-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wieczór w palmiarni był wyjątkowy i na pewno niezapomniany. Do domu wróciła z głową pełną burzy myśli i to nie tak jak wcześniej sądziła - na temat projektu nad którym pracowała. Cały czas myślała o Dominicu - jego historii jak odkrył to miejsce, jego wrażliwej i romantycznej duszy, którą przed nią odkrył, a przede wszystkim tej chwili, gdy leżeli na podłodze wpatrując się w gwiazdy. Nie miała świadomości czy trwała ona pięć minut czy godzinę. Każde uderzenie serce. Każdy odgłos oddechu. Każdy ruch dłoni na jej. Wszystko czuła intensywniej jakby na zwolnionym filmie, a jednocześnie było tego za mało. Zasypiając miała przed oczami jego twarz, gdy wpatrywał się w nią tak intensywnie, że pomimo pełnego ubrania, poczuła się naga. Jakby odnalazł klucz do jej duszy i wszedł do środka poznając jej myśli i pragnienie, bo jego kolejny ruch był dokładnie tym o czym marzyła. Pragnęła posmakować jego warg. Zatopić język w jego ustach i całkowicie oddać się tej chwili. Czując palce na brodzie delikatnie drgnęła, a jej myśli zaczęły uciekać jeszcze dalej. Mimo, że jeszcze jej nie pocałował, ona już wiedziała, że gdy to w końcu zrobi, to nie będzie w stanie się zatrzymać. Pragnęła znacznie więcej niż jeden, intensywny pocałunek. Pragnęła, aby tymi pocałunkami naznaczył całe jej ciało. Z tymi marzeniami zasypiała tamtego wieczoru.
Lecz nastał kolejny dzień, a wraz z nim pojawiły się wyrzuty sumienia, których wcześniej zabrakło. Wystarczyło zobaczyć tylko porannego smsa od Josha życzącego jej powodzenia na prezentacji. Trochę się pośpieszył, ale to było miłe i tak. Podziękowała mu i poprawiła go, że to jutro jest ten dzień, który będzie jej być albo nie być w tej firmie. Dlatego jak zwykle do biura przyjechała znacznie wcześniej, by wykorzystać jak najwięcej czasu nad projektem. Tak bardzo się mu poświęciła, że jak ognia unikała Dominica, który całe szczęście jej tego nie utrudniał jakoś. Nie wracała do poprzedniego wieczoru, bała się poruszyć ten temat.
Natomiast prawie zeszła na zawał występując w piątek na spotkaniu. Wszystko miała sprawdzone (przez Dominica również) i była gotowa na ewentualne pytania. Widać było, że przygotowała się znakomicie i na jej szczęście inni też to dostrzegli powierzając jej pierwszy, własny projekt. Pierwszą osobą, której się tym pochwaliła był oczywiście Reyes. Wyszła ze spotkania żwawym krokiem i musiała się pilnować, by nie pobiec do jego gabinetu. Wparowała tam bez pukania i od razu rzuciła mu się w ramiona zmuszając go do wstania od biurka.
- Udało się!- wyjaśniła zawieszając mu ręce na szyi i dopiero teraz zdała sobie sprawę, że to mogło być ponownie niekomfortowe. Szybko się odsunęła, podziękowała za pomoc i przez resztę dnia dalej unikała. Wiedziała, że muszą przegadać pewne tematy i to co między nimi zaszło, ale nie była na to gotowa.
Przez weekend chciała świętować z Joshem swój sukces. Tak chyba robią pary, prawda? Wspierają się podczas porażek i razem celebrują sukcesy. Niestety miał on inne plany, które nie wypada już odwołać - ani w piątek ani w sobotę. Drugiego dnia przyjaciółka zrobiła jej wykład, że zachowuje się żałośnie i powinna się też zabawić bez faceta. O dziwo nie trzeba było Skye długo dzisiaj do tego przekonywać, ponieważ wiedziała, że dziewczyna ma rację. Dlatego przyszykowała się zakładając sukienkę idealnie podkreślającą jej wszystkie walory i ruszyła z przyjaciółką do klubu.
Nie bawiły się w żadne drinki, a wybrały shoty, które piły jedne za drugim na zmianę lądując na parkiecie. Kręciło się wokół nich kilku facetów, ale Skye pomimo alkoholu we krwi trzymała klasę i każdego spływała. Nie była żadnym zainteresowana, chciała się bawić sama ze sobą. Dać się porwać muzyce i całkowicie zresetować. Nie potrzebowała do tego facetów, bo już jeden ją olał i wczoraj i dzisiaj. I wiele razy wcześniej.
Mimo, że dziewczyny miały za sobą już kilka wypitych kolejek, podeszły do baru po kolejną. Ponownie podbił do nich jakiś mężczyzna, ale tym razem dosyć namolny. Skye stała przodem do baru, tylko przewracała oczami i odtrącała non stop jego dłoń ze swojej talii i powtarzając .- Nie jesteśmy zainteresowane, daj nam spokój- była coraz bardziej poirytowana jego zachowaniem i olewaniem przez barmana, że stoją tutaj dobre kilka minut i wciąż nie udało im się niczego zamówić. Czasami jednak dobrze było pójść do klubu ze swoim facetem, który chociaż działał odstraszająco na innych.
Dominic Reyes
-
Just like nicotine, heroin, morphine... suddenly, I'm a fiend and you're all I need
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Po powrocie z palmiarni do mieszkania, w jego myślach nadal pozostawała Skye. Starał się zapamiętać każdy szczegół wieczoru - od głębokich spojrzeń i uśmiechów zachwytu kobiety poprzez jej bliskość i ciepło, aż po targające nim uczucia - jakby podświadomie przeczuwał, że następna taka okazja może już nigdy nie nastąpić.
Następnego dnia rzeczywistość dobitnie mu przypomniała, że poprzedni wieczór był częścią równoległego świata, o którym opowiadała mu ciemnowłosa. Nie miał prawa się wydarzyć, choć przecież wspomnienia blondyna wydawały się wciąż żywe. Z tym, że były jak kolejna niespełniona fantazja, w dodatku pozbawiona szczęśliwego zakończenia. Coraz bardziej to do niego docierało, gdy po ujrzeniu Murray w biurze, poczuł między nimi pewną niezręczność. Dominic zrozumiał, że pozwolił sobie na zbyt dużo i jedynym, co mógł teraz zrobić to dać im przestrzeń. Poza tym Skye potrzebowała spokoju i skupienia, by dobrze wypaść na prezentacji, więc sam zajął się tym, co wychodziło mu najlepiej - pracą.
W dniu jej spotkania skorzystał z jej przerwy na kawę i pozostawił na jej biurku karteczkę z napisem:
“Odwagi, będziesz świetna. - D.”
