June Harrison
Pełen sprzeczności w sercu przyjmował na barki trud postawienia kropki nad ich kształtującą się relacją – decyzyjnie; po męsku, tak jak wypadało. Zaabsorbowany trudnościami życia codziennego, musząc łączyć dwa światy ze sobą i balansując na skraju odkrycia, bywało, że unikał czujnego wzroku Harrison z obawy, ale i również lęku przed tym, co ta odkryje na serca dnie. Obdarzona zmysłem zaglądania pod cudze maski przedzierała się w labiryntach knowań, fikcji, kryminału, co dnia. A jego osoba stojąca w obrazie sprzecznym z wszystkim, tym w co wierzyła wydawała się, tak obca i jednocześnie tak bliska.
Przyjaźń, a może coś więcej?
Długo rozpamiętywał pocałunek – ten efekt wykalkulowanej czułości zrodzony z chwili namiętności, gdy poddali się temu uniesieniu w pełni obezwładnieni urokiem chwili. Alkohol? Nie stanowił usprawiedliwienia ni wymówki od popełnionego wykroczenia na drodze ku przyjaźni. Czy w danej chwili słabością było ujawnienie swoich potrzeb? Egoistycznie wykorzystał chwilę? A może zrobił to, co powinien od dłuższego czasu przestając bawić się i igrać z cieniami?
Wątpliwości.
Brak fundamentu zaufania. Czy mogli zbudować coś, cokolwiek bez jakiegokolwiek oparcia? Czy wystarczą te tygodnie spędzane ze sobą na rozmowach? Jej praca… to był największy problem; zmora prześladująca jego myśli we śnie i na jawie. Jakby nie potrafił rozdzielić June – tej prywatnie poznanej, od surowej i lojalnej służbie; policjantki.
Proponował kolację, lecz w jego stylu w ich stylu… Bez splendoru i pustego przepychu. W świetle świec i atmosferze domowego wytchnienia, a jednocześnie z całą tą procedurą pięknych kreacji i możliwością odurzenia zmysłów wyglądem. To za jego sprawą padło na mieszkanie June, czuł się tu swobodnie, a kuchnia zdawała się przestronniejsza niż ta jego. Co więcej, obiecał, że przygotuje coś, czego nauczył się na zajęciach kulinarnych, na jakie chodził dwa razy w miesiącu. Lubił to robić – gotować, był w tym dobry, to naturalna precyzja łączyła się z wyczuciem, jakby rozumiał melodie graną w składnikach i innych komponentach. Łączył je zmyślnie, budując smak, a Harrison była świadkiem oraz testerką jego popisów. Pierwszą osobą, dla jakiej gotował z pasji.
— Za chwilę podaje do stołu — upomniał June, bo ta jakby na złość jemu musiała się stroić, chociaż zapewniał, że mogłaby wyjść w samym dresie, a i tak byłaby najpiękniejsza. Nigdy nie zrozumie kobiet. Ale może to i lepiej? Świadomość pojęcia czegoś niepojętego wiązała się w jego mniemaniu z geniuszem lub chorobą psychiczną.
Przejrzał kątem oka playlistę na aplikacji mobilnej i zdecydowanym ruchem wybrał włoski klasyk z lat 2000 na przystawkę, aby rozbudzić apetyt.
Bruschetta z pomidorkami, świeżą bazylią i świeżo mielonym pieprzem, udekorowana plastrami parmezanu do tego półmisek wędlin dojrzewających, ser i oliwki oraz wino; czerwone – wytrawne. Było to idealne rozpoczęcie w nawiązaniu do jego korzeni – rzekomych, prawdopodobnych. W końcu to były jedynie pogłoski, ale nie martwił się tym; nie zatruwał umysłu genealogią. Czuł się sobą, a przy niej odnosił wrażenie, że może być kimś lepszym.
Czy była to wyłącznie iluzja?
Rytmiczna sycylijska melodia rozbrzmiała w jadalni wlewając do zimowego Kanadyjskiego anturażu odrobinę lata.