not yet corpses.
still, we rot.
Mogłaby udawać, że poprzednia noc nie miała miejsca.
Mogłaby uciec.
Z n o w u.
Wymknąć się z rąk przekleństwa raz na zawsze, daleko w tyle pozostawiając duchy przeszłości.
I być może przez chwilę byłaby nawet szczęśliwa, pozbawiona trosk, obecności Vincenta, a także złowieszczych pogróżek podrzuconych pod osłoną nocy.
Ale tylko
przez chwilę.
Bo nie dało się zbiec przed własnym splątanym sumieniem; nie dało się uciszyć rozszalałych myśli i serca bijającego burzliwe, ilekroć wzrok natrafiał na łudząco znajomą sylwetkę. Będąc tysiące kilometrów stąd, nadal czułaby wszystko to, co paraliżowało ją przez całą poprzednią noc, nie dając jej zmrużyć oka ani na chwilę. Przewracała się z boku na bok, zaciskała mocno powieki, ale sen nie przychodził, skazując ją na samotność pośród ciemności, która wyjątkowo zaczęła napawać ją lękiem. Jakby w każdym kącie czaiło się zagrożenie; jakby już zawsze musiała rozglądać się na boki w obawie przed atakiem. I tak, Melusine zdawała sobie sprawę, że powoli popadała w niezdrową paranoję, ale nie umiała przestać, nie umiała tak po prostu
z a p o m n i e ć. Wciąż przed oczami widziała ściągniętą w zmartwieniu twarz Vincenta, który nawet pod wpływem wysokoprocentowych trunków, dostrzegał powagę sytuacji. A jeżeli nawet taki ktoś jak on nie umiał zdobyć się na zachowanie wpajanej od dziecka obojętności...
Nie było dobrze.
Ale paradoksalnie kiedy otrzymała od niego wiadomość z miejscem i godziną spotkania, w pierwszym odruchu zamierzała ją zignorować. Paradoksalnie, bo przecież ubiegłej nocy sama naciskała na wspólne rozwiązanie tej zupełnie niepotrzebnej zagadki. Niemniej jednak, wybrana przez niego lokalizacja budziła w niej cały szereg emocji, których nie chciała analizować.
I to był błąd, bo kiedy pchnęła znajome ciężkie drzwi, którym ewidentnie przydałoby się pociągnięcie świeżą farbą, wspomnienia buchnęły jej prosto w twarz, na ułamek sekundy zamykając ją w swoich oparach.
Nic się tutaj nie zmieniło. Dwukolorowe kwadraty na podłodze, pstrokate kolory i plakaty gwiazd lat osiemdziesiątych z autografami - oczywiście podrobionymi - zdobiące każdą dostępną powierzchnię. Mimochodem zerknęła na mijającą ją podstarzałą kelnerkę, która ewidentnie powinna być już na emeryturze, ale najwyraźniej nie potrafiła rozstać się z tym przybytkiem (a może zwyczajnie lubiła dobre napiwki). Tak, ona też tu w t e d y była. Gdyby tylko trochę się postarała, dostrzegłaby siebie i Vincenta sprzed lat; jeszcze nie tak naznaczonych ciężarem nienawiści zmieszanego z cierpieniem. Potrząsając lekko głową, podążyła w kierunku przeciwnym do stolika, który był kiedyś przez nich stanowczo zbyt często okupowany. I niemalże uśmiechnęła się gorzko, kiedy pojęła, że dokładnie tę samą taktykę poniekąd objął Vincent.
— Jesteś trzeźwy? — rzuciła bez ogródek w ramach powitania, zajmując miejsce naprzeciwko mężczyzny i od razu wbijając w niego lustrujące spojrzeniem, jakby co najmniej za pomocą wzroku planowała wykonać mu badanie alkomatem. Tak, to dopiero byłoby innowacyjne. Dla zachowania pozorów - szpieg doskonały - wzięła do ręki plastikowe menu i od niechcenia je przejrzała. — Wow, naprawdę nic tu się nie zmieniło, co? — i tyle, jeżeli chodzi o utrzymanie fasonu i nonszalancji.
vincent beauregard