-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Nikt nie powiedział, że powrót z urlopu będzie łatwy. Zwłaszcza jeśli przez dobry tydzień wygrzewało się cztery litery na gorącej plaży, zajadając się różnymi rodzajami mango i popijając to orzeźwiającymi drinkami. Toronto nie było łaskawe i nie dość, że przywitało ich minusową temperaturą, to również niewielką warstwą śniegu, na widok której Blair nie potrafiła ukryć swojego rozczarowania. Zima zdecydowanie była jej najmniej ulubioną porą roku i po przyjeździe postanowiła zacząć odliczać do rozpoczęcia chociażby astronomicznej wiosny. Już nie nastawiała się na szybkie rozpoczęcie lata, bo przed sobą miała jeszcze przeżycie całego stycznia, który zawsze ciągnął się, jakby przynajmniej trwał pół roku.
Po przyjeździe rozpakowała wszystko co mogła, bo wiedziała, że żadne z nich nie będzie mieć od dnia następnego czasu na takie pierdoły. Jak się okazało, już nawet tego wieczora obowiązki wzywały — Charlie pojechał ratować siostrę, ona dostała piękne kwiaty i… finalnie zasnęła jak dziecko, kompletnie nieoczekiwanie, z zapalonym światłem i tylko brakowało odtwarzającego się w kółko tiktoka na telefonie. Całe szczęście, znalazła resztki siły, aby odłożyć go na szafkę nocną i przekręcić się na drugi bok, aby słodko spać do białego rana. I tu pojawiał się problem, bo powinna obudzić się zdecydowanie szybciej, skoro miała pojawić się w firmie wcześniej niż zazwyczaj. Słyszała jak jej narzeczony wstał, szykując się na poranny jogging, a mimo to postanowiła dać sobie dodatkowe piętnaście minut snu, które w rzeczywistości przeciągnęło się do pół godziny, przez co wyleciała z łóżka jak poparzona. Przygotowywanie się było istną walką z czasem, a musiała dzisiaj wyglądać naprawdę dobrze — zupełnie tak, jakby wcale nie zaspała i jakby zdążyła wypić swoją poranną kawę. Na dzień dobry czekało ją szybkie przeanalizowanie raportów, spotkanie zarządu po jej nieobecności i akurat dzisiaj miała brać udział w spotkaniu przetargowym, które musiało zakończyć się sukcesem. Nie traciła czasu nawet w drodze; zrezygnowała z samodzielnej jazdy samochodem tylko i wyłącznie dlatego, żeby przejrzeć meile, które zazwyczaj były jej częściową prasą podczas porannej kawusi. W tym przypadku, ani nie było kawusi, ani odczytanych meili, ani nawet nie wiedziała, co dzieje się branży. Czy może nagle się okaże, że nie ma gdzie wracać, bo podczas jej nieobecności wszystko upadło? Nie żałowała, że przez ten tydzień kompletnie odcięła się od obowiązków, bo realnie odpoczęła. Błogo wspominała ten czas, choć teraz czuła uciskający stres na jej żołądek (a może było to felerne mango?), bo nie tak zaplanowała sobie dzisiejszy poranek. W drodze do firmy wysłała też Charliemu wiadomość, że zaspała, więc wyleciała już do pracy, życząc mu przy okazji udanego dania.
Do trzynastej chodziła nie w humorze, bo nawet nie miała czasu, aby wypić kawę. Była to co najmniej tragedia i wiedział to każdy, kto widział, ile piła jej na co dzień. Głowa parowała jej od wszystkich informacji, nadal niedokończonego przetargu i jednej głównej myśli — że w tym momencie, dałaby się zabić za kawę z jej ulubionej kawiarni.
I wtedy dojrzała jego — jej księcia na białym koniu, a dokładniej z białym papierowym kubkiem w ręce, z kawą, o której fantazjowała przez ostatnie dziesięć minut. Pokerową minę zastąpił łagodny uśmiech, ale krył się w nim również cień ulgi. I to nie tylko przez widok kawy, co to to nie! Choć był to niepodważalnie miły dodatek, to jednak widok bliskiej osoby sprawił, że choć na chwilę z barków Blair zleciał cały ciężar, który nosiła od rana. — Aż mi serce szybciej zaczęło bić — rzuciła z rozbawieniem, podchodząc bliżej Marshalla. — Nie spodziewałam się ciebie tutaj, ale naprawdę cieszę się, że cię widzę — westchnęła nieco ciszej, kątem oka zerkając za siebie, ale z ulgą zaobserwowała, że od sali konferencyjnej nie przypałętał się za nią żaden ogon. Nareszcie chwila spokoju.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Od ósmej siedział już w swoim gabinecie w Northland Power, robiąc to, co potrafił najlepiej: przekuwając chaos w tabelki. Jako wiceprezes spędził poranek na „rzeczach wiceprezesowych” - podpisał trzy kontrakty, które Cherry prawdopodobnie zgubiłaby na biurku, odbył sztywną wideokonferencję z Londynem i zganił dział marketingu za zbyt „mało prestiżową” czcionkę w nowym raporcie. Jednak gdy wybiła trzynasta, poczuł, że szklane ściany biurowca zaczynają go dusić. Wizja samotnego lunchu nad sałatką była równie ekscytująca co czytanie regulaminu giełdy, dlatego podjął szybką, strategiczną decyzję.
Pojawił się w biurze panny-jeszcze-Mayfield dokładnie wtedy, gdy najbardziej go potrzebowała. Wyglądał nienagannie - ciemny, wełniany płaszcz i idealnie zawiązany szalik dodawały mu powagi, ale gdy tylko ją dostrzegł, jego wyraz twarzy natychmiast złagodniał. Zrobił krok w jej stronę, ignorując biurowy dystans, i nachylił się, by złożyć krótki, miękki pocałunek na jej policzku. Pachniała spokojem, którego tak bardzo mu brakowało od momentu wylądowania w Toronto.
- Dzień dobry, uciekinierko - mruknął cicho blisko jej ucha, zanim wyprostował się i podał jej kubek. - Twoje serce bije szybciej na widok kofeiny czy narzeczonego? Bo jeśli to pierwsze, będę musiał poważnie porozmawiać z baristą o tym, że próbuje skraść moją rolę.