Nie mógł oprzeć się przed ukradkowym zerkaniem na zegarek w oczekiwaniu na koniec prezentacji, udając niezmiernie zajętego, gdy w końcu zajrzała do jego biura. Zaskoczyła go tym nagłym uściskiem, ale i tak objął ją na te kilka zdecydowanie zbyt krótkich sekund, przymykając oczy. - A nie mówiłem? Teraz możesz już oficjalnie podbijać świat - odparł, zanim się odsunęła i uśmiechnął się w odpowiedzi na jej podziękowania, zachowując wobec niej stosowny dystans.
Wydawało mu się naturalnym, że dzisiejszy wieczór dziewczyna spędzi na świętowaniu z Joshem, bo tak też powinno to wyglądać w związku, prawda? Reyesa nie powinna więc dziwić nieobecność przyjaciela na cotygodniowym spotkaniu w kosza, ale zaczynając grę bez niego, mimowolnie poczuł rozczarowanie. Miał wrażenie, że wszystko wracało do punktu wyjścia i zaczynał żałować, że pozwolił sobie mieć nadzieję. Z resztą, był naiwny, bo Skye wciąż była dziewczyną jego najlepszego kumpla. Chociaż słowo najlepszy coraz mniej oddawało ich relację.
W ciągu ostatnich kilku tygodni mężczyźni oddalili się od siebie. Blondyn odnosił dziwne wrażenie, że przyjaciel zaczynał trzymać go na dystans, i miał ku temu jeden szczególny powód. Czas upływał, a wraz z coraz większym brakiem zainteresowania ze strony Josha, Skye niepostrzeżenie wkradała się do umysłu i serca blondyna, sprawiając, że jeszcze bardziej zaangażował się w przyjaźń z ciemnowłosą. Bolał go widok smutku w jej oczach i próbował jakoś temu zaradzić - przy niej będąc i starając się poprawić humor, a z przyjacielem poruszając ten temat. Z tym, że Josh w ostatnim czasie praktycznie za każdym razem zbywał go jakimś głupim tekstem, bagatelizując problem i odsuwając rozmowę o Skye na boczny plan. Pomimo kilku podejść, Dominic nie chciał się narzucać, mając nadzieję, że kumpel wiedział, co robił. Niestety, coraz bardziej wyglądało na to, że albo Josh w ogóle nie miał pojęcia, jak wpływał na swój związek albo w ogóle mu na nim nie zależało. Jego jawna ignorancja odcisnęła się również na przyjaźni z Reyesem, bo dziwnym zbiegiem okoliczności zaczął unikać także i jego. Trwało to już na tyle długo, że Dominic zupełnie przestawał trzymać jego stronę. Patrząc na to, w jaki sposób traktował kobietę marzeń, wręcz zaczynał go irytować. Zaciskał jednak zęby i robił dobrą minę do złej gry, bo przecież i tak nie mógł bardziej wpłynąć na całą tę absurdalną sytuację. A teraz nie miał już najmniejszej ochoty jakkolwiek wpływać na Josha.
Obrazy pary świętującej sukces Skye samoistnie nawiedzały jego umysł, stając się dla niego powolną trucizną. W sobotni poranek Dominic obudził się z myślą, że powinien dać im spokój i więcej się nie wtrącać. Powinien odstąpić miejsca temu, który zawsze będzie przed nim i którego Skye zawsze wybierze jako pierwszego. Powinien przestać niepotrzebnie zaprzątać jej sobą głowę. I co najważniejsze, samemu zapomnieć o tym, co wydarzyło się w palmiarni. Czy w ogóle się dało? Musiał chociaż spróbować.
Wyjście do klubu było tego wieczoru najlepszym możliwym posunięciem. Potrzebował odreagować cały ten tydzień, miesiąc czy nawet rok. Chciał znów poczuć się dawnym sobą i beztrosko się zabawić. Before w barze z kolegami okazał się dobrym wstępem do udanego wieczoru.
Do Emptiness dotarł już w całkiem przyzwoitym humorze, na który znacząco wpłynął przyjemnie szumiący w jego głowie alkohol. Po chwili mężczyzn otoczyła grupka znajomych dziewczyn, z których jedna długonoga blondynka wyciągnęła Dominica do tańca. Była miła i bardzo starała się przykuć jego uwagę na dłużej, ale niestety nie miała w sobie niczego, co by do tego doprowadziło. Następne też jakoś nieszczególnie przypadły mu do gustu, aż w końcu kolega zaśmiał się do niego:
— Nicky, coś dziś strasznie wybrzydzasz. Szukasz tej jedynej, czy co?
Dominic przewrócił na to oczami.
— Tak, mojej drugiej połówki. Whisky - zripostował z rozbawieniem, klepnął kumpla po plecach i ruszył do baru.
Czerwona, krótka sukienka zwróciła jego uwagę niemal od razu. Powiódł spojrzeniem od wysokich szpilek optycznie wydłużających zgrabne nogi, przez krągłości aż po burzę włosów opadających kaskadą na ramiona i półnagie plecy. Kiedy odwróciła na moment twarz w stronę stojącego obok niej nachalnego gościa, nagle zrozumiał, na kogo patrzył. Momentalnie jego serce zabiło szybciej. Kurwa, zaklął w myślach, bo zdał sobie sprawę, że wszystkie jego plany wzięły w łeb. Nie powinno jej tu być. A już na pewno nie w wątpliwym towarzystwie jakiegoś narzucającego się typa. Zacisnął mocniej pięść i wbrew rozsądkowi, który podpowiadał mu, że miał się nie wtrącać, pojawił się przy Skye, a następnie złapał nieznajomego za nadgarstek i zacisnął dłoń, odsuwając na bezpieczną odległość.
— Odsuń się, kolego, dobrze ci radzę - ostrzegł, rzucając mu wymowne spojrzenie, a widząc jego nagły strach w oczach i wymamrotane przeprosiny, puścił jego rękę. Dopiero wtedy spojrzał na stojące przed nim kobiety i nabrał mocniej powietrza w płuca. Cholera, Skye, wyglądasz zabójczo, przemknęło mu przez myśl, zanim odezwał się na głos: - Drogie Panie, przepraszam za niektórych reprezentantów mojego gatunku, brakuje im obycia w obliczu takiego piękna. Czasem nawet jakiegokolwiek obycia - ściągnął brwi, by zaraz zaszczycić dziewczęta zawadiackim uśmiechem. - Co tutaj robicie? I to tak bez żadnej obstawy? - Nieznacznie rozejrzał się wokół w obawie przed natrafieniem na Josha. Ciemnowłosa nie powinna bawić się bez opieki, i to jeszcze w stroju, którym kusiła innych mężczyzn. Wiedział aż zbyt dobrze, o czym mówił. Niepostrzeżenie wkradła mu się także myśl, że on by jej na to nie pozwolił, a już na pewno nie bez siebie obok. Gdzie więc był do cholery Josh?
