Gdyby był polskim (i nie tylko) uczniem, swoje życie przypisałby do szekspirowskiego
Makbeta, któremu również obiecano władzę i tytuły, który po latach zaczął widzieć krew na swoich rękach, której z czasem nie potrafił zmyć, zatracając się w swoim obłędzie niczym Lady Makbet. Problem polegał na tym, że byli jednak w Toronto, a wydarzenia, które miały miejsce, nie były tylko zwyczajną opowiastką czy legendą którą straszyło się niegrzeczne dzieci. Wszystkie te zdarzenia; morderstwa, zaginięcia, szantaże czy tajemniczo niewyjaśnione sprawy były jedynie częścią wielkiej układanki, do której należał i z której wyjście oznaczałoby dla Devona samą śmierć. Nie znał nawet w historii człowieka, któremu udałoby się wydostać z tego bagna i rozpocząć życie na nowo. Prawda była taka, że ludzki umysł nie był gotowy widzieć tego, co członkowie sieci widzieli każdego dnia; i tego, co w psychologii potocznie nazywało się traumą, a dla niektórych PTSD. Sam Devon mógłby przyznać, że wydarzenia, których był świadkiem, równały się widokom znanym żołnierzom na wojnie: których zmuszano do strzelania do cywilów, i którym potem jakby nigdy nic kazano wrócić do normalnego życia, zapominając o wszystkich mrożących krew w żyłach widokach.
- Fasada? A widziałaś mnie kiedyś żartującego z takich spraw? - zapytał, próbując przypomnieć sobie pojedyncze chwile z czasów ich studiowania. Problem polegał na tym, że takich chwil nie było wcale. Owszem, na studiach był typem spontanicznego chłopaka, podchodzącego do edukacji w luźniejszym tonie niż większość studentów prawa, którzy poświęcali cały swój czas nauce. Zdarzało mu się żartować, ironizować czy wręcz bojkotować niektóre zajęcia, zarzucając na siebie łatkę studenckiego durnia. Jednak gdy dochodziło do zajęć praktycznych, w których należało wcielić się w różne role, potrafił założyć swoją poważną maskę i wszystkimi możliwymi sposobami; nawet tymi niezbyt dozwolonymi zdominować oponentów, pozostawiając za sobą niesmak w spojrzeniach innych.
- Ja nie jestem jak inni. Kto jak kto, ale ty powinnaś wiedzieć o tym doskonale! - burknął na samo wspomnienie słowa
inni. Czuł się oburzony tym określeniem, zwłaszcza że rzeczywiście był typem, któremu najrzadziej zarzucano zachowywanie się jak reszta, co prowadziło do wielu niesympatycznych konsekwencji.
- Przy tobie jestem szczery. Ale jak nikt inny potrafisz wyprowadzić mnie z równowagi do tego stopnia, że czasem kusi mnie rzucić wiązanką niekulturalnych określeń - odparł, delikatnie uśmiechając się kącikami ust. Miał do niej słabość, choć jednocześnie potrafiła swoim zachowaniem doprowadzić go na skraj cierpliwości, sprawiając, że po języku chodziły mu uszczypliwe, ironiczne komentarze, nie po to by ją zranić, lecz by odpowiedzieć na chamstwo, którym tak chętnie się posługiwała.
- Gdybym mógł powiedzieć ci prawdę… to i tak bym nie chciał. Wiesz dlaczego? Bo cholernie mi na tobie zależy. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby stała ci się krzywda. Nie możesz mi ten jeden raz w pełni zaufać, nie robiąc z siebie prywatnego detektywa? - dorzucił ostrzej. W takich okolicznościach nie spodziewał się, by ktokolwiek potrafił zachować cierpliwość. Gdyby wyznał jej całą prawdę; nawet ocenzurowaną, bałby się, że to ją zmiecie z planszy. Problem polegał jednak na tym, że i tak nie mógł tego zrobić. Sieć, do której należał od tylu lat, nie miała jednej stałej siedziby możliwej do namierzenia na mapach Google. Była grupą ludzi spotykających się maksymalnie raz w tym samym miejscu. Doskonale wiedzieli, co jest na szali i jakie konsekwencje groziłyby wielu z nich, gdyby prawda naprawdę wyszła na jaw. Czasem sam zastanawiał się, czy ludzkość byłaby gotowa na mrok, który do tej pory znano jedynie z gangsterskich i kryminalnych filmów, uznawanych za fikcję.