Przyjrzał się z lekkim uśmiechem na ustach. Wyglądała ślicznie, jak zwykle. Poprawił mankiet koszuli i spojrzał na nią pytająco, tym razem z błyskiem w oku, który sugerował, że nie przyjmie odmowy.
- Słyszałem o przetargu. Oboje wiemy, że zmieciesz konkurencję z planszy, zanim zdążą otworzyć teczki z ofertami - zaczął, opierając się o krzesło. - Ale nikt nie wygrywa wojen na pusty żołądek, zwłaszcza po poranku, który najwyraźniej próbował cię pokonać. Zrobiłem ci kawowy desant, ale moją prawdziwą misją jest wyciągnięcie cię stąd na... - zawiesił głos i zerknął na zegarek. - ... co najmniej godzinę. Świat się nie zawali, jeśli konkurenci poczekają dziesięć minut dłużej, a ja nie zamierzam jeść lunchu w towarzystwie własnych myśli o fuzjach i mango.
Zrobił pauzę, zawieszając na niej wzrok z tą swoją specyficzną, pewną siebie miną.
- Więc nie daj się prosić, Blair. Stolik już czeka, a ja mam zamiar przez najbliższą godzinę nie słyszeć o Northland Power, spięciach w zarządzie ani o tym, co jeszcze planują nabroić moje siostry. Tylko ty, ja i przyzwoite jedzenie. Idziesz?
Nie czekając na formalną zgodę, bo w głębi duszy wiedział, że Blair potrzebuje tej przerwy tak samo jak on, Charlie cofnął się o krok i wskazał dłonią w stronę wyjścia z jej biura. Uniósł nieznacznie brwi, czekając, aż narzeczona odłoży raporty i pozwoli mu przejąć stery nad resztą tego popołudnia.
Blair Mayfield
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Uśmiechnęła się lekko, czując krótkiego buziaka i takie momenty sprawiały, że jej serce przyspieszało swoje tempo. I to niekoniecznie widok kawy tak na nią działał, w tym przypadku jej narzeczony robił dobrą robotę, bo same małe gesty czy ciche słowa do ucha sprawiały, że miękła. — Cześć, bohaterze — odpowiedziała mu, odbierając od niego kubek i od razu biorąc z niego łyka. Przymknęła oczy, czując cudowny smak jeszcze nieco ciepłej kawy. — W takim razie, może nie powinnam odpowiadać. To naprawdę dobry barista — stwierdziła z niewinnym uśmiechem i posłała mu w powietrzu buziaka.
Odłożyła na biurko teczkę z dokumentami i po jednym spojrzeniu wiedziała, że jego wzrok kryje pod sobą jakiś podstęp. Oparła się o krawędź swojego biurka, w spokoju wysłuchała go i delektując się napojem, pokiwała głową. Miał rację, świat się nie zawali, ale… — Myśli o mango raczej nie są takie złe — rzuciła z rozbawieniem, na sekundę przypominając sobie Hawaje i błogi czas z ostatniego tygodnia, lecz nie mogła zawędrować do swoich myśli na zbyt długo. Rzeczywistość na nią czekała, wręcz tupała nogą, a ona właśnie dostała przepustkę, żeby uciec stąd chociaż na godzinę. Aż na godzinę. — Namówiłeś, choć nie wiem czy to nie jest kwestia tego, że nie umiem ci odmówić. — Pokiwała głową z rozbawieniem, odkładając kubek na biurko i podchodząc do niego, zarzuciła mu luźno ręce na ramiona. Splotła swoje dłonie za jego karkiem, a jej mina jasno sugerowała, że obmyślała właśnie plan idealny, oczywiście że odklejony od panującej rzeczywistości. — Możesz też upozorować moje porwanie i oddać mnie dopiero jutro. Nieco dramaturgii, może ktoś się przejmie… a mi bardzooo nie chce się dziś tu być — zaproponowała ze słodką miną, choć odpowiedź była jasna; i ona, i on mieli obowiązki, z których musieli się wywiązać. Co prawda, przetarg odbędzie się i bez jej obecności, choć zdecydowanie zmniejszyłyby się szanse powodzenia. Mimo, że zazwyczaj w nich nie uczestniczy, teraz zażyczyli sobie jej obecności. A czego nie zrobi się dla wielomilionowej inwestycji?
— Tylko będę potrzebowała poruszenia jednego z zakazanych tematów, bo bardzo interesuje mnie, co nabroiły wczoraj twoje siostry. — Ani z jedną, ani z drugą jeszcze nie rozmawiała od ich przyjazdu. Wieczorem będzie musiała zadzwonić do Charity na ploteczki, bo nieco stęskniła się za swoją przyjaciółką przez ten tydzień. Zjechała dłońmi na jego ramiona i lekko strzepała jednego małego paproszka; uroki wełny i jej przyczepności. — I oczywiście, że idę — odpowiedziała, cofając się do swojego biurka, żeby zgarnąć z niego telefon i kawę. Kierując się do windy, szybko napisała swojej asystentce, że wychodzi z narzeczonym na obiad, między słowami sugerując, że mają truć jej tyłek tylko w momentach, kiedy firma stanie w płomieniach. Work life balance, czy coś w tym stylu, a przynajmniej utrzyma te pozory podczas pierwszego tygodnia po powrocie z wakacji. — Gdzie mnie zabierasz? — zapytała, odbierając swój płaszcz i szal, którym obwiązała się odpowiednio, aby nieco przykryć sobie nim również głowę.
Charlie Marshall
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- Ostrożnie, kochanie. Może i ten barista robi niezłą kawę, ale wątpię, żeby potrafił zorganizować ci ucieczkę z biura z taką gracją jak ja - mruknął z rozbawieniem, przepuszczając ją przodem w drzwiach i prowadząc w stronę parkingu podziemnego, gdzie zaparkował swoje porsche. Wyjątkowo pojawił się tu dziś sam - bez cienia w postaci osobistego asystenta i bez kierowcy, który zazwyczaj czekał z włączonym silnikiem. W sterylnym, chłodnym świetle parkingu, dźwięk jego kroków i szum klimatyzacji wydawały się jedynymi barierami oddzielającymi ich od reszty świata. Pilotem otworzył drzwi samochodu, a echo kliknięcia zamków odbiło się od betonowych ścian.