Skye Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Natomiast Murray dostrzegała, że Josh odsuwa się od niej. Po początkowym zauroczeniu i burzy motylków w brzuchu nie było już śladu. Słyszała zapewnienia o miłości i wspólnej przyszłości, ale nie wyrażał chociażby chęci wspólnego zamieszkania. O zaręczynach nawet nie wspominając. Gdy tylko zaczynała ten temat, dochodziło między nimi do spięć - on się czuł naciskany, ona zbywana i nietraktowana poważnie. Kochała go, ale coraz rzadziej dostrzegała jego twarz w swojej wizji przyszłości.
Szczególnie tamtego wieczoru w Palm House, gdy wyobrażała sobie ceremonię własnego ślubu wśród tamtejszej zieleni. Nie widziała tam Josha. Postać pana młodego była dla niej niewyraźna. Tak jak niewyraźna się stała jej relacja z Dominicem kolejnego dnia. Próbowała go unikać, a i tak nie mogła się powstrzymać, by to jemu się pochwalić swoim sukcesem. By w jego ramionach się cieszyć. Wiedziała, że bez niego by się jej nie udało, bo to on przez ostatni rok poświęcał jej w pracy najwięcej czasu szkoląc ją i dając możliwości zbierania doświadczenia. Lecz to był jedyny kontakt i interakcja na jaką sobie pozwoliła i dostrzegła, że on również jej unika. Czy żałował tamtych wydarzeń? Mimo, że Skye zdawała sobie sprawę, że jej zachowanie było nikczemne i nie w porządku w stosunku do Josha, to… nie potrafiła w pełni tego żałować. Była to niespójność jej uczuć, ale jednocześnie żałowała swojego zachowania, jak i pragnęła by wtedy doszło do czegoś więcej między nią, a Dominicem. Pamiętała bardzo dobrze to pragnienie posmakowania jego ust czy dotyku dłoni na jej ciele. Ono wcale nie zmalało.
Tym bardziej, gdy właśnie usłyszała jego głos za swoimi plecami. Nie miała wątpliwości, kto to był. Mogło jej szumieć w głowie od alkoholu, a w tle grać głośna muzyka, ale zawsze do jej uszu dotrze jego głos. Jej ciało momentalnie przeszył dreszcz uświadamiając sobie, że jest tuż obok. Na wyciągnięcie ręki, którą pragnęła go objąć, gdy tylko odwróciła się w jego kierunku. Może była to kwestia alkoholu albo ani trochę nie malejącego pragnienia od wieczoru w palmiarni. A może jego obronna postawa tak na nią działała? Albo jego błyszczące oczy i biała koszulka podkreślająca jego karnację? Najprawdopodobniej była to mieszanka tego wszystkiego, lecz nie potrafiła oderwać od niego spojrzenia pełnego ciepła, ulgi, podziwu i pożądania. Tak dobrze było go mieć znowu tuż przy sobie.
- Dzięki Nicky za pozbycie się tamtego chujka- nagle słowa przyjaciółki przywołały ją do rzeczywistości. Pora powrócić na ziemię Skye! - Nasza obstawa miała na dzisiaj inne plany- dodała już Murray z nieco już przygaszonym uśmiechem. - Na wczoraj również Skye. Nie zapominaj o tym- dodała druga przewracając oczami z zażenowania. Znała Josha i wiedziała o jego zachowaniu prawie wszystko. Na wspólnych imprezach zdążyła też poznać Dominica, więc nie raz nawet insynuowała Skye, żeby wzięła się za blondyna. Oczywiście nikomu się do tego nie przyznawała. Posłała jednak Hailey znaczące spojrzenie nie chcąc teraz o tym rozmawiać i spojrzała ponownie na ich wybawiciela. - Miło Cię widzieć- powiedziała z powrotem z cieplejszym uśmiechem na ustach. Jej oczy błyszczały od alkoholu, lamp w klubie, ale przede wszystkim na jego widok. Czuła jak jej serce przyśpiesza. Za każdym cholernym razem, gdy on był w jej pobliżu. Jej ciało do niego lgnęło i musiała się cały czas hamować, by nie rzucić mu się w ramiona. Oczywiście w ramach przyjacielskiego powitania.
- Macie, wypijcie moje zdrowie, bo przez tego ociągającego się barmana, zachciało mi się siusiu- nagle odezwała się znowu Hailey wręczając im po shocie. - Pilnuj ją Nicky, bo przyciąga dzisiaj zbyt dużo uwagi innych facetów, a Wasz gatunek nie potrafi się czasami odpowiednio zachować - puściła mu oczko uśmiechając się znacząco i zniknęła w tłumie zostawiając ich samych. To nagle uświadomiło Skye w pewnej kwestii, która sprawiła, że jej uśmiech nieco przygasł. - Właśnie, a Ty nie powinieneś teraz ochraniać jakiejś swojej pięknej damy?- spytała siląc się na rozbawienie, ale nagle poczuła ukłucie zazdrości. Znała jego reputację, a nawet i bez niej wystarczyło tylko na niego spojrzeć - na pewno nie bawił się tutaj sam bądź tylko w towarzystwie kolegów. Pewnie podszedł akurat do baru, aby zamówić drinka dla siebie i swojej kobiety, z którą zamierzał spędzić dzisiejszą noc. Na samą myśl Skye zrobiło się niedobrze, chociaż wziąć trzymała pełen kieliszek w dłoni.
Dominic Reyes
-
Just like nicotine, heroin, morphine... suddenly, I'm a fiend and you're all I need
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Później poznał Skye. I powoli, wraz z upływem czasu i nawiązywaniem coraz głębszej przyjaźni, zaczęła kiełkować w nim bardzo nieśmiała myśl, że może kiedyś jego stosunek do związków ulegnie zmianie. A w ciągu ostatnich dni urosła na tyle, że nie był już w stanie jej ignorować. Istniały jednak co najmniej dwie poważne komplikacje: po pierwsze, jedyna kobieta, która wpływała na zmianę jego myślenia, była niedostępna. Po drugie, nawet, jeśli jakimś cudem wszechświat postanowiłby zwrócić ich drogę ku sobie, to czy Dominic rzeczywiście sprawdziłby się w nowej roli? Był świetnym przyjacielem, potrafił słuchać, rozbawić i podbudować, ale czy był w stanie dla niej być na stałe? Przecież dotychczas miewał z tym problemy. Nie zniósłby zostać powodem jej zawodu. Aczkolwiek niektórzy zdawali się wcale tym nie przejmować…
Z wymiany zdań między dziewczynami wyciągnął wnioski bez trudu - Josh znów spieprzył sprawę. Bezwiednie zacisnął mocniej szczęki, wyostrzając rysy jego twarzy. Nie powinno go to dziwić. A już na pewno nie powinno go to cieszyć. Samo przygaszone spojrzenie Skye, ilekroć wspominano na głos jej partnera, wzbudzało w nim falę emocji, których nie potrafił w sobie zdusić. Troska przeplatała się z niewyobrażalną potrzebą zadbania o nią i wściekłością wymierzoną w przyjaciela. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że jeśli sytuacja nie ulegnie poprawie, wkrótce wszystko rozwiąże się samo. Każdy miał swoje granice, a ileż jeszcze Skye była w stanie wycierpieć? Należało jej się wszystko, czego tylko by zapragnęła. Josh nie potrafił jej tego dać.
