Usłyszała przyjezdnych, ale tylko dlatego, że to on zareagował jako pierwszy. Zaalarmowany i od razu w akcji. Choć oderwana, tak nagle, od źródła ciepła którym był i pewnego komfortu psychicznego, jaki – mimo wszystko – jej dawał, poczuła się słabiej. Fizycznie, nie psychicznie. Miała jednak wrażenie, że nie nadąża za tym, co się działo dalej i z ta tym, jak ją wyrzuca na śmietnik. No, na jakieś gruzowisko, celem ukrycia jej.
Chciała mu powiedzieć, aby uważał na siebie. Nawet rozchyliła wargi, ale płuca z betonu jej to uniemożliwiały. Zresztą, nie wyglądał w tym momencie na takiego, który chciałby słuchać ckliwych przestróg. W zasadzie – nigdy na takiego nie wyglądał. A może taka była tylko jego niewątpliwa uroda, a rzeczywistość była inna?
Obserwowała jak sprawnie wszystko zagarnia i robi porządek. Czuła napięcie w czaszce, które sugerowało, że powinna była coś zrobić – w końcu była wojskową, a nie zwykłą lalką do przekładania z kąta w kąt, ale właśnie teraz czuła się jak lalka. Bez sił na cokolwiek i bez możliwości do czegokolwiek, co mogłoby przydatne. Zdana kompletnie na niego i to od samego początku całej tej pogmatwanej rzeczywistości. Rodem z jakiegoś filmu akcji.
Wszystko nabrało tempa, kiedy on faktycznie wszedł w rolę. Taką, która nie była sztuczna i nikt za nią nie płacił. I taką, w której nie zastąpi go dubler. A krew i rany były bardzo realistyczne. Bo prawdziwe.
Widziała, co się działo, choć nieszczególnie wyraźnie. Miejsce, w którym ją
wyrzucił ukrył nie dawało dobrego widoku na wszystko, co się działo. Nie mówiąc już o tym, że działo się
szybko. Niby nagle, ale brakowało jednak w tym chaosu, i wyglądało tak, jakby każdy z jego ruchów był faktycznie precyzyjnie zaplanowany. Biedni, pokrzywdzeni cywile z Korei Północnej raczej tak nie robili. W zasadzie już od dawna miała teorię, że nie był takim zwykłym cywilem i po prostu zbierała materiały dowodowe. Dla siebie, bo nie chciała mu tego wyciągać. To był ten temat, który był za murem, który sam postawił. Ten, o którym nie chciał mówić. Bo podobno – im mniej wiedziała, tym lepiej spała.
Szkoda tylko, że nie wiedział, ze działało to w odwrotną stronę i że jednak trochę wiedziała. Część była domysłami, a część ujrzaną prawdą. Jak to, jak teraz bezbłędnie dokonał eliminacji wszystkich wojskowych. W o j s k o w y c h. Nie byle oszołomów, a kogoś kto był szkolony w walce i na podobne okazje.
Albo miał ją za głupią, albo miał ją za… głupią.
Innej opcji nie było.
Tym bardziej, że nie przeoczył niczego, włącznie z przeszukaniem zwłok i zebraniem przydatnych rzeczy. Szkoda tylko, że postanowiła sobie faktycznie nie wyciskać z niego prawdy. Szantaż przed samochodem mógłby być faktycznie ciekawym i nawet widowiskowym rozwiązaniem.
Wygrzebana
ze śmietnika kryjówki, zdała sobie sprawę, że nie monitorowała sama swojego stanu tylko to, co działo się na zewnątrz. Jej stan polepszał się, ale powoli. Z umiarkowanej hipotermii nie wychodziło się magicznie od przytulenia, ale pomagało. Na tyle, na ile to mogło. Jeszcze pewnie kilka następnych dni będzie czuła skrzypienie w zmrożonych stawach. Jedyną dobrą wiadomością było to, że jej umysł się rozjaśniał.
Nie odpowiedziała, a raczej – nie użyła do tego słów. Skinęła tylko głową, zmęczony umysł tak naprawdę gnębiąc retrospekcją z tego, co przed chwilą widziała. Nie chodziło o to, że nagle zmieniło się jej podejście do niego. Czy o to, że nagle zaczęła się obawiać. Próbowała po prostu spoić to w logiczną całość i sama sobie odpowiedzieć na pytania, których jemu nie chciała zadawać.
Bo głupio założyła wcześniej, że jak będzie chciał, to sam jej powie. A on przecież na statku dał jej do zrozumienia, że chuja wafla tak naprawdę jej powie, bo przecież
im mniej wie, tym lepiej śpi. Jebany, wyczytał sobie jakiś cytat w gazecie czy usłyszał w innym filmie, który na pewno sama mu pokazała i teraz ją tym gnębił. Dostanie ban na filmy.
Nie było raczej czasu na rozkliwianie się ponownie, bo tak szybko jak zamknął ramiona, by iść zająć się nieproszonym gośćmi, tak i ona skupiła się na działaniu. To było raczej logiczne, co zrobią dalej – dostali podwózkę pod nos. Grzechem byłoby z tego nie skorzystać. I grzechem byłoby teraz głupio tu zostać, kiedy kontakt z patrolem będzie urwany i nie wróci on do bazy.
Pomogła – na tyle na ile jego cierpliwość na to pozwalała – zebrać rzeczy. Samodzielnie, bo taka pomocna była, podniosła rozgrzebany wcześniej przez siebie survival kit i tempem leniwca – bo przecież „ja sama” – przeszła za nim do wyjścia z magazynu i wojskowego pojazdu. A potem wsiadła do środka, do nagrzanego już przez jej, sympatycznego i nie mającego problemów z jej tempem, kolegę samochodu.
Kierunek – chuj wie.
Sprawdziła schowek, by znaleźć mapę, ale mapy nie było. Jak się zorientowała, po tym jak zezowała mu między ręce, wachy też szczególnie dużo nie było. A znając ich szczęście, to skończy się pod jakimś nieciekawym domem, który okaże się być przydrożnym, prawie opuszczonym, motelem prowadzonym przez stare, zgarbione małżeństwo, na pozór sympatyczne, a tak naprawdę z jakimś skrzywieniem psychicznym.
Kanibalizm już był, jak coś.
Nie odzywała się zbytnio w trakcie podróży. Wciąż zziębnięta po prostu zamyśliła się. Gdy jednak przeniosła spojrzenie z drogi na niego, możliwie chcąc coś powiedzieć, zauważyła jego aukę. Zacięty łuk brwiowy, choć tak naprawdę nie potrafiła sobie przypomnieć momentu, w którym którykolwiek z oponentów zdołał się na niego zamachnąć. A jednak – całkiem świeża jucha spływała po jego skórze. Z kliknięciem otworzyła survival kit i wyciągnęła z niego niewielką, nienaruszoną apteczkę. Wyciągnęła gazik, środek dezynfekujący, i bez ostrzeżenia, ordynarnie też wykorzystując to, że skupiony był na walce z żywiołem i zaspami, aby przypadkiem nie skończyli w rowie i zaspie, a nie pod podejrzanym motelem, sięgnęła do jego dramatycznej auki, aby ją przeczyścić.
Szczypi-szczypi.
Damon Tae