Możesz też upozorować moje porwanie i oddać mnie dopiero jutro. Nieco dramaturgii, może ktoś się przejmie… a mi bardzooo nie chce się dziś tu być. Charles zaśmiał się cicho, a ten dźwięk - głęboki i szczery - był jednym z niewielu, których nie musiał ćwiczyć przed lustrem.
- Kusząca oferta, naprawdę. Myślę, że okupem mogłyby być kolejne dwa tygodnie na Hawajach, ale obawiam się, że twój zarząd mógłby nie docenić mojej wizji - odparł. - Muszę przyznać, że perspektywa przetrzymania cię jako zakładniczki aż do jutra jest o wiele bardziej atrakcyjna niż jakikolwiek przetarg, w którym przyjdzie mi dziś uczestniczyć.
Swoją drogą, doskonale wiedział, co czuła. Sam żył w kleszczach oczekiwań i wielkich liczb, więc świadomość, że Blair musiała być obecna na spotkaniu przetargowym tylko dlatego, że inwestorzy zażyczyli sobie jej twarzy jako gwarancji sukcesu, budziła w nim solidarną irytację. Otworzył jej drzwi pasażera, czekając, aż wsiądzie, zanim sam obszedł samochód.
- Zrobię wszystko, żebyś przez tę najbliższą godzinę zapomniała, że w ogóle masz nazwisko. Przez sześćdziesiąt minut będziesz po prostu kobietą, która uciekła z biura z bardzo zdeterminowanym mężczyzną. A co do moich sióstr... - zaczął, odpalając silnik, który mruknął basowo pod maską. - Zakazane tematy to moja specjalność, a to, co wczoraj wymyśliły Cora i Charity, zdecydowanie zasługuje na miano kryminału. Powiem tylko tyle: apartament Charity przeżył rzeź fryzjerską.
Wyjechał z parkingu podziemnego, a mruk silnika porsche płynnie wtopił się w popołudniowy rytm Toronto. Charles prowadził pewnie, z tą samą swobodną precyzją, z jaką zarządzał funduszami, ale dziś jego uwaga nie była skupiona na giełdowych wykresach. Gdy tylko wyjechali na prostą, zdjął prawą dłoń z kierownicy i oparł ją na kolanie Blair. Ten gest był naturalny, wręcz odruchowy – deklaracja, że mimo całego tego szklanego świata wokół nich, ona pozostaje jego jedynym stałym punktem odniesienia.
- Zabieram cię do tej nowej włoskiej restauracji, o której wszyscy mówią, ale mało kto ma odwagę tam wejść bez rezerwacji z miesięcznym wyprzedzeniem. Mają tam piwniczkę z winami, która zawstydziłaby niejedno muzeum, i kuchnię, która sprawi, że na godzinę zapomnisz o istnieniu Mayfield Architects i Northland Power - powiedział cicho, nie zabierając dłoni z jej nogi. Kciukiem leniwie zatoczył małe koło na materiale jej ubrania, czując pod palcami delikatny splot wełny. Zerknął na nią przez moment, a w jego spojrzeniu tliło się coś na kształt dumy. Uwielbiał ją adorować, uwielbiał pokazywać jej, że zasługuje na wszystko, co najlepsze, zwłaszcza gdy świat dociskał ją do muru swoimi wymaganiami. Lubił ją rozpieszczać. Ścisnął delikatnie jej kolano, gdy stanęli na światłach. - A wracając na chwilę do wczorajszego wieczoru... Zostałem przegłosowany przez zwęglonego kebaba i wizję nowej fryzury dla Cherry, wyobrazisz sobie?
Poczekał, aż światło zmieni się na zielone, i płynnie ruszył naprzód, czując, jak napięcie ostatnich godzin powoli z niego schodzi. Bycie samemu, bez asystenta sprawdzającego zegarek za jego plecami i bez kierowcy obserwującego ich w lusterku, było luksusem, na który rzadko sobie pozwalał, ale Blair Mayfield była warta każdego złamania rutyny.
Blair Mayfield
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
— W tym zdecydowanie nie masz sobie równych. Balans w przyrodzie został zachowany — zaśmiała się cicho, kierując się ku samochodu mężczyzny. Brak kierowcy uświadomił jej szczegół, na który wcześniej nie zwróciła uwagi, że mieli tę przyjemność bycia sam na sam i to jeszcze w środku dnia. Bez żadnych osób trzecich, które swoim spojrzeniem wywierałoby niepotrzebną presję. Z jednej strony było to kompletnie niespotykane, nawet wręcz dziwne, a z drugiej może powinni wprowadzić to jako swoją rutynę od powrotu z urlopu. Nie zawsze będą mieć okazję na tego typu reset w ciągu dnia, jednak wygospodarowanie takiego czasu mogło naprawdę dobrze wpłynąć na ich samopoczucie.
— Myślę, że ani mój, ani twój zarząd nie byłby z tego faktu szczęśliwy. Na przyszłość pamiętaj, że ja bardzo doceniam i wspieram twoje wizje, a jednak jakąś tam przewagę posiadam — stwierdziła rozbawiona. Nikt nie byłby szczęśliwy, gdyby znowu zniknęłoby im się na kolejnych kilka długich dni; i nawet jeśli nie byli ludźmi niezastąpionymi, bo obydwie firmy posiadały swoich prezesów, to jednak nie zmienia to faktu, że kalendarz pękał w szwach w zaplanowanych spotkaniach i deadline’ach. — Prawda, że jest to kuszące? Masz jeszcze godzinę, żeby jednak się zdecydować.
Był to plan z korzyścią dla ich dwójki, ponieważ wtedy żadne z nich nie będzie musiało wytężać umysłu nad liczbami, statystykami czy planami. Wszelkie raporty, umowy i zagłębiania się w fundusze, były dla Blair tą uciążliwą częścią pracy. Żartobliwie mówiła o tym jako o piętnie, które spadło na nią z racji bycia kolejną w linii dziedziczenia rodzinnej firmy. Musiała to wszystko umieć, aby nie doprowadzić przedsiębiorstwa na dno, lecz przede wszystkim, była architektem i starała się o tym nie zapominać, nawet jeśli na tym etapie mogłaby zrezygnować z przyjmowania projektów i skupić się na rzeczach wiceprezesowych. Zostawiała sobie tę przyjemność i wybierała zlecenia, które chciała — czasami lekkie i łatwe, a czasami długofalowe, ale prestiżowe i takie też najbardziej lubiła realizować.