Jego uwagę od przemyśleń odwrócił wzrok kobiety, równie magnetyczny co tamtego wieczoru w palmiarni. - Ciebie również, Piękna - przyznał, odwzajemniając uśmiech. Pod wpływem jej połyskującego w świetle klubowych świateł spojrzenia, miał ochotę się rozpłynąć. Chciał zrobić coś jeszcze, choćby na chwilę zainicjować dotyk, którego mu brakowało, ale przecież miał się pilnować. Poza tym słowa Hailey przypomniały mu, że nie byli sami. Podziękował dziewczynie i wziął od niej kieliszek. - Bez obaw. Jest w dobrych rękach - zapewnił z lekkim rozbawieniem, po czym przeniósł wzrok na swoją piękną towarzyszkę. Już on się postara, by już więcej nie dotykał jej nikt niepowołany. Na jej pytanie wzruszył niedbale ramieniem. - Nic mi o takiej nie wiadomo - zaprzeczył zgodnie z prawdą. Jeśli takową zostawił na parkiecie, musiała poszukać sobie innego rycerza, bo on właśnie znalazł etat. - To co? Za Twój sukces? - obdarzył ją znaczącym spojrzeniem i uniósł szerzej jeden z kącików ust, gestem wskazując na wciąż pełny kieliszek. Wychodząc dziś na miasto, nie przypuszczał, że spotka Skye. Nie spodziewał się jej w takim miejscu, ale i tego, że będzie z nią świętować jej pierwszy projekt. Takie wydarzenie nie mogło przejść bez echa.
Po nieznacznym stuknięciu szkłem wychylił szota, nieco się krzywiąc pod wpływem gorzkiej cieczy zalewającej jego gardło. Czuł, że mieszanie alkoholu nie skończy się najlepiej, ale to nie przeszkodziło mu, by oprzeć się o bar i kiwnąć na barmana ponownie. W tym momencie uderzył go zapach perfum Skye i ciepło jej ciała, gdy niepostrzeżenie znalazł się tak blisko niej. Z tej perspektywy miał na nią idealny widok. Mimochodem przesunął spojrzeniem od jej krągłości, ukrytych pod materiałem sukienki, przez kości obojczykowe, szyję i usta, aż do oczu, które patrzyły na niego wciąż z tym samym błyskiem, któremu ciężko było nie ulec. Na ułamek sekundy przeszła mu diaboliczna myśl, że najchętniej zbadałby tę drogę własnymi wargami. Centymetr po centymetrze. Aż westchnął w myślach: Czemu to wszystko musiało być takie trudne? - A więc mogę wiedzieć, czemu chcesz pozbawić rozumu każdego mężczyzny na tej sali? Przewidujesz jakieś masowe pranie mózgu, czy to jakaś kara? - W jego lekkim tonie głosu pobrzmiewało zaciekawienie, którego nie potrafił ukryć. Rzadko widywał ją w takim wydaniu, sprawiając, że owoc zakazany wydawał się jeszcze bardziej kuszący. Dla niego z pewnością było to karą od losu za wszystkie grzechy, jakich się dopuścił w przeszłości - mógł patrzeć, ale nie dotykać, choć to jedyne, co chciałby teraz robić.
Skye Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Jednak Skye sobie obiecała, że ona tej bariery pierwsza nie przekroczy. Za każdym razem, gdy on robił krok do przodu, ona podążała za nim, aż ostatecznie to on się wycofywał. Czuła się wtedy jakby się nią bawił i zwodził za nos tak jak wszystkie inne kobiety w swoim życiu. I mimo, że podświadomie wiedziała, że nie ma szans, aby znaczyć dla niego coś więcej poza zwykłą przygodę, to nie chciała się za nim uganiać. W ostatnich miesiącach czuła się, że goni za Joshem prosząc o uwagę, gesty, znaki. To było uwłaczające, więc mimo palącego pożądania, które żywiła teraz do Dominica, jej duma nie pozwalała zrobić nic więcej.
- Za projekt- dodała z uśmiechem wykonując znak toastu i przechylając kieliszek na raz. Słodkie drinki by ją tylko uśpiły, a shoty mimo, że do najsmaczniejszych nie należały, pobudzały ją przynajmniej do odpowiedniego nastroju - chęci zabawy całą noc. - Nie sądzę, by moje wyjście ktokolwiek mógł potraktować jako karę- odpowiedziała marszcząc lekko brwi, bo niestety nie do końca go zrozumiała. Nie uważała, że jest tak atrakcyjna jak to określiła Hailey. Zdawała sobie sprawę , że przyciąga niektóre męskie spojrzenia pewnie z uwagi na wyeksponowane nogi i biust, ale bez przesady. Poza tym, jej partnera nie interesowało zbytnio, co będzie dzisiaj robić. Zanim się rozłączył, by wrócić z kolegami do gry na PlayStation, życzył jej po prostu miłego wieczoru. Skye postanowiła to zinterpretować dzisiaj jako wyjście do klubu z przyjaciółką i bawienie się całą noc.- Hailey przekonała mnie, że sukces należy świętować w odpowiednim stylu, a nie drugi wieczór z rzędu samotnie siedząc na kanapie z chińszczyzną w ręku- dodała już bez żadnej goryczy w głosie. Czy było jej wczoraj smutno? Tak i to cholernie. Czy cieszyła się jak póki co potoczył się dzisiejszy wieczór? Zdecydowanie tak. Nie użalała się nad sobą, starała się nie brzmieć jakby wypominała Joshowi inne plany, a po prostu stwierdzała fakt. Smutny fakt. - I tak, tak wiem, że nie była nawet w połowie tak dobra jak tamte panzerotti- doprecyzowała szybko, zanim sam chciałby jej to wytknąć. Uśmiechnęła się mimowolnie szerzej na wspomnienie włoskiego przysmaku, którego posmakowała pierwszy raz w życiu tamtego wieczoru.- Po prostu nie chciałam dzisiejszej nocy spędzać w ten sam sposób jak pozostałych- dokończyła odstawiając kieliszek na blat, gdy akurat usłyszała znajomy głos za plecami.
