Warsztat o tej porze miał w sobie coś niemal teatralnego. Półmrok rozciągał się między boksami, jarzeniówki rzucały zimne światło na beton, a zapach oleju i metalu był tak znajomy, że Nyx praktycznie przestawał go zauważać. Dłubał jeszcze przy jednym z samochodów, poprawiając coś, co równie dobrze mogło poczekać do jutra, gdy usłyszał głos odbijający się echem od ścian. Zatrzymał się, wyprostował powoli i odłożył narzędzie na blat, bardziej z przyzwyczajenia niż z realnej potrzeby.
—
Zamykamy już — miał powiedzieć.
Odwrócił się dopiero po chwili i wtedy zobaczył ją stojącą przy wejściu, wyraźnie wyrwaną z własnych myśli, z twarzą zdradzającą zmęczenie całego dnia. Przez ułamek sekundy jego umysł potrzebował czasu, żeby złożyć fakty w całość. Mara Lakefield. O tej porze. Tutaj. Zaskoczenie było szczere i niemal namacalne, choć Nyx nie należał do ludzi, którzy pozwalali, by coś takiego było widać zbyt wyraźnie. Uniósł lekko brew, a kącik jego ust drgnął w tym znajomym, zadziornym półuśmiechu, który pojawiał się zawsze, gdy rzeczy nie szły zgodnie z planem, ale wciąż dało się je obrócić na swoją korzyść.
—
No proszę… — odezwał się spokojnie, nisko, robiąc kilka kroków w jej stronę. —
Świat jednak ma poczucie humoru.
Słuchał jej uważnie, nie przerywając, z rękami opartymi luźno o biodra, jakby automatycznie przełączył się na tryb pracy. Stukanie, problemy z odpalaniem, gaśnięcie na zawołanie niemalże. Z każdym kolejnym zdaniem w jego głowie układała się lista możliwych przyczyn, a jednocześnie gdzieś pod tym wszystkim pojawiało się coś mniej wygodnego — wspomnienia ich dawnych spotkań, krótkich, intensywnych, pozbawionych pytań i deklaracji.
—
W taką pogodę wszystko, co było ledwo-ledwo, nagle wychodzi na wierzch Lakefield — skomentował, kiwając głową, gdy skończyła. —
Jeśli coś stuka, a do tego masz problemy z rozruchem, to raczej nie jest kaprys auta.
Zerknął na drzwi warsztatu, potem na zegar wiszący nad biurkiem, jakby przez moment naprawdę rozważał fakt, że dzień dawno powinien się skończyć. W rzeczywistości decyzja zapadła już wcześniej.
—
Dobrze, że nie zignorowałaś tego — dodał spokojniej. —
I dobrze, że akurat na mnie trafiłaś. Bo nie jestem pewny, jak zareagowałby inny mechanik na twoje wejście o tej porze. Może nie byłby tak cywilizowany jak ja. Przynajmniej w warsztacie. - Puścił jej oczko i podszedł bliżej, zatrzymując się jednak w tej bezpiecznej, neutralnej odległości, którą wypracował sobie przez lata pracy z ludźmi. Jego spojrzenie było skupione, ale nie chłodne; raczej uważne, jakby analizował nie tylko problem techniczny, ale i sytuację jako całość.
—
Zaparkuj go pod tamtym boksem — wskazał głową w głąb warsztatu. —
Zerknę, co i jak. Jeśli to coś prostego, ogarniemy to jeszcze dziś. Jeśli nie… — wzruszył lekko ramionami. —
Przynajmniej będziesz wiedziała, na czym stoisz.
Gdy ruszył przodem, na moment zwolnił krok i rzucił przez ramię, już z tą lżejszą, bardziej osobistą nutą, której nie dało się całkiem ukryć:
—
A swoją drogą… muszę przyznać, że masz wyczucie czasu, żeby trafić akurat na mnie — dokończył z cichym, niemal rozbawionym parsknięciem, zatrzymując się dopiero przy jednym z wolnych boksów. Odwrócił się do niej przodem, opierając się biodrem o metalową szafkę z narzędziami, jakby chciał dać jasno do zrozumienia, że czasu może i jest niewiele, ale wystarczająco, by nie robić niczego w pośpiechu.
Przez krótką chwilę przyglądał jej się uważniej, niż było to konieczne do oceny sytuacji — nie jak klientce, nie jak przypadkowej kobiecie, tylko jak komuś, kogo znał na tyle dobrze, by pamiętać szczegóły, a jednocześnie na tyle powierzchownie, by nigdy nie mieć do nich pełnego dostępu. W jego spojrzeniu nie było nachalności, raczej cicha ciekawość podszyta świadomością, że to spotkanie jest czymś więcej niż tylko zbiegiem okoliczności.
—
Zostaw kluczyki w stacyjce i nie gaś go jeszcze — dorzucił już rzeczowym tonem, odsuwając się od szafki i sięgając po rękawice. —
Chcę posłuchać, co dokładnie mu dolega, zanim zaczniemy zgadywać.
Ruszył w stronę jej auta, rzucając jeszcze krótkie spojrzenie przez ramię, jakby dopiero teraz pozwalał sobie na odrobinę szczerości.
—
A jeśli to rzeczywiście znak z kosmosu — dodał półżartem —
to mógł wybrać gorsze miejsce i gorszą godzinę.
Jarzeniówki nad boksem zapaliły się jaśniej, gdy nacisnął włącznik, a warsztat na nowo wypełnił się cichym, mechanicznym brzmieniem wieczornej pracy. Nyx podszedł do maski, gotów ją otworzyć, ale zanim to zrobił, jeszcze raz zerknął na Marę, z tym samym ledwie zauważalnym uśmiechem, który zdradzał, że ta noc może przynieść znacznie więcej niż tylko diagnozę usterki.
—
Dobra, Lakefield — rzucił spokojnie. —
Zobaczmy, co tym razem postanowiło ciebie i twoje autko zatrzymać w moich dłoniach...
Mara Lakefield