się o mnie teraz dowiedzą, to ta pieprzona kanapa i całe to mieszkanie będą najmniejszym problemem, z którym będziemy musieli się zmierzyć - powiedział, w złości połączonej ze strachem. I nawet jeżeli miała w stu procentach rację, że nie mają odpowiednich kompetencji do zszywania ran, to i tak musieli to załatwić inaczej. A sam Devon był gotów się wykrwawić, niż oddać się w ręce ludzi, którzy nie odpuszczą, dopóki nie dokonają srogiej zemsty za brak posłuszeństwa.
Lacey Tadwell
33 y/o
Welkom in Canada
170 cm
dyrektor finansowa w northex industries
Awatar użytkownika
skupiona na pracy służbistka w otwartym związku, któremu nie potrafi poświęcić dostatecznie dużo uwagi, aby działał jak należy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Może wcale aż tak bardzo do siebie nie pasowali? Może przepełniające ich różnice były poważniejsze, niż początkowo mogłoby się wydawać, ponieważ cele mieli zgoła podobne.
Podstawową różnicą wydawało się to, jak próbowali je realizować.
Lacey bowiem także chciała wspiąć się na szczyt. Pragnęła osiągnąć wiele i z każdym kolejnym awansem, jakiego doświadczyła na przestrzeni lat, była z siebie coraz bardziej d u m n a. Wiedziała, że podjęła właściwą decyzję, kiedy całe swoje zaangażowanie wlała w rozwój własnych kompetencji.
Niejedna osoba twierdziła, że w ten sposób zaniedbywała własne życie osobiste, ale przecież jakoś udało jej się to wszystko poukładać. Była z Devonem już od kilku lat, a choć nie zawsze wszystko układało się idealnie, nie dostrzegała na ich relacji większych skaz.
Przynajmniej nie do ubiegłego roku, choć pomimo tego, jak kiepsko bywało między nimi ostatnio, dzisiejsze zajście przeszło jej najśmielsze oczekiwania.
I chyba po raz pierwszy sprawiło, że pomyślała o tym, że wcale nie chciała tu być.
Co ty, kurwa, wygadujesz?! — podniosła na niego głos, kiedy usłyszała tę pogróżkę. W innych okolicznościach uznałaby to najpewniej za puste słowa. Coś kompletnie pozbawionego znaczenia i rzuconego wyłącznie po to, aby wymusić na niej określoną reakcję.
Teraz jednak, kiedy stała naprzeciw niego i dostrzegała, jak ta cholerna koszula robi się coraz bardziej czerwona, musiałaby być wyjątkowo głupia, aby nie uwierzyć w to, że miał r a c j ę. Ona natomiast była na niego niesamowicie wściekła.
Nacisnęła czerwoną słuchawkę, a później odłożyła telefon na blat kawowego stolika. Słuchała jego słów z niedowierzaniem, kilkakrotnie kręcąc przy tym głową. Raz nawet zdarzyło jej się parsknąć, co zrobiła dokładnie w momencie, w którym zasugerował, że we dwójkę będą zmuszeni zmierzyć się z czymś o wiele gorszym.
Była na niego tak zdenerwowana, iż do niczego nie czuła się teraz zobowiązana.
Co zrobiłeś, Devon? — wycedziła przez zaciśnięte zęby. Nie była głupia i domyślała się, że zadarł z niewłaściwymi ludźmi, ale jak sama mogła okazać się na tyle ślepa, aby wcześniej tego nie zauważyć? Jak mogła dopuścić do sytuacji, w której on ściągnął na nich n i e b e z p i e c z e ń s t w o? Bo przecież to już nie była zabawa. — I co masz zamiar zrobić z tym? — machnęła dłonią w jego stronę. Z każdą kolejną chwilą sytuacja wyglądała coraz poważniej, ale przecież nie byli w stanie poradzić sobie z nią we dwójkę.
Co więcej, Lacey nie była wcale aż tak przekonana co do tego, czy chciała mu pomagać, bo przecież wcale nie prosiła się o to, aby wpakował ją w jakieś bagno. Wręcz przeciwnie, lubiła swoje życie takim, jakim było, a to oznaczało przynajmniej częściową rutynę i brak sytuacji takich jak ta, którą zaskoczył ją tego wieczora.