- Dobra, pierdolę to. Ta kolejka do kibla jest taka, że szybciej pojadę do domu i wrócę tutaj z powrotem, aniżeli uda mi się dotrzymać czekając tutaj- to by tłumaczyło bardzo szybki powrót Hailey do nich. - Ja się zawijam do domu już spać. I tak wczoraj za bardzo pobalowałam, dzisiaj na mnie już pora. Bawcie się dobrze misiaczki- przyjaciółka pożegnała się szybkim cmoknięciem w policzek z nimi obojga, a gdy była bliżej Skye pozwoliła sobie nawet na dodatkowy tekst tylko do jej wiadomości, gdy nachyliła się do jej ucha.- Ale on kurwa na Ciebie leci - zanim Skye zdążyła w jakikolwiek sposób zareagować, dziewczyna ponownie zniknęła w klubie. - Hailey…- jęknęła cicho bardziej w odpowiedzi na jej tekst niż szybkie zniknięcie. Spojrzała niepewnie na Dominica. Czy faktycznie na nią leciał? W palmiarni wydawało jej się, że tak, ale im zbliżali się do siebie coraz bliżej, to robił unik. Teraz wydawało jej się, że gdyby mógł, to by rozebrał ją samym wzrokiem, ale przecież była właśnie pijana. Może umysł płatał jej figle i tylko chciała, żeby on tak patrzył, a w rzeczywistości rzucał jej spojrzenie pełne litości. - No i tyle z mojego sobotniego wyjścia. Jednak jestem skazana na moją kanapę- odezwała się w końcu z lekkim uśmiechem, ale ten jej błysk i chęć zabawy niestety zniknęły, skoro jej dzisiejsza towarzyszka zabawy właśnie uciekła do domu. Ona też powinna. Nie będzie się przecież niczego domyślać i gonić kolejnego faceta, prawda? - Dobra, to zamawiam ubera, więc zaraz Twój etat mojej niańki się zakończy- zażartowała wyciągając telefon z torebki, by wyszukać odpowiednią aplikację.
Dominic Reyes
-
Just like nicotine, heroin, morphine... suddenly, I'm a fiend and you're all I need
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
— Jako błogosławieństwo też nie. Zbyt wielu wystawiasz na pokuszenie, w rzeczywistości pozostając nieosiągalną. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak cholernie to frustruje - mimowolnie westchnął, obdarzając ją odrobinę dłuższym spojrzeniem. Nie mówił bezpośrednio o sobie, ale z jego oczu dało się wyczytać zdradliwy błysk, ilekroć myślał o tym, co wolno było mu zrobić, a czego naprawdę pragnął. Frustrowało go również to, że dziewczyna w ogóle nie wierzyła w siebie ani swoje możliwości. Wystarczyło przelotnie ponieść wzrokiem wokół nich, by dostrzec ukradkowe spojrzenia sępów czyhających na okazję, by do niej podejść. Cholera, nawet nie widziała tego, jak bardzo on starał się trzymać swoje łapy przy sobie i nie zerkać poniżej jej twarzy. Czy to nie były wystarczająco okrutne tortury?
Niestety jej humor także pozostawiał wiele do życzenia. I zupełnie nie pasował do tego miejsca - wśród beztrosko bawiących się ludzi nie powinno się przejmować problemami, lecz korzystać z chwili i żyć tu i teraz. Dlatego nie brnął dalej w niewygodny temat. — A już myślałem, że jesteś tu, bo postanowiłaś powrócić w czasie do wydarzeń sprzed roku. - Przygryzł wargę, a kąciki jego ust drgnęły pod wpływem tajemniczego uśmiechu. Kto by pomyślał, że minął już prawie rok, odkąd się poznali. - Ten sam klub, podobny powód do świętowania, brak partnera u boku… Niemal wszystko się zgadza. - Poza jednym szczegółem. Tym razem zamiast rozmawiać z Joshem, rozmawiała z nim. Niezmiernie intrygowało go, czy choć przez chwilę żałowała, że tamten wieczór potoczył się w taki sposób? Czy żałowała, że poznała Josha jako pierwszego, nie zwracając uwagi na świat wokół? Czy nieco zbyt szybko postawiła kreskę na Dominicu?
Doskonale pamiętał moment, w którym zobaczył ją po raz pierwszy. Ubrana w małą czarną, stała przy wysokim stoliku w oczekiwaniu na towarzysza, a ujrzawszy powracającego do niej Josha z drinkami w rękach, jej twarz momentalnie pojaśniała. Podczas rozmowy z nim nie odrywała od niego wzroku, patrząc na niego z tym samym błyskiem w oczach, jaki później Dominic jeszcze często u niej widywał. Gdy Reyes podszedł do nich w towarzystwie długonogiej piękności, ledwo go zauważyła, bo spojrzenie Skye było utkwione wyłącznie w Josha. Nigdy nie miał z nim szans.
Niespodziewane ponowne pojawienie się Hailey sprowadziło go na ziemię. Lubił ją, choć czasem bywała zbyt… głośna. Na szczęście, jak szybko się pojawiła, tak szybko się pożegnała i zniknęła w tłumie. Niemniej, Dominicowi nie spodobało się zrezygnowanie, z jakim Skye wspomniała o powrocie, dlatego ściągnął brwi. — Naprawdę chcesz teraz wrócić na kanapę? - przyjrzał się jej badawczo. Nie przemawiała do niego taka alternatywa, choć tuż po wypowiedzeniu słów na głos, jego umysł niezamierzenie zaczął przypisywać wypoczynkowi zupełnie inną rolę. Pokręcił głową, by wyrzucić ten obraz z wyobraźni, zanim zagości w nim na dobre. - Wolałem Ciebie w tamtej wersji. Zabawną, pewną siebie, przebojową, z figlarnym błyskiem w oku, który mówił, że cały świat był u Twych stóp. Chyba nie powiesz mi, że zniknęła w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach? - nawiązał do rozmowy, którą im przerwano i uśmiechnął się do niej nieco bardziej zawadiacko, jakby właśnie rzucał jej wyzwanie, w nadziei, że uda mu się ponownie przywołać na jej twarzy uśmiech. Może ona rok temu kompletnie nie zwracała na niego uwagi, ale on mógł pozwolić sobie na dyskretną obserwację. Już wtedy, podczas wspólnej zabawy w klubie, dostrzegł w niej każdą z tych cech, o których wspomniał i które od początku go pociągały. Ostatnio trochę tęsknił za tamtą beztroską wersją Skye i podejrzewał, że ona również. Gdy tylko wzięła do ręki telefon, odruchowo położył na niej swoją dłoń. - Skye… zostań, choć jeszcze chwilę. Noc jest zbyt młoda, by musiała się tak kończyć - poprosił, spoglądając w jej błękitne tęczówki. Nie chciał, by już wracała, po części próbując wytłumaczyć sobie, że zależało mu wyłącznie na jej samopoczuciu, ale tak naprawdę wiedział, że bez niej ten wieczór nie miałby już najmniejszego sensu. - Poza tym dawno razem nie tańczyliśmy. Trzeba to nadrobić. - Z rosnącym uśmiechem na ustach, wciąż na nią patrząc, powoli wyciągnął jej z rąk komórkę i schował ją sobie do wewnętrznej kieszeni marynarki. - Tu będzie bezpieczny - mruknął, klepiąc się po piersi w miejscu, gdzie znalazł się jej telefon, po czym sięgnął po jej dłoń i przyciągnął do siebie, delektując się ulotną chwilą, w której trzymał ją w objęciach. - Chodź, Piękna i pokaż mi tę wersję siebie, której nie zdążyłem poznać - mruknął jej do ucha. Miał na myśli wersję sprzed Josha, ale jego słowa miały także ukryty wydźwięk. Czy była w stanie go rozszyfrować? W każdym razie żywił nadzieję, że chociaż na chwilę oderwą się od rzeczywistości i pozwolą sobie po prostu być. Z łobuzerskim błyskiem w oczach pociągnął ją za sobą w tłum.