Zajęła miejsce w aucie i nawet jeśli bardzo lubiła kierować samochodem, to bycie passenger princess u boku swojego narzeczonego lubiła jeszcze bardziej. Ciepło rozlewało się jej po sercu, gdy słyszała jego zaangażowanie w to porwanie i nawet nie śmiała zaprotestować, myślami starając się całkiem odciąć od tego, co czeka ją za nieco ponad godzinę.
— Rzeź fryzjerską? Nie jestem w stanie stwierdzić, która jest gorszym wyborem, jeśli chodzi o posiadanie nożyczek w swojej ręce — parsknęła, bo obydwie zdecydowanie… mogłyby zaskoczyć. Cora swoim awangardowym podejściem do tematu, a Cherry dzierżąca nożyczki musiała budzić większy respekt. — Chyba że to ty zamieniłeś się wczoraj we fryzjera? Zmieniasz branżę i nawet się nie pochwaliłeś? — zażartowała; świat musiałby się zawalić, żeby mężczyzna odszedł od swojej pracy, jednak myśl o Charlim jako o fryzjerze nieco bardziej ją rozbawiła, kompletnie nie umiała sobie tego wyobrazić.
Ciepło jego dłoni sprawiało, że przeszedł przez nią prąd uspokojenia — a może to jakieś zbłądzone motyle fruwały jeszcze po jej brzuchu? Ten gest, choć standardowy, zawsze ją wyciszał; jakby za jednym dotknięciem Charles potrafił wyłączyć w niej te wszystkie ostrzegawcze guziki, które paliły się soczystą czerwienią w jej umyśle. Oparła swobodniej głowę na zagłówku i obróciła się nieco bardziej w stronę mężczyzny, żeby bez skrępowania przyjrzeć mu się intensywnym, ale ufnym spojrzeniem niebieskich tęczówek. Przystojny jak zwykle… Jeszcze wyglądał na wypoczętego i Blair w duchu miała nadzieję, że taki stan rzeczy utrzyma się jak najdłużej. Nie lubiła oglądać go w stresie lub zmartwieniu, wtedy najchętniej zabrałaby od niego wszystkie złe emocje i kotłujące myśli, żeby dać mu choć chwilę oddechu w trakcie intensywnego czasu.
— Już zapomniałam. Co to takiego? — zapytała z oscarową rolą udając, że nie zna ani jednej, ani drugiej firmy. — Nie mogę się doczekać, praktycznie z tygodnia na tydzień jest o niej coraz głośniej. Naprawdę cieszy się sporą popularnością, więc mam nadzieję, że nie będzie przehypowana. — W końcu też tak bywało; czasami dobre restauracje szybko traciły na swojej jakości, bo sława i wymagania je stopniowo zjadały. Stojąc na światłach, nawiązali kontakt wzrokowy i Blair od razu posłała mu łagodny uśmiech. Korzystając z okazji, że przez kilka sekund miała sto procent jego uwagi, uniosła rękę, aby wierzchem dłoni przejechać lekko po jego policzku. — Mam nadzieję, że ty również nie odbiegasz gdzieś z tyłu głowy myślami, co w pierwszej kolejności będziesz musiał zrobić za godzinę. Ty też potrzebujesz się od tego odciąć, zdeterminowany mężczyzno, porywający narzeczoną. Dobrze, że swoją — zażartowała niewinnie, nie mając nic większego na myśli. Bardziej wspominała jego wcześniejsze słowa i fakt, że nie tylko ona była teraz tylko Blair — on również był w tym momencie tylko Charliem, nawet nie Charlesem. — Niech zgadnę, Corze wleciała gastrofaza? — zagadnęła ze śmiechem. — Swoją drogą, co do licha odwaliła Cherry, że chciała podciąć swoje włosy i to na dodatek, posługując się waszymi umiejętnościami, a nie zapisując się do fryzjera? — kontynuowała, na ten moment nie zdając sobie sprawy, że nie mówili tutaj o zwykłym podcięciu końcówek, ale o całkiem drastycznej zmianie i mocnym skróceniu pięknych, długich włosów Charity.
Charlie Marshall
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- Wpisz to do grafiku jako „reset systemowy”. Obecność obowiązkowa - mruknął, uciekając myślami od tego wewnętrznego konfliktu. Nie odrywał wzroku od drogi, choć kącik jego ust uniósł się nieznacznie w odpowiedzi na jej słowa. Czuł, jak napięcie w jego ramionach puszcza, gdy tylko wjechali w mniej zatłoczoną uliczkę. Przez chwilę po prostu milczał, ciesząc się zapachem jej perfum i rytmicznym mrukiem silnika. To była ta rzadka chwila, w której nie musiał niczego audytować ani nikogo instruować. Zatrzymał się przed wejściem do restauracji i zanim oddał kluczyki obsłudze, odwrócił się do Blair, gładząc kciukiem materiał na jej nodze. Dobrze wiedział, że Blair, mimo narzekań na biurokrację, miała w sobie ten sam gen odpowiedzialności co on. Nie mogli po prostu zniknąć, bo ich nazwiska były gwarancją stabilności dla setek ludzi, a to ważyło więcej niż jakakolwiek spontaniczna zachcianka.
- Kusisz, Blair. Naprawdę kusisz. Gdyby to zależało tylko od mojej chęci zysku, pewnie już byśmy wyjeżdżali z miasta - odparł, zwalniając przed skrzyżowaniem. - Ale oboje wiemy, że ta godzina resetu musi nam wystarczyć, żebyśmy jutro nie musieli czytać o kryzysie wizerunkowym naszych rodzin w porannej prasie.
Czuł, jak ta wymiana zdań na moment zagłusza jego wewnętrzne rozterki. Blair była idealnym partnerem do rozmów o biznesie - rozumiała ciężar nazwiska, rozumiała deadline'y i tę specyficzną samotność na szczycie. A jednak, gdy patrzył na jej profil, znów poczuł to ukłucie niewdzięczności, o które sam siebie oskarżał w myślach. Miała rację - nikt nie byłby szczęśliwy, gdyby zniknęli. Ale on, w głębi duszy, czasami marzył o tym, by ktoś po prostu zmusił go do tego, by przestał być rozsądny. Wysiadł z auta, a chłodne powietrze Toronto uderzyło go w twarz, przywracając mu na moment zawodową czujność. Obszedł samochód, by otworzyć jej drzwi, znów wchodząc w rolę nienagannego narzeczonego, którą tak bardzo starał się pielęgnować.