Devon Koncecny
Magda
unikam wątków nierozwijających relacji oraz opisów przemocy na tle seksualnym i przemocy nad zwierzętami
35 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Problem polegał na tym, że względem ich relacji nie miał żadnego pomysłu, jak to uratować. Czuł, że tkwi na granicy gdzie wszystko przeważało ku zerwaniu, niż odzyskaniu uczucia, którym kiedyś go darzyła.
I to wszystko było pojebane. Chciał ratować ich związek, bliskość, ale nie wiedział, czy potrafi zawalczyć o to, co w jego głowie wydawało się doszczętnie spalone
Wyglądało to tak, jakby zamienili się rolami, które pełnili na początku ich relacji. Był wtedy początkującym, aspirującym i czarującym adwokatem, któremu renomowana kancelaria otworzyła szansę na rozwój. Dostał wymarzone stanowisko, o które walczyli wszyscy młodzi prawnicy. Ale jak to klasycznie miał w zwyczaju; chciał więcej, i w zamian za ogromne pieniądze potajemnie współpracował z ludźmi, którzy z rozsądkiem i umiarem mieli tyle wspólnego, co nic. Szantaż, nielegalny handel czy szemrane interesy, którymi się zajmował, były jedynie wierzchołkiem góry lodowej, kręgosłupa w którym się znajdował.
A sam nie chciał ingerować w zawodowe sprawy partnerki, unikając tylko, by jego biznesy nie zahaczały o korporację, do której należała. Widział, jak się starała, jak jej zależało i jak bardzo poświęciła się karierze, którą odpuściła na początku ich znajomości, walcząc o ich miłość.
To wszystko było s k o m p l i k o w a n e
Za każdym razem, gdy się zbliżali, czy uprawiali długi seks, nie potrafił spojrzeć w jej oczy tak, jak powinien zakochany szaleńczo partner. I dlatego, widząc ich z boku, można było dostrzec parę, która zamiast konkretnych kroków trwała w trybie wegetacji, licząc, że wszystko samo się naprawi.
- Za dużo tego, by o tym opowiadać - westchnął cicho, kątem oka spoglądając na twarz kobiety. Oczywiście, że zapoczątkuje to kolejne kłótnie, które tym razem nie byłyby o byle błahostkę, przez które potrafili skakać sobie do gardeł. Zrozumiałby, gdyby w tym momencie postanowiła wyjść, zostawiając go na pastwę problemów, które sobie sam zgotował. Był durniem, ale w tym momencie nikogo nie potrzebował tak bardzo, czując, że tylko ona jest w stanie mu pomóc, będąc blisko niego.
- Powiedzmy, że wszedłem pomiędzy ludzi, z którymi powinienem zrobić coś bardzo złego - powiedział cicho i tajemniczo. Nie chciał wyjawiać całej prawdy, bojąc się ewentualnych skutków. Policja? Wykluczone. W końcu te wszystkie plotki o tym, że działały tam osoby potajemnie współpracujące z półświatkiem, były prawdziwe. Z czasem zrozumiał, że wszystkie teorie były kwestią czasu, nim okazywały się prawdą.
Lekko zastygł, gdy usłyszał pytanie, co zamierza zrobić. W jego głowie pojawiły się setki myśli i pomysłów, z których każdy kolejny był głupszy od poprzedniego. Pozostanie w ich mieszkaniu wydawało się najgłupszym ruchem, jaki mogli podjąć, zapraszając pokrzywdzonych do wykonania zemsty. - Mam pewien pomysł. Ale nim uznasz, że to kretyńskie, proszę, wysłuchaj. Znam ludzi tuż obok Toronto, którzy znają się na takich przypadkach i są w stanie mi pomóc. Ale to nie jest najgorsze - przełknął ślinę, wziął głęboki oddech i odważył się w końcu powiedzieć: - Musisz pojechać ze mną. Nie zostawię cię w miejscu, w którym grozi ci krzywda. Nie mogę pozwolić, by stało się ci coś złego. - I choć zabrzmiało to jak bohaterski gest, w rzeczywistości była to paniczna próba uratowania ich przed tym, czego bał się najbardziej.
Lacey Tadwell
33 y/o
Welkom in Canada
170 cm
dyrektor finansowa w northex industries
Awatar użytkownika
skupiona na pracy służbistka w otwartym związku, któremu nie potrafi poświęcić dostatecznie dużo uwagi, aby działał jak należy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lacey nigdy nie dała sobie ani chwili wytchnienia. Wiedziała, że musiała być ukierunkowana na sukces, jeśli zależało jej na tym, aby go odnieść, dlatego to zawsze praca była jej priorytetem. Zwłaszcza wtedy, kiedy udało jej się utorować sobie drogę do kolejnych awansów, zyskała świadomość tego, że jest w stanie osiągnąć więcej.
