Ich codzienność była zlepkiem różnych emocji — presji, stresu, ale też pewnego poczucia bezpieczeństwa. Stabilna przyszłość była ich stałym punktem odniesienia i Blair czasami nie zwracała uwagi, jak czas szybko leciał. Najczęściej uświadamiała sobie to, gdy nadchodziły długo wyczekiwane projekty, albo gdy pojawiały się pytania o datę ich ślubu. Codzienność pochłaniała ją bez żadnego problemu, a ona odnajdywała się w niej jak ryba w wodzie, bo właśnie tak została wychowana; lecz każdego czasami może złapać chwila zwątpienia. Ułożone pod linijkę życie sprawiało, że rozterki mieli nawet ci, którzy na ogół zmartwień mieć nie powinni.
I gdy puste luki kalendarza zaczynały się pokrywać bez zaplanowania wcześniejszego urlopu, to Mayfield lubiła się odłączyć i poczuć, że żyje tu i teraz. Co prawda, na tyle, na ile mogła sobie na to pozwolić; w dalszym ciągu pilnując się, bo na największy luz i tak mogła pozwolić sobie dopiero wieczorem, w ich mieszkaniu, gdzie żaden potencjalny kontrahent ich nie dojrzy, a któryś z ojców nie wywróci oczami, że byli zbyt mało profesjonalni.
— Jedyne veto, jakie się liczy — zaśmiała się. W końcu to z Charliem najczęściej nie dyskutowała, jeśli chodziło o jakiekolwiek plany grafikowe. Doceniała wspólne momenty i najzwyczajniej w świecie cieszyła się, kiedy mogli spędzić wspólną chwilę. Największe spory miała ze swoim ojcem, który wrzucał jej do kalendarza spotkania, których nie zatwierdziła (tak jak dzisiaj), a także z asystentką, z którą rozmawiała milej, czasami bardziej na stopie koleżeńskiej, zwłaszcza jeśli dawała jej zadanie bojowe, jak napisanie grzecznościowego, ale jednocześnie niezręcznego maila o przeniesienie spotkania na inny dzień, bo wypadały jej inne — w jej mniemaniu ważniejsze — plany. Nikogo nie dziwiło to, że ważniejsze było dla niej dopilnowanie projektu, zażegnanie kryzysu na budowie lub skontrolowanie, czy zespół projektowy nie zrobił błędu w planach w najważniejszych inwestycjach. To były odpowiedzialności, których nikt za nią nie wykona, a na przetargu czy spotkaniu zarządu jej ojciec gadał bez najmniejszego problemu. Jedyne co, to rzuciłaby wszystko i ruszyłaby na ratowanie wizerunku firmy, wiedząc, że zrobi to bardziej dyplomatycznie, a jednocześnie naturalnie lekko i konkretnie.
Była lojalna swoim wartościom, lecz chwile wątpliwości nawiedzały ją razem ze wzrastającym wiekiem. Nie zmienia to jednak fakt, że rodzina była dla niej na pierwszym miejscu. Nawet jeśli czasami zastanawiała się, czy słowa
rodzina i
biznes powinny mieć tak silne korelacje, to nadal miała świadomość, że oni tak właśnie działali. Została wychowana, żeby przedłużyć życie dziedzictwu, które zbudował jej dziadek. Nie poddawała tego większym interpretacją, nawet jeśli od czasu do czas pojawiał się znak zapytania nad jej głową. Nawet jeśli czasami westchnęła, to tym samym odpychała od siebie tę chwilę zagubienia, aby szybko wrócić do swoich zadań.
— Chciałabym powiedzieć, że to pewnie cecha pani prezes, ale to po prostu cecha Cherry. W końcu jest taka jaka była przed zajęciem stołka. — Wzruszyła lekko ramionem; znała Marshallów jak własną kieszeń, choć nie jest to raczej żadnym zaskoczeniem. Jedli piasek z tej samej piaskownicy, gdy opiekunki zabierały ich na spacery, uczyli się w tych samych szkołach, a finalnie obracali się w tym samym towarzystwie, będąc nie tylko życiowymi kompanami, ale także ważnymi partnerami biznesowymi. Ich rodziny były dla siebie bez wątpienia bardzo ważne, jednak to rodzeństwo było dla Blair najważniejszym elementem — zwłaszcza bliźniacy, bo bez nich nie potrafiła wyobrazić sobie swojego życia.