Prowadząc ją w stronę ciężkich, dębowych drzwi włoskiej restauracji, położył dłoń na dole jej pleców, wyczuwając pod palcami wysokiej jakości materiał jej płaszcza. To miejsce było świątynią nowoczesnej włoskiej kuchni - betonowe ściany, zielone rośliny, ciepłe światło i zapach trufli, który uderzał już od progu. Tutaj nie przychodziło się na zwykły posiłek. Tutaj przychodziło się zatwierdzać kontrakty albo - tak jak oni - celebrować status.
- Wierz mi, świat finansów jest o wiele bezpieczniejszy dla ludzkości niż ja w roli fryzjera. Moje jedyne doświadczenie z cięciem to cięcie kosztów, a wątpię, żeby Charity doceniła taką formę optymalizacji na swojej głowie - odparł z rozbawieniem, gdy mijali kłaniającego się managera sali. - To Cora cięła.
Poprowadził ją do stolika ukrytego w głębi sali, przy oknie wychodzącym na wewnętrzne patio z fontanną, z dala od ciekawskich uszu innych biznesmenów. Kiedy kelner odsunął dla niej krzesło, Charles usiadł naprzeciwko, na moment splatając swoje palce z jej dłonią na lnianym obrusie.
- Bardzo dobrze. Podoba mi się ta amnezja, kochanie - odparł z wyraźnym zadowoleniem, kątem oka zauważając kelnera, który położył przed nimi eleganckie menu, sztuk dwie. - Co do restauracji, możesz być spokojna. Zrobiłem mały research i kto jak kto, ale oni nie pozwolą sobie na bycie przereklamowanym. Szef kuchni ściąga mąkę i oliwę z własnego gospodarstwa w Toskanii.
Zaśmiał się krótko, słysząc jej niewinny żart o porywaniu „swojej” narzeczonej. Chociaż w jego głowie na ułamek sekundy mignęła myśl o tym dziwnym, podświadomym głodzie czegoś nieprzewidywalnego, szybko zdusił to uczucie, skupiając się na kojącym cieple jej dłoni na swoim policzku.
- Wierz mi, na porywanie innych po prostu szkoda mi czasu - skwitował. - I obiecuję, tryb determinacji zostaje w samochodzie. Przez najbliższe pięćdziesiąt minut nie będę wiceprezesem. Jestem Charliem, który ma zamiar sprawdzić, czy to Barolo faktycznie zasługuje na miano najlepszego w tym mieście. Żadnych myśli o tym, co za godzinę. Obiecuję.
Gdy padło pytanie o Charity, tylko ciężko westchnął, choć wciąż z lekkim, sarkastycznym rozbawieniem w głosie.
- Gastrofaza Cory to stan permanentny, ale to, co odwaliła Cherry, to zupełnie inny poziom abstrakcji... - zaczął, przeglądając menu. - Uwierzysz, jak ci powiem, że miała wypadek z fajerwerkami? Bo ja nie mogłem w to uwierzyć, dopóki tego nie zobaczyłem. Na co masz ochotę?
Utkwił wzrok w narzeczonej, a w jego spojrzeniu nie było już chłodu analityka tylko ta rzadka, miękka iskra, którą rezerwował wyłącznie dla niej - jakby chciał się upewnić, że pod tą całą warstwą luksusu i obowiązków, wciąż potrafią się nawzajem zaskakiwać najprostszymi wyborami. Właściwie to bezkarnie jej się teraz przeglądał - w sterylnym świetle restauracji jej twarz wydawała mu się jeszcze bardziej posągowa, a spokój, który od niej bił, był dokładnie tym, czego potrzebował po poranku spędzonym na gaszeniu pożarów. Naprawdę nie miał na co narzekać.
Blair Mayfield
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
— Zapomniałam, grafik. Musisz mnie jednak z powrotem odwieźć do pracy, nie mam na dzisiaj zaplanowanej żadnej przerwy lunchowej — zadrwiła, co często lubiła robić, jeśli chodziło o napięty harmonogram. Zawsze zastanawiała się, co by było, gdyby nie pojawiła się w pracy. Jakie konsekwencje zostałyby wobec niej wyciągnięte? Czy taki wybryk uszedłby jej na sucho, ponieważ była córką prezesa? Czy jej ojciec odsunąłby ją tymczasowo od firmy, dając częściowo wolność, o której zdarzało jej się rozmyślać? Miała wiele pytań bez odpowiedzi, choć zdroworozsądkowe myślenie podpowiadało jej, że ukaranie córki degradacją nie przyniosłoby żadnych korzyści, wręcz przeciwnie. Dodatkowo ona musiałaby stawać na rzęsach, żeby odzyskać swój szacunek. Dlatego lubiła czasami pomarzyć, że ucieka w ciągu dnia i wraca dopiero na drugi dzień — bez tłumaczenia się i świecenia oczami. Pozostawało to jednak w sferze marzeń, bo realia rozgrywały się w dorosłym życiu a nie podstawówce, więc jej decyzja mogła kosztować miliony, a nie tylko nie zdany sprawdzian z matematyki.
I nie tylko własne myśli ściągnęły ją na ziemię, bo słowa Marshalla były jej gwoździem do trumny.
— No tak. W końcu rodzina na pierwszym miejscu, prawda? — Była to wartość, którą wtykali im do głowy od małego, a gdy przychodziło co do czego, to poważnie się nad tym zastanawiała. Nie wyobrażała sobie ich stracić, nie kwestionowała też ich troski, lecz czasami miała wrażenie, że sprawy biznesowe stawały na równi z jej dobrem. Westchnęła głęboko, wypuszczając powoli powietrze z płuc i skupiła spojrzenie na mijanych budynkach, szybko to zaprzestając, aby nie zamyślić się niepotrzebnie.