Miłość była więc tylko dodatkiem.
Początkowo całkiem wygodnym, ponieważ ona i Devon mieli do życia podobne podejście. Skupiali się przede wszystkim na własnych karierach, dzięki czemu odpuszczanie randek i standardowych zachowań, które były typowe dla par, nie przeszkadzało żadnemu z nich.
Nie mieli problemu z tym, aby większość dnia poświęcić obowiązkom zawodowym, a dopiero wieczorem skupić się na sobie i nieco odreagować trudy minionego dnia. Być może właśnie dlatego ta relacja działała. Od samego początku stanowili dla siebie głównie rozproszenie, a w którymś momencie nauczyli się też siebie kochać.
A przynajmniej tak im się wydawało, ponieważ teraz Tadwell nie była już pewna swoich uczuć. Nie miała pojęcia, jak się względem niego czuła i raczej prędko nie miała tego rozszyfrować, ponieważ w chwili obecnej kierowała pod jego adresem przede wszystkim z ł o ś ć. Była wściekła o to, w jakiej sytuacji nagle ich postawił.
I coś podpowiadało jej, że nie miała być ona tylko chwilowa.
Miała ochotę go z a m o r d o w a ć, co pewnie byłoby o wiele prostsze, gdyby stan jego zdrowia nie pozostawiał obecnie tak wiele do życzenia. Prawdopodobnie też wyszłaby i zostawiłaby go samego sobie, aby samodzielnie poradził sobie z problemami, które na siebie ściągnął, ale przecież nie była na tyle bezduszna, żeby porzucić go, aby się wykrwawił.
Dopiero po tym miała zrobić to, na co miała teraz największą ochotę.
Świetnie, czyli po prostu jesteś kretynem — skomentowała i rozłożyła ramiona w geście bezradności. Nie rozumiała tego i prawdopodobnie nie miała zrozumieć. Nie była głupia i zdołała pojąć to, że wszedł we współpracę z kimś n i e b e z p i e c z n y m, jednak nie pojmowała, dlaczego to zrobił. Radził sobie przecież dobrze i bez tego. Czy kierowała nim aż taka chciwość?
Roześmiała się, kiedy wspomniał o jej bezpieczeństwie, choć w tym śmiechu nie było nawet grama radości. — Aleś ty wspaniałomyślny, Devon. Prawdziwy rycerz na białym koniu — zaczęła trochę teatralnie, co wynikało z tego, że zdołał nadwyrężyć każdy nerw w jej ciele. — Teraz się, kurwa, przejmujesz moim bezpieczeństwem? Trzeba było o tym pomyśleć, zanim się wpakowałeś w jakieś gówno — nie byłaby sobą, gdyby nie wytknęła mu tego, jak idiotycznie postąpił. Naraził ją, ale wcale nie miała skorzystać z jego oferty pomocy.
Skrzyżowała ramiona na piersi, a później pokręciła z niedowierzaniem głową. — Zawiozę cię tam, ale to tyle. Nie zamierzam zostać. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Prześpię się dzisiaj w biurze — choć nie był to najlepszy pomysł, był jedynym, na jaki na szybko wpadła. Nie chciała bowiem prosić o pomoc znajomych, aby ci nie zaczęli zadawać niewygodnych pytań. Nie lubiła pokazywać, że jej życie nie układało się tak, jak sama by tego chciała. — I jedziemy twoim autem — jakoś nie miała ochoty, żeby zakrwawił jej tapicerkę.

Devon Koncecny
Magda
unikam wątków nierozwijających relacji oraz opisów przemocy na tle seksualnym i przemocy nad zwierzętami
35 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

On również od początku był ukierunkowany na sukces. Tyle, że jego historia bardziej przypominała drogę na skróty niż ciężką pracę od zera do bohatera. Już jako student pokazywał, że tradycyjne schematy i reguły go nie interesowały szukając zawsze innych rozwiązań. Dlatego, gdy pojawiła się propozycja własnego (brudnego) raju, łatwo dał się omamić wizji łatwych pieniędzy, kosztem własnego człowieczeństwa.
Dodatku, który z czasem zaczął ich dusić.