Skye Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Natomiast słowa Dominica ukazały jej nieco inną perspektywę. To ją zaintrygowało na tyle, że i ona przeciągnęła jego spojrzenie, zanim ponownie się odezwała.- Masz kogoś konkretnego na myśli?- spytała wprost, pomału mając dosyć niedopowiedzeń i niepewności w jakiej ją zostawiał. Czy faktycznie coś insynuował czy jej się już tylko wszystko wydawało? Może pozostawało już tylko się zapytać wprost czy to on jest sfrustrowany, bo nie może jej dotknąć. Oczekiwała szczerej odpowiedzi, więc nie spuszczała wzroku z jego błękitnych oczu.
Jednak pomału rodziła się w niej także chęć zagrania jego własną bronią. Skoro on zostawiał jej niedomówienia, to może ona też powinna? W końcu faceci byli wzrokowcami, więc może teoria, że należy mu pokazać jak jego zachowanie względem niej jest niestosowne, było całkiem trafne. Z drugiej strony, może to była tylko wymówka i usprawiedliwianie własnych zachowań, bo Skye tak naprawdę chciała z nim poflirtować. Pragnęła by ją dotknął i naznaczył jej ciało swoimi gorącymi ustami. Pragnęła tego w palmiarni, ale także i tutaj. Z tą różnicą, że teraz była pod wpływem alkoholu, który został spożyty w takiej ilości, że jej nie odcinał, a dodawał odwagi do działania.
- A podobno nie można cofnąć się w czasie- uśmiechnęła się delikatnie unosząc znacząco jedną brew i również wracając myślami do tamtych wydarzeń, gdy poznała nie tylko Josha, ale i Dominica. Zerknęła wtedy na niego przelotem i dostrzegła jedynie błysk w oku, pewny siebie i czarujący uśmiech oraz długonogą piękność u jego boku. Oczywiście pojawiła się ona przy nim pierwszy raz i ostatni tak jak wiele innych kobiet przed nią pewnie, a już teraz Skye wiedziała, że i wiele po niej. Musiała się jednak przyznać, że odniosła nieco mylne wrażenie na jego temat w tamtym momencie. Nie sądziła, że jest tak niezwykle czuły, empatyczny i wrażliwy. Tymi cechami ją kupił przez ten rok. Nie od razu jak Josh, do którego miłość wybuchła nagle, znienacka. Reyes był przy niej przez ostatnie miesiące w tych najważniejszych chwilach jak i tych błachych jak lunch w pracy. Ich relacja kształtowała się pomału, co utwierdzało Skye, że ich przyjaźń była silna z solidnymi fundamentami. Czy gdyby go poznała pierwszego przed Joshem jej życie, by się zmieniło? Prawdopodobnie tak. Czy na ich korzyść? W to Skye ostatnio wątpiła, bo ceniła relację z Reyesem, a to do czego dążyła bądź nawet oboje dążyli w palmiarni, mogło zepsuć całą ich przyjaźń. Czy było to tego warte? Murray biła się z myślami przez ostatnie 72h w temacie.
Zagubienie gdzieś jednak uciekało z każdą kolejną minutą spędzoną w jego towarzystwie. Gdy tylko zaczął ją prosić, aby pozostała w klubie, wiedziała że się zgodzi. O cokolwiek ją prosił, ona się zawsze uginała pod jego spojrzeniem, słowami i dotykiem. Tak delikatny gest jak położenie swojej dłoni na jej, spowodowało, że serce przyśpieszyło jeszcze bardziej. Patrząc na nią w taki sposób i będąc tak blisko, była bez szans. Zapomniała już nawet, że przyszła tutaj z Hailey, która wyciągnęła ją siłą z mieszkania. Teraz miała przed oczami mężczyznę, z którym oboje nie mogli oderwać od siebie spojrzenia. Wszystkie wątpliwości i rozważania jak się zachować się schowały. Alkohol, adrenalina, ten dotyk i pewne wyzwanie, które jej rzucił- to wszystko na nią podziałało tak jak tego oczekiwał. Zmrużyła oczy uśmiechając się nagle tajemniczo. - Cały świat jest wciąż u mych stóp- poprawiła go ściskając jego dłoń, gdy ją złapał. Przyciągając ją do siebie, zapach jego perfum uderzył jej do głowy. Nie mogła się powstrzymać, by nie zaciągnąć się nimi głęboko czując jak dreszcze rozchodzą się po jej ciele. Jeszcze kiedy nachylił się do jej ucha? Delikatnie drgnęła przymykając oczy. - Jest kilka wersji, których nie zdążyłeś jeszcze poznać- podjęła rzuconą rękawicę odpowiadając również nieco ciszej do jego ucha. Jednak z powodu różnicy wieku, musiała go przytrzymać za kark drugą dłonią , by nie zdążył jej uciec zanim mu odpowie. Dopiero wtedy go puściła, delikatnie przy tym wodząc opuszkami palców po jego cienkiej skórze na szyi, aż dotarła w zagłębienie przy tchawicy i zabrała rękę. Podążyła za nim na parkiet, a gdy znaleźli wolną przestrzeń, puściła jego dłoń, ale znów zatopiła się w jego spojrzeniu. Traciła przy nim rozum, nie było co ku temu wątpliwości. Wystarczyło tak niewiele, by zaczął jej przypominać jak kiedyś potrafiła cieszyć się z życia i łapać beztroskie chwile. Pragnęła wrócić do tej roześmianej Skye, której uśmiechał nie znikał z twarzy. A prawda była taka, że to od tygodni tylko on potrafił w niej wywołać ten prawdziwy, szczery. Teraz natomiast jej usta rozciągały się w kierunku tego bardziej tajemniczego, zadziornego, gdy zaczęła się pomału ruszać w rytm muzyki. Nie była królową parkietu, ale alkohol świetnie rozluźnił jej mięśnie. Na tyle, że jej ciało było tuż przy jego. Natomiast pozwoliła sobie na tak mały dystans między nimi, że czuła co rusz materiał jego marynarki ocierający się o jej nagie ramiona. Co rusz palcami delikatnie wodziła po koszulce, ale nie na tyle by dotknąć jego ciała, chociaż niemiłosiernie ją kusiło. Tak jak i jego usta. Gdy tylko zaczęli tańczyć, jej oczy odnalazły jego spojrzenie, ale z każdą upływającą sekundą jej wzrok uciekał coraz częściej na jego usta. Takie kuszące i tak blisko niej. Znowu był tak blisko niej, a ona już nie była w stanie walczyć z tym silnym pożądaniem, które w niej rozpalał. Mógł być jej zgubą, ale tak bardzo potrzebowała zagubić się w jego ciele dzisiejszej nocy.