Wejście do nowego miejsca było dla Mayfield jak najlepsza wycieczka krajoznawcza. Podziwiała je nie tylko pod kątem ociekającego prestiżu i wyglądu, które krzyczało samo za siebie, ale zwracała uwagę na najmniejsze szczegóły kwintesencji budynku — czyli tego, jak wyglądał, jak był rozmieszczony, ulokowany i czasami niekonwencjonalne rozwiązania. Może to zboczenie zawodowe, a może fakt, że szczerze ją to interesowało. I nawet nie dało się odczuć, kiedy potrafiła przeanalizować całe pomieszczenie, bo posiadała naprawdę dużą podzielność uwagi.
— Cóż, myślę że Charity ogoliłaby cię na łyso, gdybyś zastosował na niej jakąkolwiek sztuczkę z cięcia kosztów — stwierdziła rozbawiona, jednocześnie przyglądając się uważnie swojemu narzeczonemu, jakby próbowała wyobrazić go sobie łysego. Pokiwała głową na boki, bo było to wręcz absurdalne, choć radykalność przyjaciółki kompletnie by jej nie zdziwiła. — Wszystko jasne, czyli pewna część włosów została na jej głowie — odpowiedziała z ulgą, bo w końcu Cora miała nieco więcej… wyczucia niż jej brat analityk.
Uśmiechnęła się lekko, gdy złączył ich dłonie i zaraz skinieniem głowy podziękowała kelnerowi za przyniesione karty. — Swoim wnętrzem daje gwarancję, że nie może być źle. A skoro mówisz, że półprodukty są z Toskanii, to trzeba nieco bardziej krytycznie ocenić to miejsce — rzuciła, oczywiście pół-żartem, bo nie była krytykiem, aby komukolwiek psuć renomę. Jej zdanie kończyło się na tym, że jeśli nie będzie zadowolona z wizyty, to z pewnością nikomu nie poleci tego miejsca, ot żadnego palenia mostów. Nie zmienia to jednak faktu, że miała wysokie oczekiwania.
— Podoba mi się to podejście. Wtedy ja miałabym o jedno porwanie mniej, nie wiem jakbym to przeżyła — zaśmiała się cicho. — Najlepsze w mieście? Niemożliwe, zdecydowanie trzeba to sprawdzić. — Ta gwarancja dodawała jej lekkości, bo wolała właśnie takie momenty; kiedy nie musieli gnać do przodu i być idealnymi przełożonymi, nieskazitelnymi dziećmi. Ich wspólne spędzanie czasu przypominało jej, że przede wszystkim, byli przyjaciółmi i w zasadzie Blair już nie pamiętała, jak to jest nie mieć go w swoim życiu.
Spojrzała na niego zaciekawiona, gdy zaczął mówić o tym, co odwaliła Cherry. Z racji, że jej przyjaciółka miała ostatnio… intensywny czas, to nie powinno nic jej zdziwić. A jednak. — Wypadek z fajerwerkami? Nic jej się nie stało? Oprócz włosów — zapytała zmartwiona, marszcząc lekko brwi. Cięcie włosów to jedno i połączyła fakty, że z pewnością musiały one ucierpieć w tym incydencie, jednak nie od dzisiaj wiadomo, że takie zabawy często nie kończą się szczęśliwie. Spojrzała ponownie na swoją kartę, zastanawiając się, na co miała ochotę. Poczuła jego spojrzenie na sobie, przez co podniosła wzrok, posyłając mu najbardziej niewinny i słodki uśmiech, jaki mogła. — Podziwiasz, jaką piękną masz narzeczoną? — zapytała z rozbawieniem, opierając podbródek na ręce. Zaraz zerknęła na parę kilka stolików dalej i w jej głowie zaświeciła się lampka, jakby właśnie dostała powiadomienie. — Rozmawiałeś dzisiaj ze swoją matką? — zagadnęła, przypominając sobie, że oprócz spotkania przetargowego i przejrzeniu dwóch umów, odbyła rozmowę ze swoją rodzicielką i panią Marshall odnośnie tematu, który w tej rodzinie mógłby uchodzić za temat tabu, czyli ślubu.
Charlie Marshall
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- W takim razie nakładam veto na twój obecny grafik - zaśmiał się w odpowiedzi, posyłając jej ciepły uśmiech. Rozumiał ją bez słów. Oboje tkwili w tej samej złotej klatce obowiązków, dlatego potrafił docenić te rzadkie momenty, gdy luki w ich kalendarzach jakimś cudem nakładały się na siebie. Jednocześnie Charlie miał pełną świadomość własnej natury. Wiedział, że gdyby w tej chwili zostałby wezwany na nagłe posiedzenie zarządu, spotkanie z kluczowym klientem lub musiałby gasić kryzys wizerunkowy - po prostu by tam był. W całej swojej karierze zawodowej nie odpuścił ani jednego spotkania i nie zamierzał tego zmieniać dla nikogo. Czy był pracoholikiem? Bez wątpienia. Czy chciał to naprawić? Ani trochę. Praca nie była dla niego tylko zajęciem, była sensem jego życia.
No tak. W końcu rodzina na pierwszym miejscu, prawda? W jej głosie Charlie wyczuł nutę, której nie potrafił do końca zignorować. Gdy westchnęła i odwróciła wzrok, przyglądał się jej kilka sekund dłużej niż powinien. Czasem miał problem z odczytaniem jej emocji - jakby była bardzo skomplikowanym raportem, na który ktoś wylał kawę i zamazał kluczowe informacje. Zastanawiał się, co dzieje się w jej pięknej głowie w takich chwilach. Czy to możliwe, że nagle zaczęli nadawać na innych falach? Przecież zawsze sądził, że chcą dokładnie tego samego. Sukcesu, prestiżu i bezwzględnego dbania o rodzinną spuściznę - i właśnie na tym budowali swoją przyszłość. Myślał, że Blair doskonale rozumiała znaczenie słów “rodzina na pierwszym miejscu”. Wydawało mu się, że w ten sposób dbał nie tylko o swoich rodziców i rodzeństwo, ale także o nią. O nich oboje. Dlatego postanowił tego po prostu nie komentować. Nie chciał psuć ich pierwszego wspólnego lunchu od dawna - oczywiście, nie licząc wspólnego wyjazdu. Po prostu w zwykłe dni rzadko trafiała się taka okazja.