Początek i mu wydawał się całkiem przyjemny. Kto po bolesnym rozstaniu z największą miłością odmówiłby przyjacielskiego układu To był tylko seks. Z czasem jednak na ten swój pojebany sposób zaczęło mu zależeć na posiadaniu takiej atrakcyjnej partnerki. Jej obecność była wygodną opcją powrotów do mieszkania po ciężkich biznesach i relaksowaniu się przy kimś, kto na początku był dla niego najbardziej istotny.
Ten układ, z biegiem czasu, wydawał mu się najlepszym możliwym rozwiązaniem. Nawet nie zauważył momentu, w którym ich osobne kariery zaczęły przybierać na sile, niszcząc bliskie chwile zawodowymi obowiązkami. Godziny pracy rozmijały się tak bardzo, że widywali się tylko przy wejściu; kiedy jedno wychodziło, gdy drugie dopiero wracało.
Problem polegał na tym, że praca adwokata była dla niego jedynie przyjemną przykrywką. Pracował w miejscu, gdzie jego prawdziwi pracodawcy mieli swoje układy, zapewniając mu alibi w sytuacjach kryzysowych; Wtedy, gdy prawdziwe, znacznie brutalniejsze zlecenia, jak pobicia czy szantaże, nie szły zgodnie z planem.
I właśnie dzisiaj był dzień, w którym wszystko się r o z j e b a ł o.
Nie zdziwiłby się, gdyby faktycznie przyniosła z ich wspólnej sypialni walizkę z jego ubraniami. Mieszkanie początkowo należało wyłącznie do Tadwell, do momentu, w którym postanowili zamieszkać razem. I szczerze? Powinna to zrobić. Ludzie, z którymi zadarł, znali wszystko o ich życiu indywidualnym i prywatnym.
- TAK, skończonym kretynem… ale nie czas i miejsce - westchnął cicho, nabierając powietrza. Niebezpieczeństwo przestało być kwestią C Z Y. Teraz chodziło wyłącznie o to K I E D Y i G D Z I E go złapią, mszcząc się za nieposłuszeństwo. Tyle że miał już gotowy plan. Jako ktoś, kto publicznie widział i egzekwował wszystkie kary, przygotował się doskonale, by na jakiś czas zniknęli z życia publicznego. Problem polegał na tym, że zniknięcie w zawodzie adwokata nie byłoby niczym podejrzanym, w przeciwieństwie do Lacey, która jako dyrektorka mogła stracić karierę, którą przez lata doszczętnie budowała.
Nie spodziewał się współczucia, troski ani bliskości z jej strony. W jednej chwili dostała potężny zastrzyk informacji, które mogły doprowadzić ją do strachu albo ataku paniki. - Mam pozwolić, żeby stała ci się krzywda? - zapytał. - Jestem ostatni na liście idealnych partnerów, ale robiłem wszystko, żebyś czuła się bezpiecznie. Musisz mi ten jeden raz zaufać. - Dodał myśląc o niej. Ale czy naprawdę tego potrzebowali? Z pensji renomowanego adwokata i dyrektorki finansowej stać ich było na mieszkanie, kilka samochodów i realizację marzeń; których prawie i tak nie mieli, zastępując przyjemności zawodowymi obowiązkami. - KURWA - krzyknął, czując narastający ból. - Słyszysz mnie? To nie tak miało się potoczyć. Przez te wszystkie lata… zauważyłaś chociaż odrobinę tego smrodu? - zapytał, zdradzając się, że siedział w tym nie od dzisiaj, lecz od dawna współpracując z ludźmi których lepiej było nie znać.
- Nie. Albo jedziemy i zostajemy tam razem. Albo zostaję tutaj i czekam, aż się wykrwawię - zaszantażował ją. Był pewien, że wszystko i tak nie potoczy się po jego myśli. Chciał tylko, żeby zniknęła z radarów kryminalistów. Żeby z czasem mogła bezpiecznie wrócić do normalnego życia z poczuciem, że już nic jej nie groziło. - Jedziemy tam dzisiaj. Zaraz. Tylko proszę… podaj mi apteczkę. Spróbuję to jakoś opatrzyć - powiedział niepewnie. Nie znał się na opatrywaniu ran, które z każdą sekundą bolały coraz bardziej. Czas był jednak najważniejszy. Każda godzina przybliżała ich do tego, co wydawało się prawie nieuniknione. - Ale ty musisz prowadzić - dodał cicho, lecz stanowczo.