Dominic Reyes
-
Just like nicotine, heroin, morphine... suddenly, I'm a fiend and you're all I need
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Nie posiadał całkowitej pewności, czy jego towarzystwo wywierało na nią taki wpływ, jak jej na niego. Równie dobrze mogła po prostu się z nim droczyć i nic to dla niej nie znaczyło, prawda? Momentalnie w to zwątpił, kiedy ciemnowłosa ponownie uniosła kąciki ust w delikatnym uśmiechu. To była Skye. Nie mogłaby mu tego zrobić. - Ale zawsze można spróbować - wzruszył nonszalancko ramieniem, a jego twarz rozjaśnił zaczepny uśmiech. Właściwie on już odnosił wrażenie, że los dawał im kolejną szansę na naprawienie błędów sprzed roku. Przy okazji zapominał, że istniała między nimi bariera nie tylko mentalna, ale i w postaci osoby trzeciej. Z resztą, przy Skye łatwo zapominało mu się o całym świecie, gdyż to ona skupiała całą jego uwagę. I choć ta podróż w czasie, którą przyniósł im ten wieczór, dla niego oznaczała, że nie wszystko było jeszcze stracone i istniała jakakolwiek nadzieja na coś więcej, niż przyjaźń, tak w głębi siebie zdawał sobie sprawę, jak bardzo niepewna byłaby ich przyszłość, gdyby rok temu to oni przez cały wieczór wpatrywali się w swoje oczy. W innych okolicznościach kto wie, czy doceniłby Skye tak, jak na to zasługiwała. Dlatego mimo wszystko nie żałował ich rocznej przyjaźni. Szkoda tylko, że pozostawało mu już niewielkie pole do manewru.
Mimo to poprosił ją, by została. Często korzystał ze swojego naturalnego uroku, by ją do czegoś namówić, ale tym razem było inaczej - zrobił to z czysto egoistycznych pobudek. I w jego oczach, jak nigdy, czaiła się niepewność, że tym razem mu nie ulegnie. Za bardzo mu zależało na jej towarzystwie, na niej i czuł się jak desperat, modląc się w duchu, żeby Skye tego nie dostrzegła. Bezgłośnie odetchnął z ulgą, gdy usłyszał figlarną odpowiedź zwrotną. - Mmm, od razu lepiej - przytaknął z błyskiem w oku, osiągając swój cel. To była ledwie kropla w morzu jego obecnych potrzeb, bo łaknął jej bliskości i dotyku tak bardzo, że znów zmniejszył między nimi dystans, obejmując ją w talii i z zadowoleniem notując, jak bezwiednie położyła dłonie na jego ramionach. Lubił kontrolować sytuację, ale kiedy to ona złapała go za kark i jej gorący oddech odbił się na jego skórze, przeszedł go dreszcz. Niezmiernie podobało mu się podjęcie przez nią gry. - Jeszcze - złapał ją za słowo, unosząc nieco arogancko jeden kącik ust. Jej wypowiedź i sposób, w jaki się z nim droczyła, mimowolnie dawały mu nadzieję. Nie spuszczał z niej wzroku, kiedy stopniowo wodziła palcami po jego szyi, wodząc go na pokuszenie, aż przez chwilę naszła go zuchwała myśl, żeby odpuścić sobie to wyjście na parkiet i przenieść się poza zasięg wzroku innych.
Taniec w tłumie wydawał się niegroźnym pomysłem, ale wystarczyło spojrzeć na Skye kołyszącą biodrami w rytm muzyki, by mężczyzna pozbawił się wszelkich złudzeń. Znajdowali się blisko siebie, jednak boleśnie odczuwał pozostałą między nimi przestrzeń. Dlatego, gdy usłyszał początek znajomej piosenki, uśmiechnął się łobuzersko. Mieli się pobawić, prawda? Najpierw położył dłoń na jej talii, tym razem czując już każdy jej ruch ciała, by w następnej chwili ująć ją za rękę i zbliżyć do siebie. - I wanna be tangled and wrapped in your cloud, I wanna be close to your face - zanucił niby do siebie, nie potrafiąc się powstrzymać, ale w tym czasie patrzył na Skye i czuł, jak bardzo tekst piosenki z nim rezonował. Jego zachowanie było instynktowne, bo nigdy nie miał problemu z wygłupianiem się i śpiewaniem podczas tańca, aczkolwiek tym razem posiadało ukryte znaczenie, które mogła wyczytać z jego wzroku. I choć odpowiadało mu, że stykał się ciałami ze Skye, rytm nakazał mu w pewnym momencie obrócić ją wokół własnej osi. Postanowił dać się ponieść muzyce, jednocześnie nie puszczając ręki ciemnowłosej, chcąc mieć ją przy sobie, nie dalej niż na wyciągnięcie ręki. Karmił się jej bliskością, ilekroć pozwalała mu na to melodia, nie spuszczając z dziewczyny wzroku, bo obecnie i tak nie widział niczego poza nią. Dopiero wraz z następną piosenką zwolnili, pozwalając sobie na oddech i delektować się tym, że znaleźli się znów zaledwie kilka centymetrów od siebie. Znów trzymał dłoń na jej talii, a czując jej ciało całkowicie swobodnie poruszające się do taktu, doprowadzało go to do szaleństwa. Jej gorący oddech, zapach, bliskość i alkohol mąciły mu w głowie. W dodatku jej jawne droczenie się z nim coraz trudniej było mu znieść. Pragnął znacznie więcej. Pragnął jej, całej, dla siebie. Przyciągnął ją tak, że między nimi nie pozostawała już żadna przestrzeń i patrząc jej w oczy, uniósł jej ręce, pokazując, by otoczyła nimi jego kark. Lód, po którym stąpał, zaczął się pod nim roztapiać, ale to mu nie przeszkodziło przenieść spojrzeniem w kierunku jej ust - wyraźnie zaznaczonych krwistą jak jej sukienka pomadką, tak ponętnych, że trudno było im się oprzeć. W tej jednej chwili zapomniał o tym, gdzie byli i że było to skandaliczne, jak ujęła to Ariana. Piosenkarka miała w sobie zdecydowanie więcej rozumu, niż on. - Jesteś niebezpieczna - westchnął i uśmiechnął się nieco. Niesamowicie go kusiła, ale on sam podjął tę grę, w której zaczął się plątać.
Przypadkowe uderzenie go w plecy przez tańczącą obok parę sprowadziło go na ziemię i uświadomiło mu, że po sali wciąż krążyli jego znajomi. Wspólni znajomi, którzy znali zarówno Josha, jak i Skye. Nie mogli tego zrobić. A już na pewno nie tutaj. Przygryzł wargę i, nadal w rytmie kończącej się piosenki, ujął jej nadgarstki i obrócił do siebie tyłem tak, by ustami znaleźć drogę do jej ucha. - Jest tu Dean. Chyba nie chcemy kłopotów? - dopytał, wspominając całkiem dobrego kumpla Josha, sam już nie będąc pewien, co powinien zrobić. Ta decyzja nie należała wyłącznie do niego, ale rozsądek podpowiadał mu, że to nie było odpowiednie miejsce, by sobie aż tak igrać z ogniem.