- Jedno muszę przyznać, Charity jest zdecydowanie mniej rozrzutna niż Cora - pokiwał głową, przy okazji gładząc dłoń Blair spoczywającą na dzielącym ich stole. Oparł się wygodniej o oparcie krzesła. - Moim zdaniem efekt finalny nie wyszedł aż tak beznadziejnie. Spotkajcie się, sama ocenisz.
Kolejny plus posiadania narzeczonej, która była wieloletnią przyjaciółką całej rodziny. Panna Mayfield nie była obcym elementem wśród wszystkich Marshallów - wręcz przeciwnie, wpasowała się jak puzzel. Zaprzyjaźniła się z jego siostrami, spotykała się na herbatę z jego matką, rozmawiała o biznesie z jego ojcem, była wychwalana przez wszystkie dalsze ciotki na każdym zjeździe rodzinnym... Charlie doceniał ten spokój. Nie musiał mediować w sporach ani wybierać stron, bo Blair nie tylko nie miała konfliktów z jego siostrami, ale nawet stanowiła wraz z nimi jeden, zwarty front.
Wypadek z fajerwerkami? Nic jej się nie stało? Oprócz włosów.
- Była w szpitalu, ale z tego co wiem, to nic poważnego, tylko kilka poparzeń - wyjaśnił, przeglądając menu. Jego wzrok padł na Risotto al Tartufo Bianco. Uwielbiał białe trufle. Podziwiasz, jaką piękną masz narzeczoną? Uwielbiał też Blair. Jego spojrzenie powoli prześlizgnęło się po jej rysach, od idealnie podkreślonych ust po delikatnie pomalowane oczy. W tej chwili, gdy tak siedzieli naprzeciwko siebie w restauracji, Blair wyglądała jak najcenniejszy z jego sukcesów. Czuł rozpierającą pierś dumę, że to właśnie ona siedzi naprzeciwko niego, a pierścionek zaręczynowy na jej palcu był obietnicą, że tak już pozostanie. A skoro już znaleźliśmy się przy tym temacie...
Rozmawiałeś dzisiaj ze swoją matką? Pierścionek zaręczynowy. Marsz weselny. Ślub. Charlie powoli wypuścił powietrze z płuc. Oboje wiedzieli, że temat ich małżeństwa stał się dla ich rodzin niemal mitycznym wydarzeniem, o którym wszyscy mówili, a które oni sami wciąż spychali na margines kalendarza. Odkładali to tak długo, że „ślub” stał się kolejnym punktem w agendzie, który z miesiąca na miesiąc otrzymywał status: do uzgodnienia. Już miał odpowiedzieć, gdy na horyzoncie pojawił się kelner. Blair zamówiła pierwsza, a chwilę po niej Charlie - Risotto al Tartufo Bianco oraz cała butelka Barolo, mimo że każde z nich wypije zapewne zaledwie pół kieliszka. Gdy kelner zabrał karty i zniknął za drzwiami prowadzącymi do kuchni, posłał Blair przeciągłe spojrzenie.
- Dzwoniła, ale nie odebrałem - zaczął, po czym westchnął. - Ostatnio dzwoni tylko w jednej sprawie, a nie wiedziałem, jakiej wymówki użyć tym razem. A ty z nią rozmawiałaś?
W tym czasie kelner zdążył wrócić do ich stolika, niosąc butelkę Barolo. Cały ceremoniał otwierania trunku, sprawdzania korka i nalewania pierwszej kropli trwał w ciszy, którą Charlie wykorzystał, by jeszcze raz przeanalizować ich sytuację. Charlie uniósł kieliszek, zakręcił winem, pozwalając mu "odetchnąć", i wziął powolny, skupiony łyk. Wino było świetne. W sam raz, aby mógł zmierzyć się z tematem ślubu. Skinął głową, a kelner napełnił ich kieliszki do jednej trzeciej wysokości i po krótkim ukłonie ponownie zostawił ich samych. Charlie na pierwszy rzut oka wydawał się spokojny, ale Blair znała go zbyt dobrze, by nie dostrzec napięcia w jego ramionach.
- Kazała nam wybrać konkretną datę, prawda? - zapytał, napotykając jej wzrok.
Odstawił kieliszek. Choć oboje próbowali zachować dystans, temat ślubu znów wisiał w powietrzu, psując ich rzadką chwilę spokoju. Patrzył na Blair i wiedział, że tym razem nie wykręcą się kolejną wymówką o pracy czy braku czasu. Ona zapewne wiedziała to samo.
Blair Mayfield
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
I gdy puste luki kalendarza zaczynały się pokrywać bez zaplanowania wcześniejszego urlopu, to Mayfield lubiła się odłączyć i poczuć, że żyje tu i teraz. Co prawda, na tyle, na ile mogła sobie na to pozwolić; w dalszym ciągu pilnując się, bo na największy luz i tak mogła pozwolić sobie dopiero wieczorem, w ich mieszkaniu, gdzie żaden potencjalny kontrahent ich nie dojrzy, a któryś z ojców nie wywróci oczami, że byli zbyt mało profesjonalni.
— Jedyne veto, jakie się liczy — zaśmiała się. W końcu to z Charliem najczęściej nie dyskutowała, jeśli chodziło o jakiekolwiek plany grafikowe. Doceniała wspólne momenty i najzwyczajniej w świecie cieszyła się, kiedy mogli spędzić wspólną chwilę. Największe spory miała ze swoim ojcem, który wrzucał jej do kalendarza spotkania, których nie zatwierdziła (tak jak dzisiaj), a także z asystentką, z którą rozmawiała milej, czasami bardziej na stopie koleżeńskiej, zwłaszcza jeśli dawała jej zadanie bojowe, jak napisanie grzecznościowego, ale jednocześnie niezręcznego maila o przeniesienie spotkania na inny dzień, bo wypadały jej inne — w jej mniemaniu ważniejsze — plany. Nikogo nie dziwiło to, że ważniejsze było dla niej dopilnowanie projektu, zażegnanie kryzysu na budowie lub skontrolowanie, czy zespół projektowy nie zrobił błędu w planach w najważniejszych inwestycjach. To były odpowiedzialności, których nikt za nią nie wykona, a na przetargu czy spotkaniu zarządu jej ojciec gadał bez najmniejszego problemu. Jedyne co, to rzuciłaby wszystko i ruszyłaby na ratowanie wizerunku firmy, wiedząc, że zrobi to bardziej dyplomatycznie, a jednocześnie naturalnie lekko i konkretnie.