Dlatego też zmartwiła się, słysząc o wybryku najstarszej i w głowie przygotowywała sobie przemowę, jaką ją zaszczyci, gdy tylko z nią porozmawia; jednocześnie była przejęta, czy
na pewno było wszystko w porządku. W końcu z facetami było różnie, mogło im się wydawać, a czasami nie dopatrywali się szczegółów.
— Koniecznie muszę do niej dzisiaj zadzwonić — odpowiedziała, zapisując sobie to w głowie jako priorytet na dzisiejszy wieczór. Była to sprawa, która nie mogła zaczekać nawet do jutra.
Posłała mu nieco szerszy uśmiech, gdy zaczął się jej przyglądać, zadowolona z uwagi, jaką dostała — nawet bez zbędnych słów. Kątem oka widziała zbierającego się ku nich kelnera, więc rzuciła jeszcze raz okiem na kartę, z opcji które jej pasowały, postanowiła wybrać Ravioli Ricotta e Limone, licząc na nieco orzeźwiający smak, który odciągnie od niej zimę, do której przyszło im wczoraj wrócić. Zamówili swoje dania i zaraz przeniosła spojrzenie na Charlsa, nawiązując z nim kontakt wzrokowy. Przeciągłe spojrzenie sprawiła, że westchnęła cicho; obydwoje nie lubili tego tematu, nie lubili związanej z nim presji i Blair na pewno nie lubiła dyktowania warunków — w końcu ona to zazwyczaj robiła. Mayfield uwielbiała kontrolować sytuację i gdy ktoś, kto nie był jej narzeczonym, próbował nią kierować, od razu czuła spięcie w całym ciele.
— Cóż, mam podobnie — zaczęła, patrząc na niego z lekkim niepokojem.
— Jednak dzisiaj wpadłam w pułapkę. Nie tylko twojej mamy, ale również swojej — dodała, przerywając na chwilę, gdy kelner podszedł do stolika. Chciałaby z kompletną swobodą celebrować samo otwieranie wina, a także późniejszą jego degustację, jednak zaczęła niewygodny temat i musiała mierzyć się z tym, że napięcie narastało. Spojrzała uważniej na Marshalla, przyglądając mu się przez krótką chwilę i wiedząc, że spokój był tylko dobrze wyćwiczoną maską. Gdy kelner odszedł, wzięła łyka wina, zbierając się na kontynuację, choć przed tym usłyszała pytanie. Pokiwała delikatnie głową, odkładając kieliszek na stół i przenosząc wzrok ze szkła na Charliego.
— Tak, były razem na śniadaniu, więc miałam cudowną przyjemność rozmawiać z nim obydwiema na raz. Jeśli byłyby jakiekolwiek zawody w przebodźcowywaniu ludzi zaraz po urlopie, trzeba je wysłać. Są okropne — stwierdziła, nie owijając w bawełnę. Każdy chciał znać datę ich ślubu, ich rodzicielki chciały już się ekscytować i każdemu rozpowiadać, bo póki co pozostawały w zawieszeniu bez żadnych szczegółów.
— W każdym razie, doszły do wniosku, że skoro ciężko jest nam zdecydować się na datę, to w weekend zabierają mnie do salonu sukien ślubnych, bo może jeśli poczuję “ślubną atmosferę” to może i ciebie popchnę do działania — dodała, zakreślając cudzysłów w powietrzu.
— Skłamałam, że jestem umówiona z twoimi siostrami na tego typu rzeczy, więc pojadę z nimi. Przysięgam ci, że jeśli mają jakiekolwiek plany na ten weekend to je uprowadzę — rzuciła pół-żartem, choć była skłonna błagać je na kolanach, bo ostatnie o czym myślała, to spędzenie kilku godzin ze swoją matką i przyszłą teściową, które mogą mieć inne zdanie na temat sukienki, w której powinna się pojawić. Była przekonana, że do soboty przedstawiłyby jej prezentację, w czym
ich zdaniem, wyglądałaby dobrze.
— Musimy się… rozejrzeć za szczegółami. — Choć rozejrzenie się, to było zdecydowanie za lekkie słowo. Musieli przysiąść i coś ustalić, żeby mieć konkretniejszą odpowiedź na następny atak ze strony rodziców.
Charlie Marshall