Lacey Tadwell
33 y/o
Welkom in Canada
170 cm
dyrektor finansowa w northex industries
Awatar użytkownika
skupiona na pracy służbistka w otwartym związku, któremu nie potrafi poświęcić dostatecznie dużo uwagi, aby działał jak należy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Teraz nie wiedziała już, czy w ogóle kiedykolwiek go znała. Czy wiedziała o nim coś prawdziwego, czy może jednak opierała się wyłącznie na tym, co on sam próbował jej pokazać. Nie wiedziała też, jak mogła okazać się tak niebywale g ł u p i a. Była przecież osobą, która w życiu kierowała się przede wszystkim rozsądkiem, a jednak w tej relacji najwyraźniej zawiodła.
I być może nie powinna mieć o to do siebie pretensji właśnie teraz, kiedy wszystko nagle tak bardzo się skomplikowało, ale niczego nie była w stanie poradzić na to, że jedynie o tym była teraz w stanie myśleć. Nie umiała też tak po prostu mu współczuć, kiedy była nim tak szalenie rozczarowana.
Co więcej, miała wrażenie, że Devon kompletnie nie dostrzegał tego, w jakiej sytuacji ją postawił. Nie był w stanie jej zrozumieć, bo najwyraźniej spoglądał na świat inaczej, niż widziała go ona. Przez to po raz pierwszy pomyślała, że może ich związek wcale nie miał sensu. Nie dlatego, że czegokolwiek się bała, ale raczej przez to, że zupełnie nie znała osoby, z którą od pewnego czasu próbowała budować swoją codzienność.
Zaserwowała mu wymowną minę, kiedy przyznał przynajmniej, że był przeogromnym idiotą. Przynajmniej w tej kwestii się ze sobą zgadzali, ponieważ cała reszta znajdowała się obecnie pod ogromnym znakiem zapytania. Co więcej, z każdą kolejną sekundą coraz bardziej narastała w niej złość.
Nic dziwnego, że w końcu nie wytrzymała.
Czy ty się, kurwa, słyszysz? — podniosła głos, kompletnie zapominając o tym, iż była już tak późna godzina, iż wydzieranie się w ten sposób najpewniej nie byłoby zbyt dobrze widziane pośród sąsiadów. Prawdę powiedziawszy nie byłoby dobrze widziane nawet o każdej innej porze, ponieważ osiedle miało swoją renomę, jednak najwyraźniej zupełnie niepotrzebnie, skoro jego mieszkańcy pakowali się w tak idiotyczne tarapaty. — Widzisz w ogóle różnicę między czuciem się bezpiecznie a byciem bezpiecznym? Co z tego, że się tak czułam, skoro najwyraźniej nie przeszkadzało ci pakowanie nas w kłopoty, dopóki wszystko wyglądało pięknie — prychnęła, nie będąc w stanie pojąć, jak w ogóle mógł usprawiedliwiać się w tak bezsensowny sposób.
Gdyby tego było mało, na tym najwyraźniej nie miał zamiaru poprzestać, dlatego już chwilę później Lacey spojrzała na niego ze szczerym niedowierzaniem. — Mam gdzieś to, jak twoim zdaniem miało się to potoczyć, Devon. W cokolwiek się wpakowałeś, zrobiłeś to ś w i a d o m i e, więc nie udawaj kretyna, który nie wiedział, jakie mogą być konsekwencje. Ja się na to nie pisałam, więc nie licz na to, że posłusznie tam z tobą zostanę. Będę dzisiaj spała w biurze, a ty… Rób cokolwiek, na co masz tylko ochotę — uniosła obie dłonie ku górze w geście, który sugerować miał, że było jej to zupełnie obojętne. Nie było, przynajmniej nie tak do końca, ale nie zamierzała mu się podporządkować. Nie była taka.
Mimo to tę jedną prośbę zamierzała spełnić. Poszła po apteczkę i nie zwlekała nawet szczególnie z tym, aby mu ją dostarczyć. Rzuciła ją na kanapę tuż obok niego, a później przez krótką chwilę lustrowała go wzrokiem. — Możesz zrobić to w drodze? — zapytała, chwilę później zaciskając usta w wąską linię. Nie chciała ryzykować, że kolejny moment zwłoki zaprowadzi go na skraj wytrzymałości.

Devon Koncecny
Magda
unikam wątków nierozwijających relacji oraz opisów przemocy na tle seksualnym i przemocy nad zwierzętami
ODPOWIEDZ

Wróć do „#12”