Była lojalna swoim wartościom, lecz chwile wątpliwości nawiedzały ją razem ze wzrastającym wiekiem. Nie zmienia to jednak fakt, że rodzina była dla niej na pierwszym miejscu. Nawet jeśli czasami zastanawiała się, czy słowa rodzina i biznes powinny mieć tak silne korelacje, to nadal miała świadomość, że oni tak właśnie działali. Została wychowana, żeby przedłużyć życie dziedzictwu, które zbudował jej dziadek. Nie poddawała tego większym interpretacją, nawet jeśli od czasu do czas pojawiał się znak zapytania nad jej głową. Nawet jeśli czasami westchnęła, to tym samym odpychała od siebie tę chwilę zagubienia, aby szybko wrócić do swoich zadań.
— Chciałabym powiedzieć, że to pewnie cecha pani prezes, ale to po prostu cecha Cherry. W końcu jest taka jaka była przed zajęciem stołka. — Wzruszyła lekko ramionem; znała Marshallów jak własną kieszeń, choć nie jest to raczej żadnym zaskoczeniem. Jedli piasek z tej samej piaskownicy, gdy opiekunki zabierały ich na spacery, uczyli się w tych samych szkołach, a finalnie obracali się w tym samym towarzystwie, będąc nie tylko życiowymi kompanami, ale także ważnymi partnerami biznesowymi. Ich rodziny były dla siebie bez wątpienia bardzo ważne, jednak to rodzeństwo było dla Blair najważniejszym elementem — zwłaszcza bliźniacy, bo bez nich nie potrafiła wyobrazić sobie swojego życia.
Dlatego też zmartwiła się, słysząc o wybryku najstarszej i w głowie przygotowywała sobie przemowę, jaką ją zaszczyci, gdy tylko z nią porozmawia; jednocześnie była przejęta, czy na pewno było wszystko w porządku. W końcu z facetami było różnie, mogło im się wydawać, a czasami nie dopatrywali się szczegółów. — Koniecznie muszę do niej dzisiaj zadzwonić — odpowiedziała, zapisując sobie to w głowie jako priorytet na dzisiejszy wieczór. Była to sprawa, która nie mogła zaczekać nawet do jutra.
Posłała mu nieco szerszy uśmiech, gdy zaczął się jej przyglądać, zadowolona z uwagi, jaką dostała — nawet bez zbędnych słów. Kątem oka widziała zbierającego się ku nich kelnera, więc rzuciła jeszcze raz okiem na kartę, z opcji które jej pasowały, postanowiła wybrać Ravioli Ricotta e Limone, licząc na nieco orzeźwiający smak, który odciągnie od niej zimę, do której przyszło im wczoraj wrócić. Zamówili swoje dania i zaraz przeniosła spojrzenie na Charlsa, nawiązując z nim kontakt wzrokowy. Przeciągłe spojrzenie sprawiła, że westchnęła cicho; obydwoje nie lubili tego tematu, nie lubili związanej z nim presji i Blair na pewno nie lubiła dyktowania warunków — w końcu ona to zazwyczaj robiła. Mayfield uwielbiała kontrolować sytuację i gdy ktoś, kto nie był jej narzeczonym, próbował nią kierować, od razu czuła spięcie w całym ciele.
— Cóż, mam podobnie — zaczęła, patrząc na niego z lekkim niepokojem. — Jednak dzisiaj wpadłam w pułapkę. Nie tylko twojej mamy, ale również swojej — dodała, przerywając na chwilę, gdy kelner podszedł do stolika. Chciałaby z kompletną swobodą celebrować samo otwieranie wina, a także późniejszą jego degustację, jednak zaczęła niewygodny temat i musiała mierzyć się z tym, że napięcie narastało. Spojrzała uważniej na Marshalla, przyglądając mu się przez krótką chwilę i wiedząc, że spokój był tylko dobrze wyćwiczoną maską. Gdy kelner odszedł, wzięła łyka wina, zbierając się na kontynuację, choć przed tym usłyszała pytanie. Pokiwała delikatnie głową, odkładając kieliszek na stół i przenosząc wzrok ze szkła na Charliego. — Tak, były razem na śniadaniu, więc miałam cudowną przyjemność rozmawiać z nim obydwiema na raz. Jeśli byłyby jakiekolwiek zawody w przebodźcowywaniu ludzi zaraz po urlopie, trzeba je wysłać. Są okropne — stwierdziła, nie owijając w bawełnę. Każdy chciał znać datę ich ślubu, ich rodzicielki chciały już się ekscytować i każdemu rozpowiadać, bo póki co pozostawały w zawieszeniu bez żadnych szczegółów. — W każdym razie, doszły do wniosku, że skoro ciężko jest nam zdecydować się na datę, to w weekend zabierają mnie do salonu sukien ślubnych, bo może jeśli poczuję “ślubną atmosferę” to może i ciebie popchnę do działania — dodała, zakreślając cudzysłów w powietrzu. — Skłamałam, że jestem umówiona z twoimi siostrami na tego typu rzeczy, więc pojadę z nimi. Przysięgam ci, że jeśli mają jakiekolwiek plany na ten weekend to je uprowadzę — rzuciła pół-żartem, choć była skłonna błagać je na kolanach, bo ostatnie o czym myślała, to spędzenie kilku godzin ze swoją matką i przyszłą teściową, które mogą mieć inne zdanie na temat sukienki, w której powinna się pojawić. Była przekonana, że do soboty przedstawiłyby jej prezentację, w czym ich zdaniem, wyglądałaby dobrze. — Musimy się… rozejrzeć za szczegółami. — Choć rozejrzenie się, to było zdecydowanie za lekkie słowo. Musieli przysiąść i coś ustalić, żeby mieć konkretniejszą odpowiedź na następny atak ze strony rodziców.
Charlie Marshall
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Przyglądał jej się w ciszy, ignorując gwar restauracji i fakt, że ich wspólny posiłek stygł z każdą sekundą. Czy dla niej to wino również zaczęło smakować jak zwykła woda?
Blair Mayfield