- Zatem czasem lepiej, żebyś nie komentowała, tylko uwierzyła - poprosił, mając nadzieję, że choć ten jeden, jedyny raz by mu zaufała. Nie chciał narażać ani Lacey, ani Cherry, ani nikogo, komu mogłaby stać się krzywda z jego winy. Właśnie dlatego podczas ostatniej akcji postanowił się poświęcić i stanąć w obronie bezbronnej kobiety. Widział już zbyt wiele ludzkiej krzywdy i nawet ktoś tak zepsuty jak on w końcu pękł, dostrzegając brutalny świat kreowany przez
P I E N I Ą D Z E. Brzmiało to jak teoria spiskowa, wyjęta z kanonu opowieści ludzi żerujących na naiwności innych, lecz w tym przypadku powiedzenie, że w każdej teorii tkwi ziarnko prawdy, okazywało się boleśnie trafne.
- I nie. Nie zrobiłbym tego osobie mi bliskiej - dodał. Z boku mógł wyglądać jak mężczyzna zdradzający partnerkę z kochanką. Tyle że ani z Lacey nie tworzył związku opartego na miłości, ani Cherry nigdy nie chciał traktować wyłącznie jako kochanki. Choć Devon sprawiał wrażenie mężczyzny wielbiącego towarzystwo pięknych kobiet, w rzeczywistości był tylko pogubionym człowiekiem, pragnącym spokoju w świecie, w którym popełnione przez niego błędy kosztowały podwójną karę. Jedną były wyrzuty sumienia, drugą związek z Lacey, który służył jedynie ucieczce przed rozstaniem z June.
- Kto? Powiedzmy, że była to kara za to, że nie udało mi się przekonać cię do podpisania dokumentów. W oryginalnej wersji miałem użyć gróźb, szantażu… a nawet, jak to określili, siły. Ale… - zawahał się, czując, że powiedział już o kilka słów za dużo. Byli w miejscu, w którym w każdej chwili ktoś mógł ich podsłuchać, nagrać i przekazać informacje odpowiednim ludziom. Nie chodziło już o to, w co był zamieszany, lecz o to, jak odkręcić sytuację, by nikt z jego otoczenia nie został w to wciągnięty i potraktowany tak, jak jego pracodawcy lubili najbardziej.
- Na policji? Chcesz, żeby następnego dnia znaleźli mnie w kaftanie? - zapytał retorycznie. Nie wiedziała, jak daleko sięgały macki jego pracodawców od straży, policji, a nawet lekarzy i pielęgniarek w publicznych szpitalach.
- Skąd wiem? Patrzysz na mnie za każdym razem, jakbym miał zaraz wyrządzić ci najgorszą krzywdę. Każdy twój gest i każde słowo brzmią tak, jakbym był najgorszym, co cię w życiu spotkało - odparł, czując ból w klatce piersiowej. Najgorsze było to, że nie był to zwykły dyskomfort po odniesionej ranie, lecz coś znacznie głębszego; ból odczuwalny jeszcze bardziej niż jakiekolwiek fizyczne cierpienie.
- Nigdy nie traktowałem cię jak tej drugiej. Co chcesz ode mnie usłyszeć? Że nie układa mi się z Lacey? Że jestem durniem, wiążąc się z kobietą, do której prawdopodobnie nigdy nic nie czułem? Że tkwię w tym, bo nie potrafię jej zranić? - powiedział pierwszy raz w swoim życiu, mocno i prosto z serca. Przez sekundę chciał chwycić ją za rękę, lecz w ostatniej chwili się wycofał. Może miała rację. Może naprawdę wyglądał jak ktoś, kto traktuje ją jak tę drugą. Może po prostu nie potrafił już okazywać uczuć, skrywając się za własną skorupą.
Cherry Marshall