Skye Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Zakazany owoc smakuje najbardziej, czyż nie?- oboje byli dla siebie takim jabłkiem. Teraz widziała to jeszcze bardziej. Może i Dominic nie był typem mężczyzny pragnącego się ustatkować z jedną kobietą u boku, ale był zawsze lojalnym i dobrym przyjacielem. Josh mógł zawsze na niego liczyć już. Tak jak i Skye przez ostatni rok, który pokazał im, że razem mogą stworzyć silną relację pełną wzajemnego wsparcia i śmiechu. Wielce prawdopodobne, że gdyby tamtego wieczoru sprawy potoczyłyby się zupełnie inaczej, nie przeszliby tej drogi, którą musieli przejść, aby znaleźć się dokładnie w tym miejscu o tej porze będąc dla siebie oparciem i walcząc z głębokimi uczuciami, które w sobie rozpalili. Czy Reyes traktował ją poważnie czy nie, wiedziała że nie jest typem osoby, która skrzywdziłaby osobę, na której mu zależy. Miał wiele do stracenia jak i ona.
A jednak oboje podjęli to wyzwanie. Skye o tyle bardziej, że odsunęła na bok cały ten smutek, który wzniecał w niej jej własny związek w ostatnim czasie i postanowiła się skupić na dobrej zabawie ponad wszystko. Kiedyś potrafiła się bawić i dzisiaj potrzebowała powrócić do tamtego czasu, a obecność blondyna wyzwalała w niej te wszystkie gesty całkowicie naturalnie. Muśniecie dłonią, zadziorny uśmiech, ściśnięcie dłoni - łaknęła go. Kuszenie go ją nakręcało i rozpalało na więcej. Czując jego dłonie na swoim ciele uśmiechnęła się szerzej, bo to było coś, co zawsze szczególnie na nią oddziaływało. Ale dopiero przy kolejnym tańcu, gdy między nimi nie było żadnej przestrzeni, poczuła że jest on dla niej idealny. Jej ciało wpasowało się w jego i objęła go za kark, przyciągając jeszcze bliżej. Znów uderzyły ją jego perfumy działające na nią jak afrodyzjak. Przymknęła oczy pozwalając wyobraźni uciec w niebezpieczne rejony, gdy czuje ciężar jego ciała, gdy leży tuż pod nią, a jego perfumy uderzają ją tak jak teraz, gdy pocałunkami zostawia ślady na jej ciele. Otworzyła oczy, by spojrzeć na te usta, które były jak jedna wielka obietnica przyjemności i rozkoszy.
- Tylko, gdy to jest tego warte- odpowiedziała powracając spojrzeniem do jego oczu, by nie miał wątpliwości, że właśnie mówi o nim. On był wart podejmowania ryzyka i zapominania o całym świecie. Nigdy jej nie zawiódł. Nikt nigdy nie pociągał jej tak jak on teraz. Ta frustracja o której mówił wcześniej? Już wiedziała o co chodzi, gdy nagle zostali potrąceni przez inną parę. Ruch ten spowodował, że znalazł się jeszcze bliżej niej, a ona już miała pieprzyć to, gdzie się właśnie znajdowali.
Ale Dominic najwyraźniej czytał je trochę w myślach odkręcając ją i szepcząc do ucha. Wolała usłyszeć znacznie coś innego. Może jawne zaproszenie? Może coś romantycznego albo wyuzdanego? Na pewno nie przywrócenie na odpowiednie tory. Na chwilę zamilkła nie odsuwając się od niego, a nawet mimowolnie bardziej się zapierając plecami o jego klatkę. Ciało przy ciele. Gorący oddech i usta tuż przy jej szyi… Uderzał jej do głowy bardziej niż alkohol. Alkohol nie sprawiał, że nie wiedziała co robi. Alkohol sprawiał, że miała odwagę robić to chce. A chciała jego. Tylko jego. Przynajmniej tej nocy.
- Chyba klub mi już na dzisiaj starczy- odpowiedziała nieco głośniej i dopiero wtedy spojrzała na niego zabierając swoje dłonie. - Idę do szatni, a potem złapać taksówkę przed wejściem- nie mówiła, że wraca do domu. Nie żegnała się. Dała mu szansę na podjęcie kolejnej decyzji.
Wyszła przed klub i pomimo chłodnego powietrza, nie zapinała płaszcza. Przymknęła oczy biorąc głęboki wdech i delektując się zimnym powietrzem na swoim rozgrzanym ciele. Nie łapała od razu taksówki. Potrzebowała chwili na oczyszczenie umysłu, a nawet szybkie otrzeźwienie. W dodatku czekała, bo po prostu wiedziała, że przyjdzie. Czuła to całą sobą. Widziała to po jego oczach. Nie musieli mówić nic więcej - ich ciała bezgłośnie ze sobą rozmawiały. Dlatego, gdy poczuła jego dłoń na swoich plecach, instynktownie się rozluźniła. Może jednak nie była taka pewna swojej racji? Rzuciła mu przelotny uśmiech, gdy akurat przed nimi zatrzymał się samochód i wyszli z niej roześmiani ludzie, a oni mogli wejść jako następni. Tuż po tym jak Dominic znalazł się w aucie obok niej, spojrzała mu w oczy szukając w nich tego ostatniego potwierdzenia, że się nie pomyliła. Że on jest gotowy, bo prawda była taka, że oboje wiedzieli, że jak już wrócą razem do jednego domu, to tylko w jednym celu. Widząc to samo spojrzenie, nie odwracając nawet swojej głowy, podała kierowcy adres Dominica. Rozluźniła się jeszcze bardziej, gdy ruszyli w znanym jej i bezpiecznym kierunku. Przybliżyła się jeszcze bardziej do mężczyzny i oparła policzek o oparcie, by wciąż móc nie spuszczać z niego spojrzenia. Brak niechcianych spojrzeń sprawił, że jej dłoń instynktownie wylądowała na wewnętrznej stronie jego uda, masując je delikatnie. Uciekła wzrokiem na jego ustach, na których się zatrzymała i poczuła w tym momencie ogromną potrzebę posmakowania ich. Walczyła ze sobą, by dłonią nie zjechać jeszcze wyżej, aby sprawdzić czy działała na niego już teraz tak mocno jak on na nią. Modliła się w duchu, aby na swojej drodze mieli same zielone światła, a ich kierowca był skupiony wyłącznie na drodze, aby zawieźć ich jak najszybciej i bezpiecznie pod wskazany adres. Serce biło jak szalone pod wpływem jego bliskości, spojrzenia i ciała, które miała w końcu na wyciągnięcie ręki.
Dominic Reyes
KONIEC